W tym roku po raz pierwszy od jedenastu lat nie robię święconki. Nie gotuję żurku, nie piekę babki. W lodówce stoi tylko masło, karton mleka i otwarta ćwiartka białego sera, którą powinnam była zjeść trzy dni temu. W kuchni pachnie środkiem do mycia podłóg, bo wczoraj szorowałam panele, żeby zająć czymś ręce. Okno wychodzi na podwórko studni, gdzie sąsiad z pierwszego piętra wiesza na lince wielkanocnego baranka z waty. Patrzę na tego baranka i myślę tylko jedno: dobrze, iż nie muszę już nikogo udawać.
Jeszcze w lutym wszystko wyglądało inaczej. Mój salon, nieduży, bo to stare budownictwo na wrocławskim Brochowie, co niedzielę wypełniał się ludźmi, którzy przychodzili, siadali na kanapie pod oknem i mówili, iż beze mnie nie daliby rady. Moja młodsza siostra Aldona. Jej mąż Krzyś. Ich dzieci, Anielka i Bruno. Kum ze szkolnych lat Maurycy, który od dziesięciu lat pomieszkiwał u mnie za każdym razem, kiedy rzuciła go kolejna kobieta. I jeszcze kilkoro takich, co to zawsze wiedzieli, kiedy upiekę sernik.
Przychodzili, jedli, narzekali, iż ciężkie czasy, iż praca niepewna, iż rata za mieszkanie znowu poszła w górę. Ja nalewałam herbatę w grube szklanki z metalowymi koszyczkami, bo takie zostały po mamie, i słuchałam. Kiedy Aldona szeptem, żeby dzieci nie słyszały, mówiła, iż znów nie mają na opłaty, wyciągałam torebkę. Nie dlatego, iż byłam bogata — pracuję w przychodni, sama ledwo wiążę koniec z końcem. Tylko wydawało mi się, iż tak trzeba. Że rodzina to przecież nie puste słowo.
Myślałam tak do momentu, kiedy na początku marca trafiłam do szpitala. Niby nic — paskudne zapalenie płuc, gorączka pod czterdzieści, trzy dni pod kroplówką. Leżałam na sali z trzema kobietami, z których najstarsza miała osiemdziesiąt dwa lata i mówiła do mnie „córciu”. Kazała pielęgniarce przynieść mi kisiel, bo sama nie mogła go przełknąć. Ta obca kobieta trzymała mnie za rękę, kiedy w nocy nie mogłam złapać tchu, i mówiła, iż wszystko będzie dobrze.
A moja siostra? Napisała SMS-a: „Trzymaj się, odezwę się, jak wrócisz”. Jednego. Przez sześć dni. Maurycy nie napisał wcale — akurat zeszła się z nim była żona i nie miał głowy. Krzysiek przesłał mi zdjęcie z kremówki, którą jedli w niedzielę, z podpisem: „Myślimy o tobie”.
Wtedy pierwszy raz zadałam sobie pytanie, za które długo się wstydziłam: za co ja im adekwatnie jestem?
Bo ja im gotowałam. Ja im pożyczałam. Ja pamiętałam o imieninach, o prezentach na komunię, o tym, iż Anielka ma skazę białkową i nie można jej dawać jajek na twardo. Ja trzymałam klucze do ich mieszkań, żeby podlewać kwiaty, kiedy wyjeżdżali. A kiedy wracali, to ja parzyłam kawę i pytałam, jak było na wakacjach.
Wyszłam ze szpitala w piątek. W domu pachniało kurzem i stęchlizną. Na stole leżał list z administracji: podwyżka czynszu o sto trzydzieści złotych. Obok rachunek za prąd. I kartka od sąsiadki z dołu, iż mi doniczka spadła z balkonu, ale pelargonia przeżyła, więc mogę ją odebrać.
W niedzielę, jak co tydzień, mieli przyjść. Upiekłam sernik, bo to silniejsze ode mnie. Zrobiłam sałatkę jarzynową, bo Bruno nie je bez niej obiadu. Ustawiłam talerze. Czekałam.
Przyszedł tylko Krzysiek. Bez dzieci, bez Aldony. Stanął w przedpokoju, nie zdjął kurtki. Powiedział, iż wpadł tylko na chwilę, bo muszą lecieć do teściów. Do mnie, znaczy. Do mojej matki. Poczekał, aż postawię przed nim talerz z sernikiem, i wtedy to powiedział.
