Sekrety cioci Leny

polregion.pl 1 dzień temu

Pamiętam, iż jako dzieci nazywaliśmy ją wśród siebie elfem. Niewysoka, pulchny, zawsze z białym pudlem przywiązanym na smyczy, wyciągała nam smakołyki z kolorowego woreczka. Gdyby takich ludzi było więcej, życie rozświetlało się jak w słoneczny poranek, bo oni sami byli słońcem.

Dobre zabawy w piaskownicy, zabawa w łowienie skarbów, pływanie małych łódeczek po kałużach. Jak śpiewał kiedyś nasz ulubiony poeta: Wędrowaliśmy jako dzicy piraci i odważni żeglarze.

Patrząc wstecz, wciąż widzę podświetlony słońcem podwórze: klocki, samochodziki, lalki. Byliśmy jednością jeden za wszystkich i wszyscy za jednego. Nie słyszeliśmy wtedy w gazetach nagłówków o okrutnych czynach wobec zwierząt. Dobrość unosiła się w powietrzu. Czy ktoś był złośliwy, był wychowywany w trosce. Dorośli i rówieśnicy tłumili złe zachowanie i wstydzili się swoich grzechów.

Mieliśmy też ciocię Lidię. Niska, ledwie wyższa od dziecka, z bujnymi kręconymi włosami i kwiecistymi sukienkami. Lubiła kolorowe paciorki. Codziennie wychodziła na podwórze ze swoją białą pudelką o imieniu Guzik. Gdy rzucaliśmy samochodziki, samoloty i klocki, gonił nas dźwięk jej kroków. Ciocia Lidia była jak dobry duch naszego starego dwupiętrowego domu. Młodzi rodzice zostawiali nam ją, kiedy musieli iść do pracy. Odbierała nas z przedszkola i opowiadała interesujące historie. Znała się na robieniu na drutach. Wszyscy nosiliśmy kolorowe czapeczki, szaliki i skarpetki od cioci Lidi, które dziś nazwalibyśmy marką własną.

Nie była naszą prawdziwą ciocią, ale tak nas wołała. Jej krewni z dalekiej Białorusi wysyłali paczki pełne cukierków. W tamtych czasach ich było mało, a sklepy nie zawsze miały towar.
Co robiła ciocia Lidia? Dzieliła się wszystkim. Siadała obok nas, a my nieśmiało wyciągaliśmy ręce po kolorowe papierki, smaczne cukierki, coś wyjątkowego i wyrafinowanego. Dziś nie pozwalamy nieznajomym dawać dzieciom jedzenia, bo mogą ich skrzywdzić ale ciocia Lidia nie była obca. Była nasza.

Po co tak rozdajesz? Ich rodzice przecież mają je pożywić. Ty ledwo wiążesz koniec z końcem, mąż choruje, potrzebuje lekarstw. Schowaj te cukierki dla siebie! ostrzegała surowa sąsiadka z drugiego podwórka, z wąskimi wargami.

Usłyszeliśmy to razem z Olą, naszą przyjaciółką. Zrozumieliśmy niewiele, ale słowa utkwiły w pamięci. Lidia odpowiedziała:

Ziny, o czym ty mówisz? To dzieci, maleńkie. Gdzie ich matki i ojcowie wezmą cukierki w czasie niedoboru? A ja mam paczki od rodziny, nie zapominają o mnie. Niech smakują dobre cukierki, niech się cieszą. Dlaczego miałabym je oszczędzać? Trzeba się dzielić! Patrz, jak ich oczka się rozświetlają, przytulają mnie, pachnie od nich szczęściem, morzem, mlekiem i arbuzem. Boże, jakie są urocze! Szkoda, iż nie mamy własnych potomków. Przynajmniej mam was, moje kochane dzieci! wymawiała, wycierając łzy chusteczką.

Sąsiadka odparła, nazywając ją głupią i nieprzydatną, ale Lidia uśmiechnęła się i przytuliła nas wszystkich.

Dzieciaki, chodźcie tutaj, mam jabłko! podawała czerwoną owoc.
Ciociu Lidio, a co to głupia i idiota? zapytała Olya.

Sąsiadka zmarszczyła brwi, po czym z uśmiechem dodała:
Słyszałyście, małe dziewczęta? Nie przywiązujcie się do złych słów, odpuśćcie je, niech odlecą. Ludzie są różni, ale dobrych jest więcej. Kocham was i proszę, niech tak będzie! przytuliła nas mocno.

Pewnego dnia ciocia Lidia nie pojawiła się dwa dni pod ratuszem. Pierwszy dzień czekaliśmy, patrząc w stronę jej drzwi, pytaliśmy mamy: Gdzie jest ciocia Lidia?
Może odpoczywa, albo choruje. Nie niepokojcie jej! odpowiedziały mamy.

