Rozdział 7: Trochę słodyczy nie zaszkodzi. / MonikaSK

publixo.com 1 godzina temu

Rozdział 7
Trochę słodyczy nie zaszkodzi.

Nad ranem Rose stoi już w holu głównym pałacu, przestępując z nogi na nogę. Nie ukrywa zdenerwowania. Czeka ją wizyta u lekarza – trzecia próba pobrania komórki jajowej. Dziewczyna bierze dwa głębokie oddechy, po czym wychodzi na zewnątrz, gdzie czeka już na nią Ville. Klinika, do której jadą, mieści się w nowoczesnym, prywatnym budynku. Gdy wchodzą do środka, już od drzwi wita ich jasne wnętrze, pachnie świeżo parzoną kawą i lawendą z dyskretnie ustawionych dyfuzorów.
Ville trzyma Rose za rękę, ale nie odzywa się ani słowem. Gdy lekarz wzywa dziewczynę do gabinetu, wstaje, otwiera jej drzwi i przytula. Sam proces jest zwykle krótki, choć dla pacjentki obciążający – lekarz zaczyna od USG, by sprawdzić, czy w jajniku widać dojrzały pęcherzyk. jeżeli tak, próbuje pobrać komórkę cienką igłą pod kontrolą obrazu. Tym razem jednak monitor pozostał pusty – żadnego pęcherzyka, żadnej szansy na pobranie. Kwadrans później Rose wychodzi z gabinetu. Z jej oczu płynie potok łez – jajniki znów nie zareagowały tak, jak powinny. Jedynym pocieszeniem jest to, iż będzie mogła podjąć jeszcze jedną próbę, a cysty na razie się nie rozrosły. Ville wie, co to oznacza – spogląda na nią i w tym spojrzeniu jest ulga wymieszana z obawą, której żadne z nich nie musi już wypowiadać na głos. On przytula ją mocno, ociera łzy, a gdy dziewczyna wreszcie się uspokaja, wręcza jej czekoladowego batonika na poprawę humoru – gest tak prosty, iż mimo wszystko na jej twarzy pojawia się cień uśmiechu.
Jakiś czas później, schodzą na dół do punktu pobrań. Libertyn, zgodnie z zaleceniem lekarza, ma do wykonania całą listę badań. Gdy kierują się w stronę gabinetu, nogi uginają się pod nim, a on zaczyna głęboko oddychać.
– Rose, ja przepraszam, ale nie dam rady, ja idę.
– Villuś, przez dwa tygodnie kułam się codziennie w brzuch, a ty boisz się jednego wkucia w żyłę. Hej, wszystko będzie dobrze, oddychaj – uspokaja go.
Libertyn patrzy na nią i mimo narastającego stresu nie omieszka poflirtować.
– Villuś… jeszcze nigdy tak do mnie nikt nie powiedział.
– Naprawdę?
Chłopak uśmiecha się zawadiacko, ale nim zdąży się odezwać, pielęgniarka podchodzi do nich niemal bezszelestnie.
– Pan Rathore Rian?
Ville przytakuje niepewnie po czym mruczy pod nosem:
– Jestem męski, jestem odważny.
– Jesteś, Villuś, jesteś – pociesza go Rose, głaszcząc po głowie.
Pielęgniarka zaprasza go na kozetkę. Chłopak siada powoli, jakby już samo to miało być próbą odwagi. Kobieta spogląda na długą listę badań i zaczyna układać przed sobą probówki próżniowe – jedną, drugą… w końcu jest ich sześć, ułożonych w rządek niczym małe, kolorowe naboje. Zakłada gumową opaskę na jego ramię, by uwidocznić żyłę, a on patrzy w przeciwną stronę, zaciskając powieki.
– Proszę się nie ruszać – mówi pielęgniarka spokojnym tonem.
Igła wchodzi za pierwszym razem, a ciemnoczerwona krew zaczyna powoli wypełniać probówkę. Ville odwraca wzrok jeszcze mocniej, ramiona napina jak do obrony przed atakiem. Druga probówka napełnia się szybko, przy trzeciej jego twarz blednie.
– Ja… chyba… – zaczyna, ale nie kończy.
Rose zdąża tylko złapać go za dłoń, gdy nagle czuje iż mięśnie rozluźniają się zupełnie. Libertyn osuwa się w tył, odpływając na moment. Na szczęście leży już na kozetce, więc omdlenie nie kończy się upadkiem. Pielęgniarka, niewzruszona, trzyma igłę pewnie i kończy pobranie, odstawiając kolejne probówki, a jej twarz nie wyraża żadnych emocji jakby już widziała podobne sceny setki razy.
Po chwili chłopak mruga powiekami, wymusza uśmiech udając, iż nic się nie stało.
Zimne słońce odbija się w oszklonej fasadzie kliniki, a na chodniku drobny szron skrzypi pod butami. Rose i Ville wychodzą powoli, każde z własnymi myślami, ale milczenie jest w tym momencie wygodniejsze niż słowa. Gdy docierają do samochodu, On zatrzymuje się i wyciąga z kieszeni kluczyki do swojego Ferrari. Metal błyszczy w porannym świetle.
– Chyba żartujesz, nie będę jeździła twoim samochodem.
– Piękna, właśnie pobrali mi litr krwi, teraz będę leżał do końca dnia nieprzytomny. Marzę, żeby położyć się do łóżka. No wiesz, możesz mi potowarzyszyć.
Kąciki ust Rose unoszą się w półuśmiechu.