— Wiesz, my z Aldoną gadaliśmy. Byłoby nam wszyscy łatwiej, gdybyś przepisała na nią pół mieszkania. Bo ty tu sama siedzisz, a my się dusimy w tych czterdziestu metrach. Dzieci rosną, Anielka niedługo do szkoły. Ty przecież i tak cały dzień w pracy, a wieczorami to siedzisz w tym fotelu i gapisz się w telewizor.
Skończył sernik. Wytarł usta serwetką, złożył ją w kostkę i położył obok talerza.
— No to co? Porozmawiasz z notariuszem? Bo my już choćby mamy namiary na jednego, on za darmo robi pierwszą konsultację.
Patrzyłam na jego serwetkę. Złożona w idealny kwadrat. Biały róg. Nie wiem, dlaczego zapamiętałam akurat ten róg.
— Nie — powiedziałam.
Krzysiek zamrugał. Chyba nikt mu nigdy nie powiedział „nie”. Może Aldona. Może matka. Ale nie ja.
— Jak to nie?
— Nie przepiszę. To moje mieszkanie. Kupiłam je za własne pieniądze dziesięć lat temu, po tym jak tata umarł i matka zgarnęła wszystko, co po nim zostało. Pamiętasz? Byłeś już wtedy z Aldoną. Matka dała wam te wszystkie pieniądze na wkład własny na wasze mieszkanie. Te czterdzieści metrów, w których się dusicie. A ja dostałam stary talerz z pęknięciem i tyle.
Nie powiedział nic. Wyszedł. Drzwi huknęły tak, iż brzęknęła szklanka na suszarce.
Wieczorem zadzwoniła matka. Nie „jak się czujesz, córeczko”, nie „co u ciebie”. Od razu:
— Co ty wygadujesz Krzysiowi? Dzieciom chcesz zrobić krzywdę? Ty sama w tym mieszkaniu, wielka pani, a Anielka z rodzicami w jednym pokoju. My z ojcem całe życie dzieliliśmy się, co mieliśmy. A ty?
Słuchałam, milczałam, wyłączyłam telefon. Nalałam sobie wódki. Nie, nie wódki — herbaty. Bo alkohol w szpitalu mi zabronili, a ja się chyba przyzwyczaiłam pilnować zdrowia.
Przez kolejne dni nikt nie dzwonił. Aldona napisała tylko: „Nie poznaję cię”. Maurycy wrzucił post na swoje konto, iż w rodzinie najważniejsza jest lojalność, i dostał pod tym dwadzieścia trzy serduszka. Krzysiek zablokował mnie na fejsie.
Ja przez ten czas chodziłam do pracy, wracałam, podlewałam pelargonię. W sklepie pani w mięsnym zapytała, czy będzie mi potrzebna szynka na święta, a ja powiedziałam, iż nie, dziękuję. I to było chyba pierwsze święta od jedenastu lat, na które nie zamówiłam pół wieprza z kością.
W wielkanocną sobotę zrobiłam porządek. Nie taki zwykły — ten prawdziwy, jak przed przeprowadzką. Wyjęłam z szafy wszystkie rzeczy, których nie nosiłam od lat. Skarpetki bez pary. Bilety z koncertów, na które chodziłam z Maurycym, bo nie miał z kim. Papierowe serwetki z imienin. Paragon z apteki po tym, jak brałam antybiotyk po wyjściu ze szpitala.
Wszystko do worka.
Potem usiadłam na podłodze w kuchni, z plecami przy lodówce, i odpaliłam w telefonie bank. Znalazłam to, czego szukałam — przelew, który w lutym zrobiłam Aldonie. Trzy tysiące złotych. „Na korepetycje dla Anielki, bo dzieciak się męczy z matematyką”. Wysłałam go wieczorem, przed snem, i nie czekałam aż podziękują. Bo w rodzinie się nie czeka.