Drugiego dnia nie czekaliśmy dłużej. Zebraliśmy się ośmiu cztery dziewczęta i cztery chłopcy i wyruszyliśmy w małą delegację do domu cioci Lidi. Wiedzieliśmy, gdzie mieszka. Nie szliśmy z pustymi rękami. Kacper narysował niebo i słońce, Michał przyniósł swój ulubiony flamaster, Jagoda i Paweł z plasteliny uformowali kulkę, Olya niosła w doniczce kwiat, a bliźniacy Marta i Piotr słoik dżemu, a ja przyniosłem naleśniki, które upiekła moja mama. Były to cudeńka: rozpływające się w ustach, z masłem, a mama z wdziękiem przewracała patelnię, a naleśnik w locie wracał na miejsce.

Zanieście to cioci Lidi. Ona was karmi, a wy jej? poklepała mnie mama po warkoczach.

Podszliśmy do drzwi, ledwo otwierając szparę. Ciocia Lidia nie od razu otworzyła. Stała w szlafroku, z kucykiem, blada, trzymając się za bok. Gdy nas zobaczyła, rozświetliła się.

O, kochane dzieciaki! Skąd się wzięłyście? Wszystkie przyjechały, moi kochani! Władziu! Spójrz, moi mali przyjaciele przybyli z wizytą! przytulała nas i wprowadziła do pokoju.

Dom cioci był skromny: dwa łóżka, kolorowe firanki, połamany stolik, szafka, stary telewizor, mnóstwo manualnie robionych rzeczy. Z łóżka wstał karochi mężczyzna o szarych oczach, nieśmiało się uśmiechnął, starając się utrzymać równowagę.

To mój mąż, Władek. Jest chory, nie może wychodzić. Ja też trochę się rozchorowałam. Wesprzyjcie nas, a dam wam cukierki! pobrzęczała Lidia.

Możemy pomóc! Pójść do sklepu, posprzątać dywany, wynieść śmieci wszystko umiemy! podniósł podbródek Kacper, najzgrabniejszy z nas.

Usiądźcie na moim łóżeczku zachęciła Lidia.

Jagoda podjęła się rozłożenia na stole swojej kulki z plasteliny, a reszta podążyła za nią. Potem śpiewaliśmy wierszyki, nuciliśmy piosenki, jedliśmy cukierki. Z czasem bladość znikła z twarzy cioci i jej męża, oboje rozbawili się. Lidia choćby spróbowała poprowadzić z nami okrągły taniec.

Kiedy odchodziła, szepnęła mi na ucho:
Zapytaj mamusi o przepis na naleśniki. Są strasznie dobre! Nie umiem ich dobrze zrobić, ciągle się przypala.

Zabrała przepis na kartce, a później żartowała: I tak nie wyjdą idealne!.

Moja mama coraz częściej zapraszała Lidię do nas. Lidia wchodziła, myła ręce, zachwycała się pluszowymi kapciami, zakładała je i siadała na małym kanapce w kuchni. Jej nóżki nie dosięgały podłogi, a ona lubiła nimi machać, jedząc naleśniki z kajmakiem. Czasem slizała kajmak z palców, potem wstydziła się i prosiła o ręcznik.

Opowiadała, iż mąż od dawna choruje i nie stanie już wstać, a ona czerpie euforia z opieki nad nim i nami.

Ciocia Lidia kochała wszystkie zwierzęta. Rankiem i wieczorem niosła wiaderko z kaszą lub makaronem, aby nakarmić błąkające się psy, które spotykała na ulicy, bo nie było wtedy schronisk. Pary stróżujących piesków radośnie witały ją, gdy dostawały jedzenie.

Złota kobieta. Wszystko oddaje innym! mówiła moja mama, rozmawiając z tatą.

Złota? Czy to jak złote ozdoby na choince? A cioci Lidi skóra jest jasna! dziwiłam się.

Mama przytulała mnie i tłumaczyła, iż złoty człowiek to ktoś naprawdę dobry.

Pamiętam, jak ciocia Lidia wracała do domu z wiaderkiem, a jej drogę przerywały dwie podwórkowe dziewczynki.

Nie karm już swoje biedne psy! Nie przywołuj dzieci! Są nam dość hałasu! Czy żywisz je cukierkami? Jesteś biedna, udajesz bogatą! Nie usiądziesz z nami na ławce, a przedszkole się wciągnie wokół! Zobacz, co ci się przydarzy, niech ci życie się popsu! wykrzykiwały kobiety.

Ciocia Lidia, trzymając wiaderko, szepnęła:
Żywy człowiek to rodzina. Musimy go wspierać. Jego matka nie ma pieniędzy, a dzieci są małe niech się bawią i śmieją. Strach przed ciszą jest wielki.

Jedna z kobiet krzyknęła:
Zastanów się nad sobą! Twój niepełnosprawny mąż niedługo nie wytrzyma! Nie damy ci grosza!