– A może kupimy po drodze sushi, ciasto i resztę dnia spędzimy w twoim wielkim łóżku oglądając…
Gwiezdne Wojny! – kończy za nią z entuzjazmem godnym dziecka w sklepie z zabawkami.
– Dobrze, zgadzam się – mówi odpalając już silnik Ferrari, a w jej głosie pobrzmiewa nuta rozbawienia, której oboje dziś potrzebują.
I faktycznie – kilkanaście minut później wchodzą do pałacu, każdy z siateczką pełną skarbów. Ville niesie ulubione sushi, Rose – pachnącą czekoladą tartę, której aromat przebija się choćby przez papierowe opakowanie. Następnie rozsiadają się w wielkim łóżku Libertyna, otoczeni pudełkami, talerzykami i butelkami. On oparty o poduszki, jednym ruchem włącza odtwarzacz. Charakterystyczny motyw filmu rozbrzmiewa w pokoju, a w tle na ekranie zaczynają płynąć żółte napisy. Tak, to będzie dzień spędzony na sushi, czekoladzie i Gwiezdnych Wojnach – najlepszej terapii, jaką Ville mógł dziś zaproponować.
Telefon Rose pika kilkukrotnie, przerywając dźwięk blasterów na ekranie. Dziewczyna zerka na wyświetlacz i natychmiast przewraca oczami. Libertyn, wychwyciwszy ten gest, podnosi brew.
– Eryk pyta o pobór komórki jajowej – informuje, nie kryjąc irytacji. Odkłada telefon na bok, po czym głosem łobuzicy dodaje: – Nie udało się, Eryku, i wiesz, towarzyszył mi Ville Rian, ten sławny muzyk z Liberty Fade, który nie chciał, żebym była tam sama. A jak tam twój mecz?
Chłopak wybucha śmiechem tak głośno, iż aż zatrzymuje film i odwraca się do niej całym ciałem.
– Co mu odpiszesz?
– Że się nie udało – odpowiada chłodno spoglądając na ekran telefonu.
– A co dalej, zerwiesz z nim? – podchwytuje, w głosie mając mieszankę ciekawości i satysfakcji.
– Tak, to koniec. Ale iż minęło już trzy lata, nie wypada mi robić tego przez SMS. Muszę pojechać do Bristolu.
Libertyn nie ukrywa zadowolenia. Kąciki jego ust jednak drgają, a palcami bezwiednie bębni w koc.
– jeżeli chcesz, to cię zawiozę – rzuca swobodnie, jakby to była propozycja podwiezienia do sklepu po mleko.
Rose parska śmiechem, kręcąc głową. Wie, iż tę sprawę musi załatwić sama, bez świadków…
Wieczorem, po długim i intensywnym dniu pracy w RRstudio, Ville wraca do pałacu. Rose chwilę wcześniej skończyła swoje działania w Pokoju Strachu – teraz składa odcinek o tym, jak ekipa Liberty Fade zrobiła mu psikusa. Spotykają się w jadalni na kolacji, do której przysiada się także Amidala. Dziewczynka mówi bez przerwy, opowiadając o swoim dniu w przedszkolu, o koleżankach, o tym, co miała na podwieczorek, a choćby o tym, jakie buty nosiła nauczycielka.
Kiedy niania zabiera Ami na lekcję fortepianu, a pokojówka zbiera resztę naczyń, w jadalni robi się cicho. Ville przenosi spojrzenie na Rose, w jego oczach czai się coś podejrzliwego.
– A może upieczemy szarlotkę? – rzuca niby od niechcenia.
– Szczerze mówiąc, po wczorajszej wyżerce mam dosyć słodkiego, ale… nie omieszkam skorzystać z propozycji.
Chłopak szczerzy się szeroko, wstaje od stołu i otrzepuje dłonie, jakby już szykował się do pracy.
– No dobra, to do roboty. A może to nagramy?
– No nie wiem…- wacha się Rose robiąc pół kroku w tył.
Ville przewraca oczami z przesadnym teatralizmem.
– Piękna, jesteś moją kumpelą. Nagramy, jak pieczemy, i zobaczymy – może wrzucimy to jako rolkę albo zajawkę, albo odcinek bonusowy?
Ona lekko potakuje i nim ruszą do kuchni zabierają ze sobą kilka kamer i mikrofony. Ona ustawia dwa rejestratory na statywach i kolejne dwa na blacie, sprawdzając kadry. Ville poprawia fryzurę, następnie robi jakby rozgrzewkę mięśni twarzy i zaczyna:
– Witajcie kochani na naszym kanale – przeciąga ostatnie słowo do granic absurdu i przewraca oczami. – Dziś z naszą informatyczką Rose z którą jeszcze do niedawna się nie lubiliśmy ale już się lubimy będziemy piec ciasto – Tu znowu przeciąga ostatnią sylabę i przewraca oczami. Pamiętajcie o subskrypcji naszego kanału, dzwoneczku, zostawieniu łapki w górę i napiszcie w komentarzach czy lubicie szarlotkę.
W między czasie Rose, która przez cały monolog Villego próbowała zachować powagę wreszcie nie daje rady i zaczyna się głośno śmiać, on patrzy na nią groźnie i lekko kręci głową wyrażając swoją dezaprobatę, po czym dziewczyna bierze kilka głębokich oddechów i poważnieje.
– Przepraszam za moje nieprofesjonalne zachowanie, już się poprawiam. To od czego zaczniemy?
Ville otwiera szufladę z książkami kucharskimi, grzebie w niej przez chwilę i wyciąga wymiętoloną kartkę.
