Sąsiadka poprosiła o opiekę nad swoimi dziećmi, ale coś z nimi zdecydowanie jest nie tak

twojacena.pl 6 godzin temu

Dzieci u tej sąsiadki wydają się wyszeptała portierka, przetrącając szklaną przegrodę. Ciche, jak myszy. Tylko wzrokiem śledzą.

Tak, milutkie potwierdziła dozorcini, mrugając. Ale patrzą jakby chciały wszystko wypatrywać.

Wprowadziłam się do nowego mieszkania w Warszawie, na Mokotowie, miesiąc temu. Kartony w kątach przez cały czas stały nieotwarte, bo praca w korporacji pożerała każdy wolny moment. Z domu spędzałam noc przy komputerze, a jedynym miejscem, które udało mi się ogarnąć, była kuchnia tam gotowanie było jedynym wytchnieniem po ciężkim dniu.

Sąsiadów ledwo znałam, jedynie przywitałam się od czasu do czasu przy klatce. Dlatego, gdy usłyszałam stukanie w drzwi, nie od razu rozpoznałam nerwową kobietę w drzwiach.

Przepraszam, Natalia, iż tak przeszkadzam zaczęła połamanym tonem. Ja jestem Zofia, wasza sąsiadka. Potrzebuję pomocy

Zwracała się ciągle do swoich dzieci, które stały przy niej jak dwa przerażone wróbki. Chłopiec chudy, o bystrych oczach, a dziewczynka nieco młodsza, z ściśle splecionymi warkoczami, jakby za chwilę miały się rozerwać.

Muszę natychmiast wyjechać, dosłownie na parę godzin. Czy mogłabyś

opiekować się dziećmi? dokończyłam zdanie. Myślę szczerze, iż pomysł nie cieszy mnie zbytnio. Przyzwyczaiłam się do własnej samotności, ale odmówić wydawało się niewłaściwe.

Tak! Będę przy nich jak cień, od razu i wrócę.

Dzieci przeszły cicho jakby ich nie było. Zofia szepnęła im coś do ucha i zniknęła.

No dobra, kochani, jak się macie? próbowałam uśmiechnąć się na maksa przyjacielsko.

Mateusz wyszeptał chłopiec.

Łucja odezwała się dziewczynka echem.

Chcecie coś do picia? zapytałam, kierując się ku kuchni.

Mateusz spojrzał na siostrę i mruknął:

A można?

Jego głos brzmiał, jakby prośba o wodę była czymś zakazanym.

Oczywiście! Mam sok, wodę, herbatę

Podnosząc szklanki, zauważyłam, jak Łucja podgląda wazon z domowymi ciasteczkami. Gdy się odwróciłam, natychmiast odwróciła wzrok.

Weźcie ciastka, upiekłam je sama podsunęłam wazon bliżej.

Naprawdę? powtórzyła szeptem.

Aby przełamać napięcie, zaczęłam opowiadać o mojej kolekcji książek kucharskich. Wyciągnęłam najpiękniejszą, z fotografiami tortów. Dzieci podchodziły coraz bliżej, choć każdy hałas trzask otwieranej okiennicy czy sygnał samochodu za oknem wywoływał w nich drżenie.

Zofia wróciła po czterech godzinach, wpadła jak huragan:

Mateusz! Łucja! gwałtownie do domu!

Dzieci wystrzeliły z miejsca jak na komendę. Łucja potknęła się o wazon, który przewrócił się, a dziewczynka zamarła w przerażeniu.

Wszystko w porządku, nic się nie stało uspokoiłam ją, zauważając, iż automatycznie ocierała rękę o nadgarstek i podwinęła bluzkę. Na bladym karku błysnął siniak, jakby ktoś mocno chwycił ją za szyję.

Dziękuję rzuciła Zofia, wychodząc z dziećmi na klatkę.

Stałam w przedpokoju, patrząc na zamykające się drzwi. Coś było nie tak. Zupełnie nie tak.

***

Czy kiedykolwiek dręczy Cię uporczywa myśl, której nie da się wyrzucić? Tak właśnie prześladowały mnie oczy tych dzieci przerażone, czujne, jak zwierzęta w pułapce.

Po tygodniu zauważyłam, iż okna w mieszkaniu Zofii są zawsze przysłonięte ciężkimi zasłonami, choćby w słoneczne dni. Nigdy nie słyszałam, żeby dzieci się bawiły lub śmiały. Jedynie od czasu do czasu dochodziły ostre krzyki matki i trzask zamykających się drzwi.

Oj tak, surowa jest, ale dobrze wychowuje odrzuciła sąsiadka z pierwszego piętra, kiedy zapytałam ostrożnie. Inaczej niż nasza młodzież, co wszystko wolno.

