Rozdział 1 (część 2): Rose postanawia zmienić swoje nudne życie. / MonikaSK

publixo.com 1 godzina temu

Rozdział 1 (część 2)
Jesień 2024: Rose postanawia zmienić swoje nudne życie.

Rose budzi się gwałtownie – może przez dźwięk, może przez koszmar, a może to po prostu ten dom: zbyt cichy, zbyt duży, by naprawdę spać w nim spokojnie. Przez chwilę leży bez ruchu, nasłuchując. Z zewnątrz dobiega szuranie; może ktoś już krąży po korytarzu, może to pokojówka. Przeciera oczy, wzdycha ostrożnie wstając z łóżka. Podchodzi do drzwi i przykłada ucho. Słyszy tylko stłumione kroki w oddali. Sięga po klamkę i uchyla je powoli, jakby otwierała sejf.
Na wieszaku wisi jej czarna sukienka, obok torebka. Sprawdza jej zawartość: rajstopy i bielizna. Oddycha z ulgą, zgarnia wszystko jednym ruchem i znika w łazience. Kilka minut później nakłada makijaż – szybki, delikatny, ale robiący różnicę. Zna te kosmetyki na pamięć: wyćwiczone ruchy palców, odrobina tuszu, trochę korektora. Ubiera się i spogląda na siebie w lustrze z cichym uznaniem. Wygląda jak dziewczyna, która ma wszystko pod kontrolą.
Tylko iż w brzuchu burczy. I to konkretnie. Poprawia dekolt, gdy telefon zaczyna wibrować.
V: Jak noc – udana czy samotna?
Uśmiech pojawia się sam, bez zapowiedzi.
R: I samotna, i udana.
Nie zdąża odłożyć telefonu – znów ten dźwięk, zapowiedź kolejnej wiadomości. Jakby Ville specjalnie czekał.
V: Hmm… interesujące. A kiedy robiłaś to, co robiłaś, żeby noc była udana… myślałaś o mnie?
Rose wstrzymuje oddech. Przez moment nie łapie sensu, ale po chwili dociera do niej, co chłopak ma na myśli. Twarz robi jej się ciepła.
V: Jesteś tam? Trafiłem?
Jej palce zawisają nad ekranem. Zawahanie trwa może sekundę, zaraz jednak odpisuje.
R: Tak, jestem. I trafiłeś jak kulą w płot.
Chwilę po wysłaniu wiadomości rozlega się pukanie do drzwi. Krótkie, szybkie, zdecydowane. Rose podskakuje, patrząc na klamkę, jakby miała zaraz eksplodować, ale otwiera – z lekkim wahaniem.
Za progiem stoi Ville. Oczy niczym z plakatu, ubranie jak z sesji zdjęciowej, makijaż idealny. Uśmiech mówi wszystko: wiem, co robię. I wiem, iż ci się to podoba.
– Oj, niegrzeczna Rose – rzuca miękko i posyła jej oczko.
– Zaczynasz mnie irytować. Gdzie zgubiłeś blondynki?
– Zazdrosna? – dotyka czubkiem języka górnej wargi. – Blondynki wyszły nad ranem. Moja noc była… intensywna. Jestem głodny i mam bardzo niebezpieczne pomysły.
Słowa trafiają prosto między żebra. Rose mimowolnie przygryza usta. Przed oczami pojawia się obraz Eryka – spokojnego, bezpiecznego, przewidywalnego. Ale nie dziś. Dziś nie ma na niego miejsca.
Opiera się o framugę, krzyżuje ręce na piersi. Chce wyglądać pewnie.
– Nie boisz się śmierci głodowej?
– Spokojnie. Najpierw zjem śniadanie, a ciebie spróbuję kiedy indziej – mówi miękko i teatralnie wyciąga do niej ramię. – Idziemy?
Rose nie odpowiada. Opiera się o niego i ruszają razem korytarzem, mijając obrazy, które zdają się ich obserwować. Na schodach czeka Echo. Merda ogonem i szczeka raz, krótko, jakby komentowała sytuację. Ville głaszcze ją po łbie, a ona rusza obok nich, niczym królewski pies eskortujący dwór.
