Sekrety cioci Liny

polregion.pl 14 godzin temu

Ciocia Lidia nasza mała wróżka. Kiedy byliśmy małymi urwisami, w podwórku na Mokotowie nazywaliśmy ją po cichu elfem. Niska, pulchna, zawsze z białym pudlem na smyczy, którym był nasz kochany Kropka, wyciągała z kolorowego woreczka słodkie cukierki. Gdyby takich ludzi było więcej, nasz świat rozświetlałoby się jak wiosenne słońce, bo same były tym słońcem.

W piaskownicy graliśmy w piratów i rozbójników, puszczaliśmy małe łódeczki po kałużach. Jak śpiewał wtedy Bananowy, Byliśmy dzikimi maruderami, nieustraszonymi żeglarzami. Gdy wspominam tamte lata, widzę podwórko wypełnione promieniami, klocki, samochodziki i lalki. Byliśmy jednością jeden za wszystkich i wszyscy za jednego. Nie było w gazetach nagłówków typu Nastolatki wyłamały oko kotkowi czy Psa spalono przy żywych. Dobro unosiło się w powietrzu. Owszem, zdarzały się trudne dzieciaki, ale były wychowywane przez rówieśników i dorosłych, więc wstydziły się swoich złych czynów.

Ciocia Lidia była prawie nie wyższą od dziecka. Pamiętam jej puszyste, kręcone włosy i zawsze kwieciste sukienki. Uwielbiała kolorowe koraliki. Każdego popołudnia wychodziła na podwórko ze swoją białą, puchatą suczką Kropką. Gdy rzucaliśmy klocki, samoloty i lalki, razem szliśmy do niej. Ciocia była jak dobry duch starego, dwupiętrowego kamieniczki. Młodzi rodzice zostawiali nam ją, gdy musieli iść do pracy. Zabrakła nas z przedszkola, opowiadając po drodze zabawne historie. Umiała pięknie robić na drutach. Wszyscy paradowaliśmy w kolorowych czapkach, szalikach i skarpetkach od cioci dziś nazwalibyśmy je firmowymi.

Nie była naszą prawdziwą ciocią, ale tak ją nazywaliśmy. Jej krewni mieszkali w odległej Białorusi i wysyłali jej pudełka z cukierkami, które w tamtych czasach były prawdziwym skarbem. Skończyły się braki, więc każdy grosz się liczył.

Ciocia Lidia rozdawała nam wszystko, co miała. Siadała obok i podawała ręką kolorowe opakowania, pachnące cukierki, które smakowały jak coś z bajki. Dziś nie wolno brać dzieciom słodyczy od nieznajomych, bo można je skrzywdzić ale wtedy ciocia nie była nieznajomą, była naszą własną.

Po co te cukierki, Lidio? pytała sąsiadka z drugiego piętra, szczupła jak patyka, o wąskich ustach. Ich rodzice przecież mają co jeść, a ty ledwo wiązasz koniec z końcem. Twój mąż choruje, potrzebuje lekarstw. Nie dawaj im tego, co im nie przyda.

Ja i Ola słuchałyśmy tego szeptu, nie łapiąc wszystkiego, ale niektóre słowa utkwiły w pamięci. Ciocia Lidia odparła:

Zięba, co ty mówisz? To dzieci, biedne maleństwa. Kiedyś nie będzie w sklepie cukierka za półzłotówki. Moja rodzina nie zapomina o mnie, więc niech smakują choć raz. Nie mam co oszczędzać, dzielę się! Patrz, jak ich oczka się rozświetlają, przytulają mnie, a w powietrzu pachnie szczęściem, morzem, mlekiem i arbuzem. Boże, jakież są urocze! Szkoda, iż nie mam własnych dzieci i wnucząt. Przynajmniej tutaj mam was swoją rodzinę wycierała łzy chusteczką i mrugała.

Sąsiadka odparła: Głupia jesteś, Lidio, nie musisz ich karmić, ja sobie nie dam! i odwróciła się.

Wyskoczyliśmy z krzaków i zawołałyśmy:

Ola, Jagoda! Chodźcie tutaj, mam jabłuszko! podniosła nam czerwone jabłko.

Ciociu Lidio, kim są te głupia i dziwka? zapytała ostra Olinka. Sąsiadka na chwilę zmrużyła oczy, po czym uśmiechnęła się i powiedziała:

Zobaczyłyście, dziewczęta? Udawajcie, iż nic nie słyszałyście. Pamiętajcie: jeżeli ktoś rani was słowem, nie bierzcie tego do serca. Odpuśćcie, podnieście rękę, dmuchnijcie i niech to odleci. Ludzie są różni, ale dobrzy są w większości. Kocham was i wszystko będzie w porządku.