– Powinienem wreszcie to przepisać i oprawić w ramkę. To najlepszy przepis babci Juliett – mówi z sentymentem.
Rose, która poznała już Juliett na urodzinach Amidali i od razu ją polubiła, uśmiecha się na to wspomnienie.
– Przepiszę ci to na komputer – mówi robiąc zdjęcie zapisanej kardce.
Libertyn potakuje, ale nie byłby sobą, gdyby nie dorzucił kąśliwego komentarza. Opierając ręce na biodrach, rzuca z lekką ironią:
– Tylko nie zapomnij sformatować tekstu.
– No tak, ty na swojej maszynie do pisania nie musisz się o to martwić. I tak się dziwię, iż nie używasz tablic kamiennych i dłuta.
Ville obrusza się teatralnie, robi ,,dzióbka’’ i zaczyna przeglądać przepis, stuka paznokciem na jedną z pozycji:
– Będziesz odpowiedzialna za jabłka. Przygotuj tyle, ile trzeba, pokrój w kostkę – rozkazuje z udawaną stanowczością.
– Tak jest, szef! – melduje po czym chwyta za nóż ogłaszając gotowość do pracy.
On w tym czasie waży składniki, od czasu do czasu spoglądając na nią z ukosa. Gdy jabłka są obrane, Ville bierze do ręki pudełko z jajkami, podchodząc do niej bliżej.
– Skarbie… powiedz mi, jak się bada jaja? – rzuca tonem, w którym aż iskrzy od podtekstu.
Dziewczyna przerywa krojenie, przełyka ślinę, ale jej twarz pozostaje kamienna.
– Chodzi ci o to, żeby przez przypadek nie dodać zepsutego jajka do ciasta?
Libertyn staje obok, tak blisko, iż niemal ociera się ramieniem o jej ramię.
– Dokładnie tak, moja droga. Wystaw rękę.
Gdy to robi, kładzie w jej dłoni dwa jajka, a potem powoli zamyka jej palce.
– No? – prowokuje, patrząc prosto w oczy.
– To jak mam zbadać te… – odwraca się do niego z całkowitą powagą – …jaja?
– Nalej wody do szklanki, wrzuć delikatnie.Jeśli leży na dnie, jest dobre. jeżeli pływa – popsute.
Rose nalewa wodę, wrzuca jajko, patrzy, jak opada na dno, i kiwa głową.
– Faktycznie, zapomniałam o tej metodzie.
– No dobrze – rzuca Ville pośpiesznie – Dalej postępujemy zgodnie z przepisem. A niech nam coś zagra… Ty wybierasz piosenkę.
Rose bierze jego telefon, przegląda playlistę i już po chwili z głośników sączy się delikatny house. W kuchni robi się niemal intymnie – rytm muzyki miesza się z zapachem cynamonu i masła, a jabłka powoli duszą się na wolnym ogniu, sycząc cicho w rondlu. Ville, skupiony na odmierzaniu mąki, stoi bokiem do Rose, gdy nagle…
– Kurwa mać! – wybucha, odskakując pół kroku w tył. Spogląda na swoją czarną, idealnie skrojoną koszulę, na której wylądowała solidna porcja białego proszku.
– Villusiu, nie denerwuj się – mówi Rose spokojnie, sięgając po mokrą ściereczkę. Staje przed nim i delikatnie strzepuje mąkę z materiału, jej palce muskają jego tors. On patrzy jej w oczy, ona przesuwa wzrok po jego twarzy.
Nie mija sekunda, a ich usta spotykają się w powolnym, miękkim pocałunku. Gdy odrywają się od siebie, Ona odchrząkuje skupia wzrok na czymś za oknem, a on jedynie oblizuje wargi.
– To było… miłe. Choć przepis nic nie mówi o całowaniu.
Rose nie odpowiada na zaczepkę tylko w milczeniu wraca do pracy, skupiając się na cieście, kącik jej ust lekko drga. Piekarnik wydaje krótki dźwięk, informując, iż osiągnął adekwatną temperaturę. Ville zaciera ręce.
– No, ślicznotko, sru do pieca… – urywa i krzywi się lekko. – Eee… znaczy, iż ciasto do pieca.
Obydwoje wybuchają śmiechem. Ona delikatnie wsuwa blachę z szarlotką do piekarnika i zamyka drzwiczki. Gdy ustawia minutnik, ich spojrzenia znów się spotykają.
– Mamy trochę czasu… – mówi Ville niewinnie patrząc w sufit – może wykorzystamy to jakoś…
Dziewczyna nie odpowiada słowami. Pochyla się, a ich usta znów odnajdują się w kolejnym pocałunku – dłuższym, odrobinę głębszym, jakby wszystko poza nimi przestało istnieć. Powietrze między nimi gęstnieje, a muzyka z głośników rozmywa się w odległe tło. Nagle w drzwiach kuchni staje Emma. Opiera się o framugę, przygląda im się przez moment, po czym z udawanym znużeniem przerywa ciszę:
– Zajadów dostaniecie od tego przyjacielskiego pocałunku.