W jadalni panuje gwar. Przez okna wpada ostre, jesienne słońce, odbijając się od kubków, talerzy i rozczochranych głów. Ktoś chichocze, ktoś ziewa. Pachnie kawą, pieczywem i czymś maślanym. Na tle białych ścian zdobionych sztukaterią i lustrami siedzi zespół w całej okazałości – rozparty, niedbały, autentyczny. Wendy zanosi się śmiechem, gdy Robert kończy opowieść o podartych spodniach. Paul miesza łyżeczką w kubku. Emma siedzi między chłopakami jak królowa chaosu.
– Cześć wszystkim – mówi Rose cicho.
Kilka głów się odwraca, ktoś macha, ktoś się uśmiecha.
Emma nie czeka. Zakłada nogę na nogę, przygląda się Rose uważnie i od razu uderza w punkt.
– Kochana, piękna koleżanka. Porządna dziewczyna, która jako jedyna spędziła noc sama. Jak było? Myślałaś o mnie?
– Zmówiliście się z Ville, czy co?
– Oj, kochanie, nie bierz tego tak do siebie.
Paul wtrąca się z rozbawieniem:
– Jesteś świeżą krwią. Rodzeństwo Rian to wampiry gotowe się pozabijać o tę krew.
Ville przewraca oczami teatralnie.
– Sis, znowu?
– W tym roku mamy trzy do dwóch dla mnie – odpowiada szturchając go w ramię. – I ten sezon mam zamiar wygrać. To nasze ostatnie starcie.
Potem patrzy na dziewczynę z takim uśmiechem, iż ta niemal traci równowagę przy krześle.
– Czy ja jestem jakimś punktem? Jakimś celem? – pyta Rose, a głos niebezpiecznie zbliża się do pisku.
– Zdecydowanie jesteś – odpowiadają niemal jednocześnie.
Rose siada obok Roberta. Ville zajmuje miejsce naprzeciwko. Echo kładzie się pod stołem, głową na łapie, jednym uchem do góry. Ktoś nalewa sok, ktoś prosi o masło, ktoś przewraca oczami, ktoś chichocze. Rozmowa schodzi na trasę, koncerty, stroje, setlisty. Atmosfera z minuty na minutę gęstnieje – nie ciężka, tylko pełna. Ciepło, żarty, lekkie szturchnięcia łokciem.
Po pół godzinie śniadanie dobiega końca. Rozmowy cichną, krzesła odsuwają się z miękkim szelestem. Członkowie zespołu rozchodzą się po pałacu, jeszcze dziś mają próbę. Paul z Robertem stoją przy ekspresie, dyskutując półgłosem. Thomas wychodzi jako pierwszy; słuchawki na uszach, kaptur naciągnięty na głowę, wzrok wbity w ekran. Mija ich bez słowa, całkowicie w swoim świecie.
Emma i Ville zostają jeszcze chwilę, dopijają kawę i wymieniają krótkie spojrzenia – jakby oboje wiedzieli, iż coś za moment się wydarzy. Obserwują Rose, która zostaje z nimi przy stole.
Patrzy w pusty talerz, potem na prawie nietkniętą filiżankę. Gdzieś w tle tyka zegar – niewidoczny, ale głośny. W końcu wstaje. Przez moment waha się przy krześle, palce zaciskają się na oparciu. Potem spogląda w stronę drzwi.
– Wracam do domu – mówi cicho. – Dzięki za miło spędzony czas. Fajnie było was poznać.
– Nie mów, iż uciekasz – rzuca Emma z lekką rezygnacją.
– Bajka skończona. Wracam do swojego nudnego życia, w którym dla nikogo nie będę trofeum.
– jeżeli czujesz się jak nagroda, to słaby pretekst, żeby się wycofać. Uznałam cię za bardziej… waleczną.
– Nie będziecie mieć igrzysk z moim udziałem. Jak mam wrócić do domu?
