Sąsiadka ciągle pożyczała sól, cukier i jajka, ale nigdy ich nie oddawała. Gdy przyszła po mąkę, wystawiłam jej rachunek za wszystkie produkty

newskey24.com 6 dni temu

Sąsiadka zaczęła regularnie pożyczać ode mnie sól, cukier czy jajka, ale nigdy niczego nie oddawała. Gdy któregoś razu przyszła po mąkę, wystawiłam jej rachunek za wszystkie dotychczasowe produkty.

Jest takie stare polskie przysłowie: „Człowiek prosty gorszy niż złodziej”. Kiedyś uznawałam je za nieco przesadzone, ale życie dobitnie pokazało mi jego prawdziwość.

Około pół roku temu naprzeciwko wprowadziła się nowa sąsiadka. Kobieta w okolicach czterdziestki, zawsze zadbana, pogodna i uprzejma. Spotykałyśmy się czasem w windzie, zamieniałyśmy kilka zdań po prostu sąsiedzka grzeczność.

Po raz pierwszy zapukała do moich drzwi dwa tygodnie po przeprowadzce. Było po dziewiątej wieczorem. Otworzyłam, a przed drzwiami stała uśmiechnięta Małgorzata z pustą filiżanką w rękach.

Przepraszam, iż przeszkadzam zaczęła nieco nieśmiało. Wyobraź sobie, chciałam usmażyć naleśniki, a tu nagle brakło mi soli! Mógłbyś się podzielić szczyptą? Jutro oddam, obiecuję!

Trudno było odmówić takiej drobnostki. Nasypałam jej prawie pół solniczki, podziękowała i poszła.

Ale nie minęło wiele czasu, a zjawiła się ponownie. Tym razem chodziło o cukier.

Zachciało mi się herbaty żaliła się zawinięta w cieplutki szlafrok. A tu i zimno, i późno Pożyczysz szklankę? Kupię jutro dużą paczkę i oddam!

Nie żałowałam, ale w głowie pojawiła się myśl: przecież już trochę tu mieszka nie mogła kupić najpotrzebniejszych rzeczy? Sól, cukier, olej, zapałki to podstawa w każdym domu. Ale machnęłam ręką.

Po tygodniu Małgorzacie brakło jajek. Potem przyniosła po kolej olej, cebulę, połówkę cytryny, torebkę herbaty, tabletkę przeciwbólową, a choćby papier toaletowy.

Schemat był zawsze ten sam: wieczór, przepraszający uśmiech, opowieść o tym, iż „znowu zapomniała kupić”, i niezmienne zapewnienie, iż „jutro wszystko odda”. Nic jednak nie wracało. Małgorzata miała wybiórczą pamięć doskonale pamiętała, iż często jestem w domu, ale o wszystkich przysługach natychmiast zapominała po zamknięciu drzwi.

Kiedyś sama potrzebowałam marchewki do zupy. Zadzwoniłam, wiedząc, iż jest w domu. Otworzyła, wysłuchała mnie i z niewinną miną odpowiedziała:

Oj, mam, ale sama dzisiaj gotuję, więc mi nie wystarczy. Przepraszam, nie pożyczę.

I zamknęła drzwi.

Wtedy puściły mi nerwy. Czyli moje produkty są „dla wszystkich”, a jej marchewka to nietykalny zapas strategiczny? Postanowiłam koniec z uprzejmością.

Wyciągnęłam notatnik i z pamięci spisałam wszystko, co ode mnie pożyczyła: cukier, jajka, kawę, olej, cebulę, tabletkę, cytrynę, proszek do pieczenia W przeliczeniu na złotówki wyszło około 100.

Kartkę zostawiłam w przedpokoju, przeczuwałam, iż niedługo się przyda. I nie pomyliłam się.

W sobotę planowałam piec ciasto. I akurat dzwonek do drzwi. Przez wizjer Małgorzata z miską w ręce.

Wzięłam głęboki oddech, przywołałam na twarz uprzejmy uśmiech i otworzyłam.

Cześć! zaczęła wesoło. Ratuj! Chcę usmażyć placki, kefir się kończy, a mąki zabrakło! Nasypiesz mi z trzysta gram? Oddam wszystko potem!

Mąka? powtórzyłam. Oczywiście, mam.

To świetnie! Wiesz, zawsze oddaję!

Małgosiu, jasne. Ale najpierw podsumujmy naszą dotychczasową współpracę.

Podałam jej przygotowaną wcześniej kartkę. Zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc. zwykle bez słowa szłam po produkty, a tu jakiś rachunek.

Popatrz wskazałam. Wypisałam wszystko, co u mnie pożyczyłaś przez ostatnie dwa miesiące. Zgadza się? Piętnaście jajek, tak?

No nie liczyłam wymamrotała, a jej uśmiech zbladł.

Ja liczyłam. Cztery razy szklanka cukru. Olej, kawa, proszek, cytryna, cebula. Wszystko się zgadza?

Milczała, w jej oczach pojawiło się najpierw zdziwienie, potem irytacja. Jak mogłam?! Przecież my „po sąsiedzku”.

Wyliczyłam według średnich cen dodałam. choćby zrobiłam ci rabat. Razem: 95 złotych.

Wyciągnęłam rękę.

Jak tylko się rozliczymy, nasypię ci mąki. Mogę choćby przesiać.

Ty chyba żartujesz?! wydusiła w końcu. Wystawiasz mi rachunek? Za sól i zapałki?! Co z tobą?

Jestem jak najbardziej poważna przytaknęłam. Pożyczałaś miałaś oddać. Skoro nie oddałaś, to wypadło jak zakup. Po prostu proszę o zapłatę za rzeczy.

Ale z ciebie dusigrosz! uniosła ręce. Myślałam, iż można po ludzku a ty Sknera!

Sknerstwo to mieć pieniądze na sushi, a prosić sąsiadów o papier toaletowy odpowiedziałam spokojnie.

Twarz Małgorzaty zrobiła się czerwona jak burak.

Duś się tą swoją mąką! wrzasnęła. Nigdy więcej niczego nie poproszę!

Odwróciła się gwałtownie i trzasnęła drzwiami. Stałam chwilę z kartką w ręce, ale czułam raczej ulgę niż złość.

Od tego czasu minęły dwa tygodnie. Małgorzata nie mówi mi już choćby „dzień dobry”. Gdy spotykamy się w windzie, odwraca wzrok i udaje, iż odbiera telefon. Słyszałam, jak skarżyła się do dozorczyni, iż „mieszkają tu sami skąpi i dziwni ludzie”.

Jak wy byście się zachowali na moim miejscu? Czy warto tolerować cudze wykorzystywanie?

Czasem trzeba postawić granicę, bo szacunek do siebie samego waży więcej niż garść cukru czy szczypta soli.

Idź do oryginalnego materiału