Ville i Rose odrywają się od siebie niechętnie. Dziewczyna zerka na minutnik, otwiera oczy ze zdziwienia – gdy wstawiała ciasto, ustawiła go na czterdzieści pięć minut, a teraz wyświetlacz pokazuje równo trzydzieści. Emma dostrzega zdumioną minę koleżanki, i spoglądając zadziornie to na Rose, to na swojego brata, postanawia powstrzymać się od komentarza czekając spokojnie na ich dalsze ruchy. Podchodzi do piekarnika i przez chwilę w skupieniu obserwuje, jak szarlotka powoli rośnie, pokrywając się złocistą skorupką. W międzyczasie, Libertyn odsuwa się w stronę okna, jakby potrzebował chwili, by ochłonąć i zebrać myśli, a Rose w milczeniu zaczyna sprzątać blat, wycierając drobiny mąki i cynamonu. Choć cała trójka uśmiecha się pod nosem, to nikt nic nie mówi. Emma siada przy wyspie kuchennej, na której piętrzy się sterta książek kucharskich wyciągniętych przez Villego. Dziewczyna kartkuje je powoli, podczas gdy Rose ściera ostatnie okruchy, a jej brat z namysłem analizuje konstrukcję skrzydła okiennego.
Emma podnosi wzrok znad strony z przepisem na pulpeciki w sosie śmietanowym.
– Nie umiem gotować, a ty, ślicznotko?
Rose oddycha z ulgą, iż temat zbyt długiego pocałunku zszedł na dalszy plan.
– Mam kilka swoich popisowych dań, choć rzadko gotuję. Dla mnie samej mi się nie chce, a nikt specjalnie mnie nie odwiedza – odpowiada, siadając obok.
– Ja mam dwie lewe ręce, ewentualnie sałatki, to mi jeszcze wychodzi.
Ville również siada przy wyspie kuchennej, a rozmowa schodzi na bezpieczny temat gotowania. W piekarniku dopieka się szarlotka, a w kuchni unosi się zapach pieczonych jabłek, który co chwilę przypomina im, iż zaraz będzie degustacja.
Gdy minutnik daje sygnał, iż ciasto jest gotowe, Rose delikatnie wyjmuje blachę do wystudzenia.
– Emi, mam pytanie – mówi kładąc wypiek na blat.
– Co tam, piękna?
– Na początku nie chciałaś być gitarzystką w Liberty Fade. Dlaczego? I co sprawiło, iż zmieniłaś zdanie?
– To trochę długa historia – odpowiada Emma, po czym wstaje, jakby chciała zebrać myśli.
Podchodzi do lodówki, otwiera ją, zagląda do środka i po chwili zamyka, nie wyjmując niczego.
– Wiesz o tym, iż Mia nie jest moją biologiczną mamą – zaczyna – ale nigdy nie robiła między mną a bratem różnicy. Przyjęła mnie jak swoją. I choć moja matka nie jest złą osobą, to nigdy nie zaznałam od niej miłości, za to Mia dała mi jej aż w nadmiarze. Czułam się w obowiązku, aby być najlepszą córką. Starałam się ze wszystkich sił mieć wzorowe oceny i zachowanie. – Rzuca spojrzenie na brata, który teraz uśmiecha się niczym mały diabełek. – Mia nigdy tego nie wymagała, a razem z ojcem nie raz dawali mi do zrozumienia, iż nie muszę być prymusem, żeby mnie kochali. Jednak ja wciąż starałam się być najlepsza.
Zawiesza się chwilę, upija łyk wody i kontynuuje:
– Mia mi zawsze imponowała. Chciałam być jak ona – iść w jej ślady. Gdy brat zaproponował mi posadę gitarzystki, odmówiłam, bo… czułam, iż Mia by tak nie postąpiła. Jednak kilka dni później mama zaprosiła mnie na rozmowę. Powiedziała wtedy tylko: „Emma, bądź sobą, pragnę twojego szczęścia”. Pogadałyśmy chwilę, bardzo mnie podbudowała i postanowiłam, iż spróbuję.
Rose spogląda teraz na Villego siedzącego tuż obok i na Emmę, która gładzi grzbiet książki kucharskiej.
– To dziwne zgranie w czasie: ty odmawiasz bratu, a zaraz potem Mia z tobą rozmawia… – patrzy wymownie na Libertyna, który puszcza jej oczko.
– Tak, braciszek poprosił mamę o interwencję.
– Nie miałem w sumie wyboru. Wszystko było gotowe do nagrania demo, Emma była pod ręką… i no wiesz, biznes jest biznes. – Zawiesza się na moment patrząc wymownie na siostrę. – Zresztą byłem jej to winny. Nie byłem najlepszym bratem, ciągle jej dokuczałem i robiłem psikusy.
Siostra gładzi go po dłoni z czułością.
– Ale teraz jesteś super. I choć pewnie będę żałować tych słów, to wiedz, iż dobrze mi się z tobą pracuje.
– A mi z tobą – odpowiada i zwraca się do Rose. – Wiesz, zanim się dograliśmy w zespole, to Emma była takim moim powiernikiem i jako jedyna nie miała skrupułów, aby mnie ochrzanić lub wyrazić swoją opinię. To na początku bardzo mi pomogło. Teraz jest już inaczej, bo jak wiesz, jesteśmy zgraną kapelą i przyjaźnimy się.
W tym momencie do kuchni wpadają Paul, Thomas, Robert i Wendy, od razu kierując się w stronę szarlotki. Ville z niezadowoleniem obserwuje, jak hołota z Liberty Fade bez pytania kroi ciasto i dzieli się nim niczym łupem wojennym. W końcu wstaje, oburzony.
– Cholera, wy macie wbudowany ,,radar szarlotkowy’’?