Emma chce jeszcze coś dodać, ale Ville unosi dłoń. Gest prosty, cichy a jednak działa.
– Posłuchaj, piękna – mówi łagodnie. – Zostawmy to na razie. Zanim wyjdziesz stąd i później będziesz tego żałować… może zechcesz zobaczyć próbę zespołu? A potem będę mieć do ciebie sprawę. Ważną.
Rose patrzy na niego długo. Milczenie między nimi gęstnieje z każdą sekundą. W końcu przytakuje.
– Obiecuję: jeżeli po tym dniu dalej będziesz chciała – osobiście odwiozę cię. Wrócisz do swojego nudnego życia pani informatyk. I więcej się nie zobaczymy.
Ona kiwa głową niemal niezauważalnie.
Ville i Emma odchodzą w stronę gabinetu, a Rose zostaje sama w rozległym holu. Przez chwilę stoi nieruchomo, jakby nie była pewna, czy wolno jej zrobić krok. Przestrzeń jest zbyt duża, zbyt otwarta – przygniata ją ciszą i echem własnych myśli. Podnosi wzrok, ale gwałtownie go opuszcza. To wszystko jest za bardzo. Za wysokie. Za piękne. Za nie jej. Ma wrażenie, iż pałac oddycha własnym rytmem, zupełnie obojętnym na jej obecność.
Po chwili do środka wpada biegiem Amidala, zarumieniona od chłodu. Na widok znajomej od razu się uśmiecha i przybija z nią żółwika. Nie mija chwila, a dziewczyny zaczynają rozmawiać, wracając do tamtego dnia na placu zabaw. Ich głosy odbijają się echem w holu, lekkie, swobodne, zupełnie naturalne.
Na prośbę Amidali przechodzą do pokoju kominkowego, gdzie stoi fortepian z uniesioną pokrywą. Dziewczynka siada przy nim i z uśmiechem zaprasza Rose, wskazując miejsce obok siebie.
Tymczasem za zamkniętymi drzwiami gabinetu Ville i Emma krążą po pokoju, każde pogrążone we własnej zadumie. Panuje cisza.
– Ta laska może być potrzebna – odzywa się w końcu Emma, opierając się o poręcz fotela. – Informatyk. Jakikolwiek. Ktoś, kto ogarnie ten cały syf, choć trochę. Tu i teraz.
– Wiem – odpowiada cicho. – Ale jeżeli zaczniemy ją traktować jak trofeum, to sobie pójdzie. Jest zbyt ambitna i zbyt porządna. jeżeli zgodzi się na współpracę, odpuść jej.
– A ty jej odpuścisz?
– Teraz tak. A później… zobaczymy. Pałac ma swoje sposoby.
– To i ja jej na chwilę odpuszczę – przyznaje Emma. – Jest zbyt intrygująca, żeby o nią nie powalczyć. Ale najpierw niech zobaczy próbę, a potem jej to pokażesz.
Siostra wychodzi pierwsza. Libertyn zwleka jeszcze chwilę, po czym wraca do holu. Zatrzymuje się za jednym z filarów, gdy słyszy śmiech – dziecięcy, szczery, ciepły.
Amidala pokazuje Rose, jak zagrać kilka prostych dźwięków na fortepianie. Dziewczyna uderza niepewnie w klawisze. Melodia się nie składa, ale mała klaszcze w dłonie i zachęca ją do kolejnej próby. Gdy znów się myli, obie wybuchają śmiechem.
– Mam fajnego tatę, co? – pyta Ami z dumą.
– Tak. Jest fajny. I na pewno bardzo cię kocha.
Amidala przytula się do niej z ufnością. Tak po prostu – bez lęku, bez wyczekiwania. Z dziecięcą lekkością, która rozbraja największy mur.
– Przyjdziesz na święto Diwali? Będą kuzyni, przyjaciele i moi dziadkowie… znaczy Mia i Rami.