Pewnego dnia ciocia nie pojawiła się dwa dni w podwórku. Pierwszego dnia czekaliśmy, zaglądaliśmy pod jej drzwi, pytaliśmy mamy: Gdzie ciocia? Może odpoczywa, może choruje, nie martwcie się odpowiedziały.

Następnego ranka nie czekaliśmy, zebraliśmy się we troje cztery dziewczynki i czterech chłopców i ruszyliśmy w jej stronę. Nie poszliśmy z pustymi rękami. Kesha narysował niebo i słońce, Paweł przyniósł ulubiony flamaster, Jagoda i Darek ulepili z plasteliny małego koloboka, Ola niosła doniczkowy kwiatek, a bliźniaki Marta i Piotrek zrobili konfiturę, a ja przyniosłam naleśniki, które moja mama piekła jak szef kuchni. Były puszyste, roztopione w ustach, z masłem, a mama z wprawą przewracała patelnię, a naleśnik leciał w powietrze i lądował z powrotem.

Idźcie, przynieście to cioci. Bo ona was karmi, a wy jej? poklepała mnie mama po warkoczach.

Podchodząc do jej drzwi, które pamiętam jakby wciąż skrzypiały, stukaliśmy. Ciocia Lidia otworzyła nie od razu w szlafroku, z kędzierzawymi włosami, biała i blada, trzymała się za bok. Kiedy nas zobaczyła, rozpromieniła się.

Och, kochane! Skąd przybyłyście? Moi kochani! Władziu, Władziu, zobacz, moi mali przybysze przybyli! całowała nas i wciągała do pokoju.

Dom cioci był skromny, dwie łóżka, kolorowe firany, połamany stolik, stara szafka, telewizor z lat 90., wszędzie mnóstwo manualnie robionych rzeczy. Z łóżka wstał szary, karochaty starszy pan, uśmiechnął się nieśmiało.

To mój mąż, Władziu. Choruje, nie może wyjść. Ja też trochę zachorowałam. A wy? Przynieście cukierki, proszę! rozrabiała się ciocia.

Możemy pomóc! Pójdziemy do sklepu, posprzątamy, wyniesiemy śmieci, co tylko chcesz! podniósł podbródek Kesha, najzadziorniejszy z nas.

Nie, kochani, usiądźcie na moim łóżku rzuciła ciocia, podając nam talerz.

Yanka, zawsze skromna, położyła na stole swojego koloboka. Reszta podążyła za nią, przynosząc naleśniki, cukierki i opowieści. Po chwili twarz cioci rozjaśniła się jeszcze bardziej, a jej mąż też uśmiechnął się, bo w powietrzu unosił się zapach wanilii i słodkości.

Kiedy odchodziłam, ciocia szepnęła mi na ucho:

Zapytaj mamusi o przepis na te naleśniki. Są przepyszne, jak nigdy nie jadłam. Ja sama nie potrafię ich zrobić, ciągle się przypalają.

Zabrała je później do domu, a moja mama zaczęła ją częściej zapraszać. Ciocia zawsze myła ręce, zachwycała się futrzanymi kapciami, zamykała oczy, wsuwając je na stopy, a potem siadła przy kuchennym stoliku, jedząc naleśniki z mlekiem skondensowanym. Lizała palce, potem prosiła o ręcznik.

Opowiadała, iż jej mąż od dawna nie chodzi, a ona z euforią się nim opiekuje i z nami się bawi. Ciocia Lidia kochała wszystkie zwierzęta rano i wieczorem niosła wiaderko z kaszą albo makaronem i karmiła psy, które spotkała na ulicy. Nie było wtedy schronisk, a dwa bezdomne szczeniaki zawsze merdały ogonkami, kiedy dostały jedzonko.

Złota kobieta, wszystko innym oddaje! mówiła moja mama, rozmawiając z tatą.

Złota to po prostu złocista, jak bombka na choince? A ciocia ma jasną skórę! dziwiłam się.

Mama przytulała mnie i tłumaczyła, iż złoty człowiek to po prostu bardzo dobry człowiek.

Pamiętam, jak ciocia wracała do domu z wiaderkiem, a po drodze dwie kamienice blokowały jej przejście.

Kochana, nie karm już swoich psów tak tandetnie i nie wzywaj dzieci, bo już nam się nudzą! Krzyczą, biegają, karmisz je cukierkami? Jesteś biedna, a udajesz bogatą!? wykrzykiwały kobiety, a ciocia drżała, trzymając wiaderko.