W koszyku bankowym kliknęłam: nowy przelew. Kwota: trzy tysiące. Odbiorca: Fundacja na rzecz Dzieci z Domów Samotnych przy Dworcu Głównym. Tytuł: „Darowizna na zajęcia dodatkowe — matematyka i język polski”. Kliknęłam „Zatwierdź”. Wpisałam kod z SMS-a. Kwota zniknęła z konta, a ja poczułam coś, czego nie umiałam nazwać. Nie żal. Nie satysfakcję. Raczej spokój, ale taki chłodny, jak woda w marcu.
Tego samego dnia zmieniłam zdanie w sprawie święconki. Poszłam do Lidla i kupiłam dwa jajka, kawałek białej kiełbasy i mały chlebek. Zrobiłam święconkę tylko dla siebie. W koszyku położyłam serwetkę, na serwetkę wierzbową gałązkę. Zaniosłam do kościoła na Brochowie, postawiłam na długim stole między wielkimi koszami cudzych rodzin, ksiądz pokropił ją święconą wodą, a ja nie poczułam wstydu, iż mój koszyk taki mały.
W niedzielę rano zjadłam żur z kiełbasą, jajko z majonezem i kawałek babki. Babka była kupna, z proszku, ale zjadłam ją całą, prosto z blachy, bez talerzyka. Potem zadzwoniłam do tej starszej kobiety ze szpitala, pani Ireny. Zapytałam, czy nie chciałaby, żebym do niej przyjechała po południu. Powiedziała, iż będzie czekać.
Kiedy wychodziłam, zobaczyłam majowego żuka na klatce. Stał na schodku, nieduży, brązowy. Ominęłam go szerokim łukiem. Na dole, przy drzwiach do piwnicy, leżała kartka, którą ktoś musiał zgubić: „Wesołego Alleluja”. Zgniotłam ją, żeby poszła do kosza.
Na przystanku tramwajowym stała rodzina. Ojciec trzymał chłopca za rękę, matka poprawiała dziewczynce kokardę. Wsiadłam do siódemki, usiadłam przy oknie, patrzyłam na mijane ulice. I po raz pierwszy od nie wiem kiedy nie myślałam o tym, iż kogoś zawiodłam.
Myślałam o pani Irenie, o jej kisielu, o tym, iż obiecała mi pokazać zdjęcia wnuków, którzy — jak powiedziała — „przyjadą w maju, na długi weekend, bo teraz to oni mają dom, a ja już tylko czekam”.
W tramwaju dwóch chłopaków śpiewało coś pod nosem. Jeden nie miał biletu i przekonywał kolegę, iż dojedzie do Rynku i nikt nie zauważy. Oparłam czoło o chłodną szybę i na nich patrzyłam.
Miałam przy sobie telefon. W kieszeni. Na wszelki wypadek, gdyby Aldona jednak napisała „Wesołego Alleluja”. Nie napisała. Ale ja sprawdzałam tylko raz.
Na wysokości Dworca Głównego podniosłam się, żeby wysiąść. I wtedy zobaczyłam w głowie, jak w lutym, tuż po moim przelewie, Aldona wrzuciła na swoje konto zdjęcie. Anielka siedzi przy stole, przed nią nowy tablet, różowy, z klapką w serduszka. Podpis: „Mikołaj zapomniał, iż jest luty. Dziękujemy cioci!”.
Trzy tysiące. Tablet. Serduszka na klapce.
Wysiadłam, przeszłam przez chodnik, minęłam mężczyznę, który na ławce częstował gołębie. Kupiłam przy kiosku citronetkę i zjadłam ją, zanim doszłam do przejścia. Potem poszłam dalej, w kierunku osiedla pani Ireny.
Pod jej blokiem rosły brzozy. Kiedy weszłam na trzecie piętro, ona już stała w progu. Pachniało u niej kapustą z grzybami i świeżo parzoną kawą. Zaprosiła mnie do środka, zdjęła mi kurtkę i powiesiła na wieszaku, a potem powiedziała:
— Dobrze, iż jesteś, córciu.
I wtedy ja, Dorota, lat czterdzieści osiem, po raz drugi tego dnia pomyślałam, iż pusty stół nie znaczy wcale, iż jesteś sama. Znaczy tylko tyle, iż nie musisz już przy nim siadać z ludźmi, dzięki którym czujesz się najbardziej opuszczona na świecie.
Zostawiłam buty przy wycieraczce.