Dziewczyna zamiera. Po pierwsze – nie ma pojęcia o tym święcie. Jest katoliczką, ale domyśla się, iż Diwali to coś rodzinnego, intymnego. Święto dla bliskich. A ona… nie jest ani rodziną, ani przyjaciółką. I tak już wtedy jej tu nie będzie. Bajka się skończy. Siedzi więc bez ruchu, z dłonią wciąż na klawiszu, nie wiedząc, co powiedzieć, by nie zrazić dziecka i niczego nie obiecać.
Ville, obserwujący scenę z oddali, dostrzega jej konsternację. Wychodzi z cienia i podchodzi spokojnie.
– Nasza koleżanka przyjedzie, jeżeli będzie mogła. Dorośli mają dużo obowiązków.
Patrzy na Rose, zatrzymując na niej wzrok.
– Masz jakieś plany… za trzy tygodnie?
– Nie mam planów.
Amidala klaszcze w dłonie, całuje Rose w policzek, rzuca się ojcu na szyję i zaraz potem biegnie do niani.
– Skoro zostałaś – mówi Ville, podchodząc do fortepianu, przy którym siedzi Rose. – To zobaczysz próbę.
Następnie kładzie dłonie na klawiszach. Pierwsze nuty Moonlight Sonaty rozlewają się po pomieszczeniu miękko, czysto. Dźwięk jest równy, spokojny, niespieszny.
Rose odwraca się w jego stronę i patrzy na jego twarz — wyciszoną, niemal nieruchomą, wygładzoną światłem wpadającym z boku. Przez moment śledzi każdy jego ruch, potem przymyka oczy, poddając się dźwiękom fortepianu, które wypełniają przestrzeń i zostają w niej jeszcze chwilę po każdym wybrzmieniu.
– Już czas – mówi, kończąc utwór. – Chodź, ślicznotko.
Dołączają do reszty. Emma, Thomas, Paul i Robert właśnie schodzą na dół. Podziemia przypominają labirynt. Kamienne korytarze, ciężkie drzwi, ciepłe światło lamp ukrytych w ścianach. Kroki odbijają się wyraźnie od podłogi, a w powietrzu unosi się delikatny zapach drewna i cytrusowej świeżości.
Libertyn nie przepuszcza okazji do żartu, szturcha Rose w ramię:
– Za tymi drzwiami trzymam dziewice, a za tamtymi porządne dziewczyny. Każda kiedyś pęka. Wszyscy kończymy w jaskini…
– …rozpusty i wszelkiego zła – kończy dziewczyna z ironicznym tonem.
Ekipa wybucha śmiechem. Thomas rzuca spojrzenie przez ramię, Paul parska cicho pod nosem.
Ville zatrzymuje się przy jednych z drzwi, uchyla je płynnym ruchem i przepuszcza wszystkich przodem. Ich oczom ukazuje się sala prób – przestronna, z wysokim sklepieniem przypominającym katedrę, pełna sprzętu, kabli i resztek energii z ostatniego koncertu.
Rose siada na skraju fotela, ustawia torbę obok, klika coś w aparacie. Próba zaczyna się chaotycznie. Gitary nie mogą się zgrać, Robert gubi rytm, Emma rzuca mu coś po fińsku. Libertyn odlicza, potem przerywa i poprawia mikrofon.
Rose, choć nikt jej o to nie prosił, robi zdjęcia. Działa automatycznie, jakby nie była gościem, ale częścią tego świata. W pewnym momencie wszyscy zaczynają pozować – nieświadomie, mimochodem. Paul robi głupią minę, Thomas pokazuje język, Emma celuje gryfem gitary w obiektyw.
Ville śpiewa. Bezbłędnie, bez wysiłku, całym ciałem i jedną nutą. Jego głos wypełnia przestrzeń równomiernie.
Po skończonej próbie zbierają się wokół aparatu. Przeglądają zdjęcia. Są zachwyceni. Emma klaszcze w dłonie, Robert śmieje się, iż ma nową fotkę na plakat. Paul komentuje jedno ze zdjęć z krzywo zawieszoną gitarą.
Dziewczyna tylko się uśmiecha. Krótko. Nie musi mówić „dziękuję”.