Żywy człowiek, nasze rodziny w żałobie, trzeba pomóc. Dzieci są małe, niech się bawią i śmieją. To straszne, gdy cisza szepnęła ciocia, przytulając wiaderko.

Jedna z nich krzyknęła:

Pomyśl o sobie! Twój niepełnosprawny mąż nie wytrzyma długo! Nie damy ci grosza! krzyczała nieznana kobieta.

Jak się nazywała? Nie pamiętam. Pamiętam tylko, iż ciocia Lidia krzyknęła przeraźliwym głosem:

Nie dotykaj mojego Władka!

Wtedy nie mogłam milczeć, czułam, iż coś złego się dzieje.

Nie wolno tak z ciocią rozmawiać! Albo ci pokażę! wbiegłam przed nią, rzucając się na nią.

Co za niegrzeczna dziewczynka! Teraz cię ukarzę! jedna z kobiet złapała mnie za rękę i pociągnęła.

Ciocia próbowała ją powstrzymać, ale nagle usłyszeliśmy gwizd. To byliśmy my Kesha i reszta przybiegliśmy, ręce otworzyły się, uwolniły mnie. Stałyśmy w kręgu wokół cioci i razem zagraliśmy:

Nigdy nie obrażajcie jej i nie mówcie złych słów! Bo inaczej będziecie musiały się z nami przeliczyć! Ciocia Lidia to nasza! krzyknęłyśmy jednocześnie.

Kobiety jęknęły, uciekły.

Ciocia przytuliła nas mocno. Nie byliśmy buntownikami, po prostu jeden za wszystkich i wszyscy za jednego. Czułyśmy, iż ją skrzywdziliśmy, a serca nam pękały.

Dziś wciąż ktoś krzyczy na dobrą duszę, która karmi ptaszki, rozdaje jedzenie bezdomnym, oddaje ostatni grosz, choć sama nie ma co kupić. Są nazywani szaleńcami, bo są wrażliwi i życzliwi. A w cenie liczy się teraz siła, arogancja i tupet. Szacunek i strach zastępują dobroć. Kogoś, kto nie potrafi się bronić, gnębią i wyśmiewają. A gdy ktoś daje ostatnie pieniądze na chleb, inni mówią: Zostaw to sobie. Tak się dzieje, ludzie depczą się po głowach, nie widząc łez i bólu innych, ciesząc się z ich kłopotów.

Świat milczy, planeta płacze, bo równowaga się zakłóciła. Musimy żyć razem, w zgodzie.

Rok po tym, ciocia Lidia wyjechała z miasta. Jej mąż zmarł, a krewni zabrali ją do domu. My płakaliśmy w całym podwórku. Przed wyjazdem podzieliła się z nami waflami, płakała, całowała każdego i dała wielką paczkę z kolorowymi opakowaniami. Kazała zrobić sekrety kiedyś zbieraliśmy kawałki folii, kwiatki, małe kawałki szklanej butelki i zakopywaliśmy w ziemi, a potem wykopywaliśmy ręką było pięknie.

Dała nam też wspólne zdjęcie, które mieliśmy trzymać na zmianę.

Za rok wrócę, sprawdzę, czy wszystko jest w porządku! machała ręką, odchodząc w zachód, ciągnąc za sobą walizkę większą od siebie. Za nią biegł Kropka.

Ciocia Lidia już nigdy nie wróciła. Pilnie chroniliśmy sekrety, ale nie było już kogo ich pokazać. Nikt nie rozdawał nam już cukierków i nie wołał maluchy. Dorastaliśmy, uczyliśmy się, dorosliśmy, chodziliśmy po świecie i czasem wpadaliśmy w chwilę zadumy, łzy napływały, gdy wspominaliśmy ciocię.

Ostatnio postanowiliśmy spotkać się w dawnym podwórku rok temu. Inokent K. został bankowym dyrektorem, Olga pracuje jako tłumaczka, reszta już rozrozchodzi się po świecie, a stare kamienice zamieniły się w nowy blok.

Tam, w eleganckim garniturze, pod obojętnym spojrzeniem przechodniów, Kesha usiadł na kolanach i zaczął kopać ziemię.

Czego szukasz? zapytałyśmy Oskę i Olę.

Sekretów cioci Lidi. Tyle lat minęło, a w sercu wciąż bolało. Gdzie ona? Czy żyje? Szukam w urzMiejmy wiarę, iż choć Lidia już nie wróci, jej dobroć wciąż rozbrzmiewa w naszych sercach i prowadzi nas do kolejnych drobnych cudów.

Idź do oryginalnego materiału