Nagle ciocia Lidia podniosła drżącym głosem:
Nie dotykaj mojego Władka!

Zobaczyłam, iż coś złego się dzieje.

Nie mówcie tak do cioci Lidi! Albo ja wam pokażę! wpadła na mnie, zasłaniając ją.

Jakaś złośliwa dziewczynka! Damy ci lekcję! jedna z kobiet złapała mnie za rękę i pociągnęła.

Lidia próbowała mnie powstrzymać. Wtem rozległ się gwizd przybiegliśmy, Kacper i reszta, i uwolnili mnie. Stałyśmy w kręgu wokół cioci i razem zawołaliśmy:

Nigdy nie krzywdźcie jej i nie mówcie złych słów! Inaczej z nami będzie tak samo! Ciocia Lidia nasza!

Kobiety odparły: To dzieciakowate łobuzowanie! i odszły.

Ciocia Lidia dalej nas tuliła. Nie byliśmy łobuzami, po prostu jednością jeden za wszystkich i wszyscy za jednego. Naszymi sercami poczuliśmy, iż cioci wyrządzono ból.

Dziś przez cały czas rani się wielu dobrych ludzi, którzy trochę różnią się od innych tych, co karmią ptaszki, dają jedzenie bezdomnym, oddają ostatnie grosze, choć sami nie mają na chleb. Bo są wrażliwi, współczujący, bardzo dobrzy. Niektórzy ich uznają za dziwaków.

Teraz cenimy siłę, bezczelność, wulgarność. Ludzie nie mówią już tak pięknie. Szanują, boją się, a tych, których nie mogą pokonać, dyskryminują, dręczą, wtrącają się w życie i uczą, iż nie warto dawać ostatniego grosza sąsiadowi. Lepiej zachować go dla siebie. I liczni kroczą po głowach innych, nie dostrzegając łez i bólu, ciesząc się z czyichś nieszczęść.

Świat milczy, płacze, bo równowaga harmonii zostaje zachwiana. Musimy żyć w zgodzie.

Po roku ciocia Lidia wyjechała z miasta. Mąż zmarł, a krewni zabrali ją do siebie. Płakaliśmy razem na podwórzu. Przed wyjazdem rozdała nam wafle, płakała, całowała każdego i wręczyła dużą paczkę z papierkami. Kazała nam zrobić sekrety zbierać papierki, kwiatki, kawałki szklanej butelki i zakopywać w ziemi, potem odkopywać pięknym gestem.

Dostałaśmy też wspólne zdjęcie, które mieliśmy przechowywać na zmianę.

Za rok wrócę, sprawdzę, czy wszystko w porządku! machała ręką, odchodząc w zachód.

Ciocię ciągnął walizka wielka jak ona, a za nią biegł jej pudel.

Ciocia Lidia już nigdy nie wróciła. Pilnie strzegłyśmy sekretów, ale nie było już nikogo, kto mógłby je pokazać. Nie było już nikogo, kto dawałby nam cukierki i wołał dzieciaczki. Rosłyśmy, uczyłyśmy się, dorastałyśmy, spacerowałyśmy i śmiałyśmy się, a od czasu do czasu w sercach pojawiała się łza, gdy wspominałyśmy ciocię Lidię

Ostatnie spotkanie umówiliśmy się rok temu na starym podwórzu. Inny Inno, już dyrektorem banku, Olka tłumaczką międzynarodową, reszta rozeszła się po świecie, a dom już nie istnieje na jego miejscu wzniósł się nowoczesny blok.

Tam, w eleganckim garniturze, pod dziwnymi spojrzeniami przechodniów, Kacper uklęknął i zaczął kopać w ziemi.

Czego szukasz? uśmiechnęliśmy się do Oli.

Sekretów cioci Lidi, tych samych, które kiedyś były. Tyle lat minęło, a serce wciąż boli. Gdzie ona? Czy żyje? Szukam w urzędach, nie udaje się. Na spotkaniu w pracy widzę ją przed oczami, podaje mi cukierka, a żona z zagranicy przywozi słodycze, których nie jem. Tę jedną, z dzieciństwa, najpyszniejszą.

Tak samo, szepnęła Ola.

Pamiętacie, iż mówiła, iż choćby gdy dorośniemy, trzeba pozostać w sercu dzieckiem i cieszyć się wszystkim? Bo gdy tego nie zrobimy, elfy się obrażą i życie stanie się nudne dodałam.

Ci, co krzyczały na ciocię, popełniły błąd. Dorośliśmy, ale nie zapomnieliśmy. Kiedy smutek przygniata serceTeraz, gdy patrzymy na własne dzieci, wiemy, iż każdy ich uśmiech jest najcenniejszym sekretem, który kiedyś powierzyła nam ciocia Lidia.

Idź do oryginalnego materiału