Grudniowy poranek nie zapowiada się ani ładnie, ani ciekawie, ot kolejny dzień pracy, gdzie Rose walczy z ostatnimi materiałami, które w formie kilkusekundowych rolek będą wrzucane niemal codziennie na social media zespołu aż do pierwszego koncertu nowej trasy. Dziewczyna jak zawsze siedzi w skupieniu, popija melisę, w ustach lizak, jej włosy związane we francuski warkocz, który po raz pierwszy zrobiła jej pokojówka na wyraźne polecenie: ,,Panienko, Pan Rian Junior przysłał mnie aby panienkę uczesać’’. Rose dotyka swojej fryzury i uśmiecha się pod nosem na samo wspomnienie tej niezręcznej propozycji, ale statecznie nie było tak źle, a służąca okazała się miłą osobą. Dziewczyna stwierdza, iż skoro pokojówka jeszcze dodatkowo pomogła uporać się jej z makijażem to w sumie może włączyć kamery aby nagrać się przy pracy, tak jak kiedyś prosił Ville. Wprawdzie już się raz nagrała, kiedy toczyła wojnę z Libertynem i rozmowa ta nie była zbyt przyjemna, więc może dzisiejszy materiał będzie bardziej odpowiedni do odcinka o kulisach programu. Drzwi serwerowni otwierają się delikatnie, a w szczelinie pojawia się głowa Villego, który szczerzy się od ucha do ucha:
– Hej śliczna – zagaduje wesoło.
Rose uśmiecha się kątem ust i nie odrywając wzroku od monitora podnosi rękę na znak przywitania.
Chłopak podchodzi sprężystym krokiem siada w fotelu obok:
– O lizak, daj spróbować.
– To cytrynowy – odpowiada i już widzi, iż Libertyn się krzywi, po czym przekazując mu słój lizaków dodaje – proszę, wybierz sobie.
Ville odbiera słój niczym największy skarb i już po chwili wyciąga swojego ulubionego lizaka truskawkowego, po jego minie widać, iż zaraz się obślini. Gdy próbuje go otworzyć, szeleści papierkiem, denerwując się przy tym coraz bardziej. Rose bez słowa podaje mu nożyczki, a on posyła jej buziaczka w powietrze, nacina papierek i po chwili patrząc z pożądaniem na słodycz wsadza go sobie do ust.
– Co robisz– pyta w końcu, gdy widzi jakiś tekst na monitorze.
– Opis odcinków, które zmontował Harry, żebyśmy mieli pogląd co i jak, mam nadzieję, iż widziałeś materiały.
Chłopak potakuje bez słowa rozkoszując się smakiem syntetycznej truskawki.
– Ten opis jest potrzebny? Mogę przeczytać? – pyta kręcąc się w kółko na fotelu obrotowym.
Rose jedynie wzdycha ciężko, patrząc na niego z nutą dezaprobaty, i bez słowa włącza monitor stojący tuż przed jego nosem. Już po chwili może przeczytać najważniejsze informacje o kilku zmontowanych odcinkach, które wejdą jako pierwsze do drugiego sezonu. Ostatnie dwa czyta już na głos.
---
Plik: ,,2025_EP1_FINAL’’.Status: do emisji ; Tytuł: Rozwiązuję zespół; Ogólny opis:
Zamiana ról w zespole. Wszyscy ćwiczą brzmienie ,,nowych’’ instrumentów. Następnie mają wykonać By The Way. Emma na wokalu wyje więcej niż śpiewa – katorgą dla uszu – według Ami, Robert nieźle radzi sobie na gitarze Emmy, pod warunkiem, iż gra sam, Paul nie rozumie działania konsoli, odtwarza przypadkowe beaty, Thomas nie może zgrać rąk i nogi na perkusji, traci rytm niemal natychmiast, Ville gubi więcej akordów niż jest w stanie znaleźć.
Ciekawe wypowiedzi:
Thomas po próbie zagrania By The Way – „Moja kondycja to dno. Czuję mięśnie, o których nie wiedziałem, iż istnieją.”
Thomas (po solówce na perkusji): – „Można się nieźle wyżyć. Rob, ty to masz dobrze.”
Paul (do konsoli): – „Thomas, dlaczego to ciągle miga. Co jest kurwa?”
Emma (po pierwszej zwrotce): – „Zaczynamy jeszcze raz, mój wokal się rozgrzał.”
Emma (czytając grawer na mikrofonie Libertyna): – „Nie gryź, mikrofon też człowiek – Rami Rian”
Ville (po walce z paskiem gitary): – „Tu mi dynda, tam odstaje, nie wiem jak to działa.”
Ville (po zgubieniu niemal wszystkich akordów): – „Ta gitara waży tonę, ramię mnie boli.”
Ville (po ostatnim pisko – wrzasku Emmy): – „Rozwiązuję zespół!”
Robert (po pierwszym wspólnym brzmieniu): – ,,Może pociągnę to wszystko sam’’.
Robert (czytając grawer na potwornie drogiej gitarze Emmy): ,,Tylko twoje dłonie wiedzą jak mnie nastroić – Rami Rian’’
Amidala (po wysłuchaniu utworu): – „Stracimy subskrybentów. Polecą łapki w dół!”
---
Plik: ,,2025_EP2_FINAL’’; Status: Do emisji; Tytuł: Wakacje marzeń
Ogólny opis:
Emma i Rob wyjeżdżają na wycieczkę objazdową do Florencji. Każdy dzień zaplanowany co do minuty – galerie sztuki, zabytki, klimatyczne restauracje i nocne spacery wśród marmurów. Rob marzy o drzemce w cieniu jakiejkolwiek kolumny. W tym samym czasie Thomas i Ville lecą do Dubaju – bez planu, bez zegarka, za to z dostępem do apartamentu rodziców Burdż Chalifa. Wstają po południu, popijają drinki na plaży, nocami imprezują na jachcie, a w weekend lecą na wyścig Formuły 1 z biletami VIP.