W czwartek spotkałam Mateusza w sklepie spożywczym. Stał przy półce z kaszą, nerwowo licząc drobne w dłoni.

Cześć, Mateuszu! przywitałam się.

Chłopiec drgnął, a monety rozpadły się po podłodze. Pomagaliśmy je zbierać, a jego palce drżały.

Proszę, nie mówcie mamie, iż mnie widzieliście szepnął, ściskając najtańszą paczkę kaszy gryczanej. Dlaczego?

Zanim zdążył uciec, niemal potknął się o innych klientów.

Wieczorem znów zapukała Zofia.

Natalia, pomóż mi. Muszę wyjechać na cały dzień. Zapłacę, ile zechcesz.

Od pieniędzy odmówiłam. Coś w mojej głowie podpowiadało, iż muszę jeszcze dłużej obserwować te dzieci.

Cały dzień minął inaczej. Dzieci powoli rozgrzały się. Włączyłam stary kreskówkowy film Bolek i Lolek, a Łucja delikatnie zachichotała, gdy Lolek kłócił się z Bolekiem. Potem razem piekłyśmy ciasteczka.

U mamy nigdy tak nie pachnie zamyślił się Mateusz, wycinając figurki z ciasta.

A jak pachnie u mamy?

Papierosami. I jeszcze zamilkł, gdy Łucja pociągnęła go za rękę.

Głośny trzask upuszczonej pokrywki wywołał jednoczesne podniesienie rąk do twarzy, jakby chcieli się chronić. Wewnątrz coś pękło.

Mama nas krzyczy, kiedy hałasujemy szepnęła Łucja, opuszczając ręce. I kiedy jemy w nieodpowiednim czasie. I kiedy

Łucja! przerwał ją brat.

Udawałam, iż rozkręcałam dekorowanie ciastek, ale kątem oka dostrzegłam czerwoną smugę na szyi dziewczynki, wystającą spod kołnierzyka. Łucja zauważyła mój wzrok i gwałtownie poprawiła ubranie.

Trzeba być grzecznym, żeby mama nie była wściekła powiedział Mateusz, starannie rysując lukrem wzór na ciastku. wtedy wszystko będzie w porządku.

W porządku. Patrzyłam na te dzieci mądre, wrażliwe, ale jakby w pułapce i rozumiałam, iż w ich życiu nie ma nic normalnego. Nic.

Wieczorem, oddając Zofii dzieci, wyczułam zapach alkoholu. Nie zapytała, jak minął dzień, tylko chwyciła ich za ręce i odciągnęła.

Stojąc przy oknie, patrzyłam na ich ciemne okna. Coś musiało się zrobić. Co? Musiałam zgłosić sprawę w służby.

***

Nic nie zrobicie? zapytałam przy komisariacie po długiej rozmowie.

A czego się spodziewać? Brak dowodów. Matka w rejestrze, dokumenty w porządku. Może się Pani myli? odpowiedział funkcjonariusz.

Nie mogłam spać kilka nocy. Po telefonie na policję Zofia patrzyła na mnie z podniesionym ciałem, jakby wyzywała do walki. Najgorsze były spojrzenia dzieci nie podnosiły już wzroku, jakby poczuły, iż je zdradziłam. Jak się dowiedziała? Pewnie ktoś zadzwonił.

Zaczęłam od sąsiadów. Obchodziłam kilka mieszkań, ale wszędzie spotykałam mur obojętności.

Co się tak przywiązuje do ludzi? namówiła starsza pani z trzeciego piętra. Jedna wychowuje dzieci, prawie nie pije prawie wcale, a Pani?

W sklepie miałam więcej szczęścia. Sprzedawczyni Marina, kobieta o ciepłych oczach, podeszła do mnie:

Wie Pani, widzę ich codziennie. Chłopiec przy kasie liczy drobne, najtańsze produkty. A ta matka potem kupuje koniak, nie z tego taniego.

Czy te dzieci są z nią już od lat?

Nie, pojawiły się dopiero dwa lata temu. I nie przypominają jej wcale. Ani trochę.

Tamtej nocy wszystko się zmieniło. Siedziałam przy laptopie, próbując pracować, gdy usłyszałam krzyki najpierw ciche, potem coraz głośniejsze. Dźwięk tłuczącego się szkła. Płacz dziecka.

Wezwałam policję. Po raz kolejny.

Wszystko w porządku uśmiechnęła się Zofia otwierając drzwi. Telewizor włączyli głośno, przepraszam.

Policjanci spojrzeli na siebie, jeden wszedł do mieszkania:

Gdzie dzieci?

Śpią już. Późno, co nie?

Sprawdzimy.

Dzieci leżały w łóżkach. Stały jakby nie śpiące. Łucja lekko odwróciła głowę, a ja zobaczyłam świeżą zadrapanie na policzku.

Upadła rzuciła Zofia. Jakaś niezdarna jest.