Paul odstawia bas, Thomas zwija kabel od konsoli. Po chwili obydwaj zbierają się do swoich spraw, żegnając się w biegu. Emma i Robert znikają gdzieś schodami na górę. Ville zostaje z Rose.
– Muszę się przebrać. Chodź. Zabiorę cię do jaskini… – rzuca z uśmiechem, ale zaraz dodaje, gdy widzi, iż dziewczyna cofa się o krok:
– Hej, spokojnie – unosi ręce w lekkim geście. – Obiecuję, iż będę grzeczny. Chwilowo nie mam interesu, by cię nagabywać. Potrafię odróżnić życie zawodowe od prywatnego. A teraz jestem w pracy.
Idą razem przez pałac – mijają główne schody, potem długi korytarz, który kończy się drzwiami z napisem „Libertyn”, wypisany złotymi literami. Ville otwiera je teatralnym ruchem i przepuszcza ją przodem.
Wnętrze przypomina salon królewski z katalogu architektonicznego – luksusowy, pałacowy styl w odcieniach szarości i czerni. Sztukateria, aksamitne zasłony, świeczniki, a pośrodku ogromne łóżko, większe niż jakiekolwiek, które można kupić w standardzie.
– Idę się ogarnąć. Kładź się, zrelaksuj… i nie panikuj – rzuca i znika w łazience.
Rose siada ostrożnie na brzegu łóżka. Miękkość materaca niemal ją pochłania.
– Faktycznie wygodne – przyznaje półgłosem.
W głośnikach ukrytych w suficie rozbrzmiewa muzyka – coś spokojnego, klasycznego, bez słów.
Kwadrans później, Ville wychodzi z łazienki w czarnych bokserkach i bez słowa przechodzi do garderoby. Dziewczyna śledzi każdy jego ruch: poruszające się mięśnie, linię pleców, mokre włosy i ten zawadiacki uśmieszek, który mówi więcej niż słowa.
W głowie pojawia się nieproszony obraz – Eryk. Z lekką nadwagą, nieogolony, w za małej koszulce. Ściska palcami narzutę. Próbuje odgonić myśli, nie wiedząc, które są gorsze – te o Eryku czy te o łóżku Libertyna.
Ville wraca w dopasowanej koszuli, rozpiętej pod szyją. Delikatny makijaż podkreśla jego rysy. Siada na łóżku i kładzie się obok niej na wznak. Ma zamknięte oczy; twarz spokojną, niemal rzeźbioną.
– Jak chcesz, możesz mnie pocałować. Nie obrażę się – mruczy, nie otwierając oczu.
– Czy możemy już stąd iść – mówi cicho odwracając wzrok.
Libertyn łapie ją za dłoń. Uśmiecha się zawadiacko, ale po chwili poważnieje, opiera się na łokciu.
– Słuchaj… co wiesz o serwerach i backupach?
– To podstawa. A co konkretnie chcesz wiedzieć?
– W sumie sam nie wiem – zaczyna niepewnie. – Powiedzmy, iż mam bałagan w komputerze. Mnóstwo nieobrobionych filmów, nagrań, kopii i kopii kopii… masa danych. Dałabyś radę to ogarnąć? Teoretycznie?
– Wymaga to mnóstwa pracy, ale raczej nic skomplikowanego.
Ville uśmiecha się i gwałtownie coś pisze w telefonie. Chwilę później rozlega się dźwięk połączenia – to Emma na głośnomówiącym.
– Koniec zabawy. Nie traćmy więcej czasu – brzmi jej głos, rzeczowy, zbyt rozkazujący.
Ville patrzy na dziewczynę już bez uśmiechu. Rose czuje, jak w żołądku pojawia się ciężar. W tym ogromnym pałacu na stałe mieszkają tylko on, Emma, Amidala… i służba, której nie widać. Loch z dziewicami – czy to był tylko żart?
– Chodź, pokażę ci coś – mówi Ville i wyciąga do niej rękę.