Ciekawe wypowiedzi:
Thomas (krzycząc z drugiego pokoju): „Która godzina?”
Ville (ziewając): „Jedenasta.”
Thomas (przeciągając się): „Dopiero?”
Ville (poprawiając poduszkę): „To może coś dziś byśmy zwiedzili?”
Thomas (obracając się na drugi bok): „Tak, plaże. Dziś pójdziemy na lewo.”
Robert (po zejściu z jakiejś góry z klasztorem): „Tam jest cień, tam jest cień!”
Emma (przewracając oczami): „Nie mamy na to czasu, idziemy dalej.”
Robert (wstając z łóżka): „Em, a może dziś byśmy coś podziałali bardziej w poziomie?”
Emma (już ubrana) : „Miałeś na to noc.”
Robert (na granicy płaczu): „Spałem.”
Emma (poprawiając włosy): „Ja nie spałam.”
---
Ville kończy czytać i, nie odrywając wzroku od ekranu, powoli opada na oparcie fotela. Przeciąga dłonią po twarzy i obraca się całym ciałem w stronę Rose, która przez cały czas śledziła go uważnie, podpierając podbródek na dłoni.
– Wiesz... fajnie to ogarniasz. Jak dla mnie: super.
Następnie klaszcze lekko w dłonie, jakby kończył niewidzialne przedstawienie, teatralnie poprawia mankiet bluzki, wstaje z gracją sceniczną i rzuca z nonszalancją:
– Porywam cię na górę. Hołota już czeka, chcemy jeszcze pogadać o harmonogramie.
W jadalni jest już gwarno. Thomas i Paul rozsiadają się wygodnie przy stole, pochłaniając tortille. Robert i Emma właśnie wchodzą z herbatami, każdy automatycznie zajmuje swoją dobrze znaną pozycję jakby ich układ był zakodowany gdzieś głęboko w podświadomości.
– Mamy pięć pełnych odcinków – mówi Emma. – Co z materiałem zza kulis?
– Harry wspomniał, iż zrobi po siedem minut na każdego: operatora kamery, montażystę, oświetleniowca i nasze guru archiwum. Najpóźniej jutro prześle resztę. Z naszą panią mądralińską już mamy kontent – odpowiada Robert, smarując chleb masłem po czym rzuca dziewczynie zadziorne spojrzenie spod brwi.
– Jak to „macie”? Ja nic nie dostałam! – Rose prostuje się gwałtownie, wyraźnie zaskoczona.
– Kto widział materiał z naszą ślicznotką? – pyta Emma rozglądając się po reszcie.
Ręce podnoszą się jedna po drugiej. Ich miny mówią jedno: status: do emisji.
– A może ja się nie zgadzam? – próbuje jeszcze protestować, ale ton ma już mniej przekonany.
Thomas przeciąga się, ziewa, sięga po kawę.
– Dobry fragment. Zaraz wspólnie obejrzymy… Spodoba ci się.
Rose przewraca oczami, udając oburzenie, ale w kącikach ust czai się uśmiech. Sięga po pomidora, kroi go w równe plasterki, które natychmiast stają się łupem Roberta i Emmy. Nie protestuje. Za dobrze ich zna.
Emma pochyla się znów nad tabletem i wraca do tematu:
– Uważam, iż odcinek z ekipą techniczną powinien pójść na początku. Drugi, ewentualnie trzeci. Gadałam z Harrym, fajnie byłoby dorzucić do tego segment „to się wytnie”. Nasza ukochana pani archiwistka przygotowała cały plik takich rzeczy.
– Mamy świetne nagrania o pieczeniu szarlotki – odpowiada Ville nie kryjąc satysfakcji.
Emma od razu się prostuje, jak nauczycielka, która właśnie przypomniała sobie, iż musi wygłosić opinię.
– Widziałam materiał. Jest świetny. Ale mam uwagi. Wasz pocałunek trzeba skrócić do minimum. I nie mam pewności, czy powinien tam w ogóle zostać. Kolejna rzecz to rozmowa we trójkę o moich relacjach z rodzicami. Sama rozmowa jest w porządku, wrzuciłabym to, ale jako segment do odcinka, gdzie będą też Mia i Rami. I ostatnia – ten odcinek może się pojawić tylko, jeżeli ludzie polubią Rose i będą chcieli jej więcej. Czyli po kulisach.
Ville potakuje ze skupieniem, notując w głowie wszystkie uwagi.
– Kiedy przedstawimy naszą panią informatyk, fanki Viktorii mogą mieć problem. Może się wylać fala... no, niezbyt przyjemnych komentarzy. Ale moim zdaniem to, co przygotowaliśmy, rozbawi ludzi. I będzie dobrze.
– Trochę się boję hejtu – przyznaje Rose po chwili – Czasem żałuję, iż się zgodziłam. Widziałam te wpisy fanek Viktori – zachwyty nad jej urodą, shippy z tobą…
Na te słowa rozlega się ogólna salwa śmiechu. Paul odwraca się do niej z miną rozbawionego starszego brata:
– Co jak co, ale nasi widzowie to wierna banda. Widzieliśmy przecież, iż negatywnych komentarzy jest tyle co kot napłakał. A co do Viktori – jasne, iż zachwycają się jej urodą, bo poza urodą ta laska nic więcej sobą nie reprezentuje.
Śmiech robi się jeszcze głośniejszy. Ville, spokojniejszym tonem, dodaje:
– A co do relacji rodzinnych w odcinku o szarlotce – moim zdaniem to się spina. Ciasto kojarzy się z domem, a dom z dzieciństwem.
