— Halina Stanisławówna! Halina Stanisławówna, zaczekaj pani! — wołał sąsiad Jan Kowalski, wymachując rękami i prawie biegnąc za kobietą pod blokiem. — Gdzie się pani tak spieszy? Trzeba pogadać!
— Nie mam czasu, Janie, muszę odebrać wnuczkę z przedszkola. — Halina próbowała ominąć mężczyznę, ale ten zagrodził jej drogę.
— Wnuczka poczeka. Sprawa poważna, dotyczy twojego Michała. — Oczy sąsiada błyszczały podejrzanie. — Wiesz, gdzie twój mąż był wczoraj?
Halina zastygła. W piersi coś się ścisnęło, ale starała się nie pokazywać wzruszenia.
— Oczywiście, iż wiem. Na działce. Plewił ziemniaki.
— Na działce? — Jan uśmiechnął się krzywo. — Ciekawe. A ja widziałem go o trzeciej po południu na Marszałkowskiej. Pod apteką numer siedem. Z kobietą. Rozmawiali bardzo blisko siebie.
Słowa uderzyły Halinę jak młot w głowę. Michał faktycznie wyjechał na działkę wcześnie rano, mówił, iż wróci na kolację. A wieczorem przyszedł zmęczony, brudny, narzekał na ból pleców od pracy w ogródku.
— Pomylił się pan — powiedziała cicho. — Mój mąż cały dzień spędził na działce.
— Pomyliłem? — Jan wyciągnął telefon z kieszeni. — A oto i zdjęcie. Jakość nie najlepsza, robione z daleka, ale Michała widać wyraźnie.
Halina nie chciała patrzeć na ekran, ale oczy same sięgnęły ku rozmazanemu obrazkowi. Rzeczywiście, sylwetka przypominała męża. Ta sama pochylona postawa, ten sam sposób trzymania rąk w kieszeniach.
— Kim jest ta kobieta? — szepnęła.
— Tego nie wiem. Ale się dowiem. Mam znajomości, Halino Stanisławówno. Wszędzie ludzie się znają. — Jan schował telefon i spojrzał na sąsiadkę z udawaną troską. — Nie martw się zbytnio. Faceci tacy są, słabi na kobiece wdzięki. Może to nic poważnego.
Halina odwróciła się i poszła w stronę bloku, czując, jak drżą jej nogi. Za plecami usłyszała zadowolony głos sąsiada:
— Jak coś się dowiem, od razu pani powiem! Jesteśmy przecież sąsiadami, trzeba sobie pomagać!
W domu Halina usiadła w kuchni i długo patrzyła przez okno. Czterdzieści trzy lata małżeństwa. Czterdzieści trzy lata! Dwójkę dzieci wychowali, z wnukami się zajmują. Czy naprawdę w ich wieku takie głupstwa się zdarzają?
Michał wrócił z pracy o zwykłej porze, pocałował żonę w policzek, jak zawsze, umył ręce i usiadł do kolacji.
— Jak na działce? — niewinnie zapytała Halina, obserwując męża.
— Normalnie. Ziemniaki spulchniłem, cebulę przepieliłem. Zmęczony jestem, plecy bolą. — Michał przeciągnął się, trzeszcząc kręgami. — Jutro znów jadę, trzeba grządki pielić.
— A do miasta nie wstępowałeś? Do apteki, może po maść na plecy?
Mąż spojrzał na żonę zaskoczony.
— Po co do miasta? Wszystko, czego potrzebowałem, miałem ze sobą. A co, coś trzeba kupić?
Halina odwróciła się do kuchenki. Albo mąż kłamie bardzo przekonująco, albo Jan się pomylił. Ale zdjęcie…
— Michał, widziałeś dziś Jana Kowalskiego?
— Naszego sąsiada? Tak, rano w windzie się spotkaliśmy. Dziwny się zrobił, wypytywał, gdzie jadę, po co. Jakby był detektywem. — Michał zmarszczył brwi. — A co ci mówił?
— Nic szczególnego. Tylko się przywitał.
Nocą Halina nie spała. Wierciła się z boku na bok, nasłuchiwała oddechu męża. Czterdzieści trzy lata spali razem, a teraz nagle wątpliwości. Czy naprawdę może być inna kobieta? W ich wieku?
Rano Michał zebrał się na działkę, jak zwykle. Pocałował żonę, zabrał termos z herbatą i torbę z jedzeniem.
— Wrócę wieczorem — powiedział. — Może kupię po drodze rybę, jeżeli będą dobre.
Halina odprowadziła męża do windy i wróciła do mieszkania. Nie minęło pół godziny, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi. Jan Kowalski stał na progu z triumfującą miną.
— Halino Stanisławówno, mogę wejść? Mam nowe wieści.
— Proszę — westchnęła kobieta.
Sąsiad usiadł w kuchni, odchrząknął znacząco.
— No więc, o tej kobiecie wszystko wyjaśniłem. Nazywa się Weronika Nowak. Pracuje w przychodni numer trzy, jako pielęgniarka. Owdowiała trzy lata temu. Mieszka sama, dzieci w innym mieście. — Jan zrobił pauzę, delektując się wrażeniem. — Znają się z twoim mężem od pół roku. Poznali się w kolejce do lekarza.
— Skąd pan to wie? — cicho zapytała Halina.
— Moja żona ma kuzynkę w rejestracji tej przychodni. Wszystko wie o wszystkich. Mówi, iż często ich razem widuje. Raz w stołówce siedzą, raz na ławce przed wejściem rozmawiają. — Sąsiad pochylił się bliżej. — I jeszcze powiedziała, iż twój mąż chodzi do lekarza co tydzień. Do kardiologa. A ty o tym wiedziałaś?
Halina zbladła. Michał nigdy nie narzekał na serce. Zawsze mówił, iż zdrowy jak koń.
— Nie wiedziałam — przyznała.
— No widzisz! Ukrywa przed tobą. A po co ukrywać, jeżeli wszystko jest w porządku? — Jan z zadowoleniem pokiwał głową. — Radzę ci go prześledzić. Jutro np. pojechać za nim. Sprawdzić, czy naprawdę jedzie na działkę.
— Nie mogę śledzić męża! To jakoś dziwne…
— Co dziwnego? Jesteś prawną żoną, masz prawo znać prawdę. — Sąsiad wstał. — No, twoja sprawa. A ja swój sąsiedzki obowiązek wypełniłem, ostrzegłem.
Po wyjściu Jana Halina usiadła przy kuchennym stole i zapłakała. Czterdzieści trzy lat ufała mężowi bezgranicznie. Nigdy choćby myśl jej nie przyszła, iż mógłby ją zdradzić. A teraz…
Wieczorem Michał rzeczywiście przywiózł rybę – piękne okonie. Oczyszczał je w kuchni, opowiadał, jak brały, jaka była ładna pogoda. Zwyczajny, znajomy, swój. Czy naprawdę potrafiłby oszukiwać?
— Michał — ostrożnie zaczęła Halina. — A do lekarzy ostatnio nie chodziłeś? Może coś cię boli?
Mąż zastygł z nożem w ręce.
— Z jakiej przyczyny pytasz?
— Tak, ot tak. Nie jesteśmy już młodHalina uśmiechnęła się przez łzy i przyniosła mu kolejną porcję zdrowej, dietetycznej kolacji, ciesząc się, iż choć serce męża jest chore, ich miłość wciąż bije mocno i prawdziwie.