Policja odjechała, zostawiając mnie z poczuciem bezsilności i gniewu.

***

Dwa dni później zadzwonił drzwi. Na progu stał Mateusz, bladą twarzą, ustami wykrzywionymi.

Proszę podał mi pogniecioną kartkę. To od Łucji.

Na kartce krótkie słowa: Pomóżcie nam. Proszę.

Ona nie jest naszą mamą wpadł w panikę Mateusz i zaszył się dłonią w gardle, patrząc na klatkę schodową. Nie pamiętamy, jak tu trafiliśmy. Pamiętamy tylko inny dom. I innych przerwał i pobiegł.

Rozwinęłam kartkę. Na odwrocie drżącym, dziecinnym pismem widniało: Mówi, iż nas bardzo ukarze, jeżeli powiemy komukolwiek.

Nie zamknęłam oczu tej nocy. Rano wyruszyłam w działanie.

***

Rozumiecie, iż wtrącasz się w czyjąś sprawę? syknęła Zofia, przyciskając mnie do ściany w klatce. Zapach jej mocnego alkoholu wypełniał powietrze. Myślisz, iż jestem taką słodką panią? Wiem, kto dzwonił na policję i wzywał opiekę społeczną.

Spojrzałam jej prosto w oczy:

Wiem, iż te dzieci nie są Twoje.

Zofia odskoczyła, jakby dostała w twarz. W jej oczach migotał strach.

Bzdury! Mam wszystkie papiery!

Podrabione, jak się domyślasz.

W nocy dzwoniłam do opieki społecznej, do organizacji praw człowieka, choćby wynajęłam prywatnego detektywa. Wszędzie składałam zawiadomienia.

Ty, głupia wypluła Zofia. Jeszcze pożałujesz.

Wieczorem zadzwonił do mnie telefon z opieki.

Pani Natalko? Sprawdziliśmy sprawę. Pięć lat temu w Łodzi zniknęło dwójka dzieci chłopiec i dziewczynka. Wiek pasuje, podobny wygląd.

Zadrżały mi ręce.

Co dalej? zapytałam.

Włączamy policję. Przygotuj się na zeznania.

Zofia wyczuła, iż coś się dzieje. Nocą słyszałam, jak przeszukuje szafy, trzaska kluczami. Natychmiast zadzwoniłam na numer komisariatu.

W ciągu godziny przed klatką zebrała się tłusta tłusta grupa: policjanci, pracownicy opieki, śledczy. Zofia biegła po mieszkaniu, trzaskając okna i drzwi:

Nie macie prawa! To moje dzieci!

Śledczy spokojnie zapytał:

Dlaczego wyglądają tak samo jak zaginione 5 lat temu, Kosti i Weronika Szymanowskie?

Mateusz już nie Mateusz, ale Kostia trzymał siostrę za rękę. Stali skuleni w rogu.

Ta kobieta ona nie zaczął.

Zamknij się! wykrzyknęła Zofia i rzuciła się na dzieci.

Policjanci natychmiast założyli kajdanki.

Szanowna Pani Szymanowska, zatrzymujemy Panią pod zarzutem uprowadzenia nieletnich

Patrzyłam, jak odprowadzają ją, a w sercu rośnie dziwna pustka. Wszystkie tygodnie napięcia, strachu, niepewności rozpadły się w jednej chwili?

Natalko! wykrzyknęła Weronika, już nie Łucja, ale Vero, rzucając się w moje ramiona. Uratowałaś nas! Uratowałaś nas

Wtedy łzy wylewają się z moich oczu.

***

Dwa dni później dzieci trafiły do ośrodka rehabilitacyjnego. Codziennie ich odwiedzałam. Powoli odzyskiwały uśmiechy, zaczęły mówić pełnym głosem.

Kiedy przyjechali ich prawdziwi rodzice, nie mogłam powstrzymać łez. Chuda kobieta o siwych włosach, Anna Mikołajewska, stała w drzwiach, patrząc na dzieci ze łzami w oczach. Jej mąż, wysoki mężczyzna o ciepłym spojrzeniu, przytulił ich mocno:

Nigdy nie traciliśmy nadziei. Nigdy.

Historia Zofii okazała się gorsza niż mogło się wydawać zaburzenia psychiczne, utrata własnych dzieci w wypadku, a potem porwanie obcych pociech, przemoc i zastraszanie. Przeniosła je do innego miasta, trzymała w strachu, zmuszając do zapomnienia.

Natalko powiedziała Anna, trzymając moje ręce. Rozumiesz, iż uratowałaś nie tylko dzieci? Uratowałaś całą nasPatrząc na ich rozświetlone twarze, zrozumiałam, iż najciemniejsze sekrety mogą zakończyć się najjaśniejszym światłem.

Idź do oryginalnego materiału