Wszyscy przytakują z uznaniem. choćby Emma, która przez chwilę się jeszcze waha, w końcu kiwa głową. I wtedy Ville spogląda na Thomasa i dostrzega, iż jego wyraz twarzy się zmienia – oczy lekko się zaszkliły. Chwilę później reszta łapie klimat. Wiedzą. Doskonale wiedzą. Matka Thomasa nie żyje od lat, a dzieciństwo było... pozbawione rodzinnego ciepła. W takich chwilach zespół nie potrzebuje słów. Emma przesuwa rękę na stół i cicho głaszcze Thomasa po dłoni. Robert, siedzący obok, z czułością podsuwa mu kanapkę z marmoladą. Paul klepie go po plecach, jakby mówił: ,,jesteśmy z tobą.’’ Ville wstaje, podchodzi do Thomasa i obejmuje go mocno, bez teatralności, tylko z prawdziwym ciepłem.
– Sorry, stary – mówi cicho.
– Nie ma sprawy. Już jest okej – odpowiada Thomas uśmiechając się przez łzy.
Rose obserwuje to w milczeniu. Nieraz widziała, jak bliscy są sobie ci ludzie. Ale nigdy jeszcze nie była świadkiem takiej sceny. W tej chwili coś się w niej zatrzymuje – przestaje kroić, mówić, myśleć. Po prostu patrzy.
Po jakimś czasie rozmowa wraca na luźniejsze tory. Robert z wyczuciem zmienia temat:
– No dobra, a kiedy Gerard? Czy nasza ślicznotka już złożyła ten odcinek?
– Jeszcze nie – odpowiada Rose. – Będzie gotowy w przyszłym tygodniu.
Ville zrywa się z miejsca, jakby właśnie ktoś obraził jego honor.
– Pragnę tylko przypomnieć, iż mogę się nie zgodzić na emisję!
Nikt nie reaguje, wszyscy wiedzą, iż to poza. Zespół zaczyna coś szeptać między sobą, zerkając co chwilę, a Emma sięga po tablet i zaraz na ekranie pojawia się pierwszy kadr z odcinka, w którym główną rolę gra Rose…
---
Plik: ,,2025_RVT_PART7’’; status: do akceptacji; Tytuł: Kulisy
Kamera płynie wolno przez półmrok serwerowni. Migoczące diody rozcinają ciemność zielonkawym światłem. Dźwięk wentylatorów i dysków twardych tworzy jednostajny, elektroniczny szum. Widać zarys postaci siedzącej w fotelu przed ogromnymi ekranami – tyłem do kamery. Na ekranie pojawiają się seledynowe litery – jak w starym filmie szpiegowskim: ROSE MILAGROS MAYER; Wiek: 22 lata; kooperacja od: listopad 2024r.; Funkcja podstawowa: Archiwizacja danych; Funkcja dodatkowa: Zdjęcia na zlecenie… i bez zlecenia zresztą też.; Status: Wolna; Ulubione powiedzenie: „Śpiewaj szanty, ciągnij szoty – nie odwrotnie.”
Blask monitorów tańczy na twarzy Rose. Czerwień i błękit ekranów odbijają się w jej ciemnych oczach, gdy, siedzi bez ruchu z kubkiem w dłoni. Lizak w ustach, słuchawki opuszczone na szyję. Delikatny makijaż tylko podkreśla wyraziste rysy twarzy, a fale ciemnych włosów opadają miękko na ramiona, znikając w półcieniu. Dziewczyna pracuje w ciszy. W tym samym czasie DJ Thomas idzie powoli, z gracją kogoś, kto ma cały czas świata. Na głowie czapka z daszkiem przekręcona do tyłu, spod niej wystają brązowe pasma włosów. W ręku trzyma puszkę energetyka. W jego ruchach nie ma pośpiechu – tylko nonszalancja i ten charakterystyczny luz, jakby nic na świecie nie było wystarczająco pilne, by zepsuć mu humor. Zatrzymuje się przy masywnych, drewnianych drzwiach i z konspiracyjną miną odwraca się do kamery:
– Tu Libertyn trzyma dziewice, ale cicho – szepcze z teatralną powagą, przykładając palec do ust.
Następnie przechodzi do kolejnych drzwi i na których widnieje tabliczka: Pokój Strachu. Wchodzi do serwerowni i od razu wesoło rzuca do siedzącej tam dziewczyny.
– Hej, nie spodziewałem się ciebie tu, nie masz dziś wolnego?
Zajmuje miejsce na fotelu obok, ona nie odrywa wzroku od ekranu, tylko jednym ruchem poprawia słuchawki zwisające z szyi.
– Witaj, Thomasie. Miałam mieć wolne, ale… foldery celebryty przygniotły mnie razem z jego ego.
Thomas parska śmiechem i kiwnięciem głowy wskazuje na kubek.
– Znowu melisa? Praca jest aż tak stresująca?
Rose unosi kącik ust, niemal niedostrzegalnie, i klika nerwowo myszką, otwierając folder oznaczony: ,,Ville_cam_final’’. Ekran błyska. Setki plików przelatują jak szaleńcy w metrze.
– Cholera jasna… tu też jest totalny pierdolnik. I te kopie! Co on, do cholery, reaktor jądrowy, iż musi mieć potrojony system zabezpieczeń?
Thomas zanosi się śmiechem. Kładzie jej dłoń na ramieniu – ciepły, ludzki gest.
– Spokojnie, to artysta. Do nowego sezonu jeszcze trochę. Dasz radę?
– Miałam skończyć w tym tygodniu, ale… postaram się – mruczy nie przestając klikać.
Chłopak nachyla się bliżej i mruży oczy, pokazując palcem jeden z folderów na ekranie.
– Ty, a co to jest za folder ,,ville_seksi_boy’’?
– Sto identycznych selfików celebryty.
Drzwi skrzypią – ciężko, jakby dramatyczna muzyka właśnie miała wejść. Do środka wkracza Ville – cały na czarno. Bez żadnych skrupułów. Rozgląda się jak król wchodzący do lochów, aż jego wzrok zatrzymuje się na dziewczynie.
– Hejka Rose, myślałem, iż masz dziś wolne… Eee… o, mój chłopak Thomas!
Przyjaciel unosi rękę w lekkim geście pozdrowienia.
– Hej, seksi boy.
Ville nie czeka na więcej – rzuca się w jego ramiona niczym koala, oplatając go teatralnie. Thomas sapie z zaskoczenia, próbując nie upuścić puszki. Rose obserwuje ich z kamienną twarzą, aż w końcu wbija wzrok w Libertyna, jakby światło monitorów przygasło tylko po to, by podkreślić zmianę nastroju.
– Po co pan celebryta tu przyszedł? Żeby stworzyć nową kopię folderu ,,ville_xxx’’?
Chłopak odsuwa się od Thomasa z udawaną urażoną miną.
– Co? Nazwa zainspirowała, pani mądralińska? Liczyłaś na coś z pieprzykiem?
Thomas prycha, krztusząc się śmiechem.
– Raczej z pieprzeniem… znaczy z doprawianiem potraw – dodaje gwałtownie z udawanym zakłopotaniem.
– Liczyłam raczej na filmik, w którym formatujesz tekst jak należy – mówi, rzucając Villemu spojrzenie pełne polityowania. – To byłoby dla mnie porno.
Chłopak dramatycznie łapie się za serce.
– Oh, mów, iż nie masz ochoty skosztować Libertyna!
– Weź przestań – prycha– jeszcze zgagi dostanę.
Thomas, wciąż rozbawiony, głaszcze przyjaciela po głowie z udawaną troską.
– Spokojnie, skarbie. Przestańcie się kłócić.
Ville marszczy nosek, wydyma usta i robi minę obrażonego dziecka.
– jeżeli dalej będziesz taka, to zostaniesz starą panną.
– A ty starym dziadem – odpowiada dziewczyna nie odrywając wzroku od monitora.
Libertyn pokazuje język jak przedszkolak i teatralnym ruchem odwraca się na pięcie, unosząc głowę wysoko, dramatycznie.
Gdy tylko drzwi za nim się zamykają, Rose przewraca oczami.
– Ale on mnie … irytuje.
---
Rose kończy oglądać fragment odcinka, w którym gra główną rolę. Przez chwilę jeszcze trzyma dłoń na ekranie tabletu, jakby potrzebowała sekundy, by ocenić, co adekwatnie zobaczyła. Reszta ekipy czeka w milczeniu. Nikt się nie odzywa bo to od jej werdyktu zależy czy mają kolejny materiał do wrzucenia na kanał.
– No cóż – mówi w końcu z zadowoleniem, przeciągając słowa z charakterystyczną nonszalancją. – Wyszło fajnie, ale fanki Villego mnie za to zjedzą. Zresztą mało to aktualne, wtedy nasze relacje nie były… no, najlepsze.
Emma parska śmiechem, poprawiając włosy za ucho.
– No tak, teraz się całujecie, gotujecie i w ogóle spędzacie dużo czasu razem.
– Podejrzanie dużo czasu – dorzuca Thomas puszczając Rose oczko.
– Mi tam się podoba – mówi Ville z entuzjazmem. – Uważam, iż charyzma naszej pani informatyk raczej przyciągnie widzów. Być może ci, co bardziej są nastawieni na muzyczną stronę naszego kanału, będą częściej odwiedzać też Liberty Fade Life..
Głowy kiwają się zgodnie bo trudno nie dostrzec faktu, iż dotychczas kobieca reprezentacja w programie była znikoma. Poza Emmą, dziewczyny gościły rzadko. Mia – ikona stylu i chłodnej elegancji pojawiała się gościnnie, a Wendy – dziewczyna Paula, ze swoją japońską wrażliwością i introwertyczną charyzmą, zostawiała po sobie ślad jednak zajęta swoją pracą nie była zainteresowana nagraniami do programu. Rose może to zmienić, jest inna. Nie wpisuje się w żaden schemat. I chociaż nikt nie mówi tego głośno, wszyscy myślą o Viktori – pięknej, ale pustej ozdobie pierwszego sezonu, która bardziej irytowała niż intrygowała. Rose to zupełnie inna liga. Ma cięty język, techniczny umysł i coś nieuchwytnego, co przyciąga uwagę choćby wtedy, gdy nic nie mówi. Ville, Thomas, Emma, Paul i Rob są zgodni – program potrzebuje kobiecej postaci z charakterem. Kogoś, kto nie będzie tylko dodatkiem do męskiego świata, ale jego pełnoprawną częścią. Kogoś, kto może wejść między nich jak równy z równym. Ale zanim zapadnie decyzja, trzeba poczekać na reakcję widzów. Premiera odcinka zza kulis jest już blisko. Liberty Fade wiedzą, iż wszystko zależy od tego jednego kliknięcia play. Fani ją pokochają… albo znienawidzą. Tu nie ma półśrodków.
Idź do oryginalnego materiału