Przyciąga ją lekko. Serce dziewczyny podchodzi do gardła. Jeszcze niedawno powtarzała w myślach jak mantrę: mam chłopaka, Eryk jest dla mnie wszystkim. A teraz? Teraz pojawia się inny obraz – nie ten z wakacyjnych zdjęć, ale ten, którego nie chciała widzieć: za krótka koszulka, lekko tłusta skóra, znudzenie, nieobecność. Prawie aseksualność. Zaciska palce mocniej na jego dłoni, jakby potrzebowała oparcia.
Schodzą w dół, do podziemi. Zatrzymują się przed ciężkimi, drewnianymi drzwiami. Chłopak wyciąga klucz, przekręca go z lekkim oporem i zapala światło.
– Tylko nie zrób wielkich oczu – mruczy, choć sam spodziewa się ataku paniki.
Wchodzą do środka. Pomieszczenie jest zaskakująco jasne. Choć to podziemia, w ścianie znajduje się wąskie, długie okno z widokiem na ogród. Pod nim szerokie biurko, a na nim plątanina kabli, kilka dużych monitorów, serwer, głośniki, ładowarki, kamera na statywie. W rogu regał z dziesiątkami kamerek i mikrofonów. Artystyczny chaos.
Ville podchodzi do komputera i klika w ekran.
– Folder: „Liberty Fade Life 24”. Oto nasz złoty graal.
Otwiera plik. W środku – dziesiątki podfolderów nazwanych pośpiesznie i bez sensu: „v2 nie kasować”, „nie otwierać pls”, „robocze2024 copy”. Wchodzi w „villefinal”. A tam kolejne kopie.
– Kto to wszystko tworzył? – pyta, próbując złapać jakikolwiek logiczny sens.
– Wszyscy. Ja, Emma, montażysta, czasem Ami, jak bawiła się w klikacza – odpowiada z dumą.
Klikają dalej. Otwierają plik wideo. Kilkanaście sekund nagrania – rozmowa Thomasa i Roberta, przerywana śmiechem Emmy. Kolejny klip – Ville sam w pokoju, mówi coś do kamery. Potem coś z koncertu. Nic nie jest opisane.
– To materiał tylko z pięciu miesięcy – mówi cicho. – A za chwilę zaczynamy nowy sezon. Rose… jesteśmy w dupie.
Odwraca się do niej. Twarz ma poważną. To nie flirt. To nie teatr.
– Jaką masz na to radę?
– Najpierw wszystko trzeba przegrać na zewnętrzny dysk. Dobrze opisany. Potem zrobić backup. Zmapować strukturę – co jest czym, z którego dnia, jaka kamera. Wywalić duplikaty, posegregować według kategorii: backstage, trasa, rozmowy, koncerty, nagrania specjalne. Dopiero potem montować. Inaczej się w tym utopicie.
– Ile czasu by to zajęło? Tobie?
– Miesiąc. Może dłużej, jeżeli mówimy o kilku godzinach dziennie.
Klika coś na klawiaturze. Ekran miga, otwiera się nowe okno.
– Macie w ogóle wystarczająco dużo miejsca?
Libertyn wzrusza ramionami i opada na fotel. Bierze głęboki oddech.
– Montażysta mówił, iż się kończy. Że wszystko już prawie pęka.
– Jakim cudem stworzyliście tyle świetnych, profesjonalnych odcinków, mając taki burdel w systemie?
– Czysta magia. I Harry – nasz montażysta.
Siedzą chwilę w ciszy, wsłuchani w buczenie sprzętów. Ekran rozświetla im twarze. Tysiące plików, dat, folderów – plątanina cyfrowej historii.
Ville wstaje i przeciąga się lekko.
– Chodź do gabinetu. Pewnie już Emma czeka.
Przechodzą przez korytarz pachnący herbatą i drewnem. Libertyn otwiera ciężkie, dwuskrzydłowe drzwi i przepuszcza Rose przodem. Przestrzeń za nimi tonie w przytulnym półmroku. Emma stoi przy regale, trzymając w dłoniach książkę ze złotym grzbietem. Strony szeleszczą cicho, gdy je przerzuca. W kominku trzaska ogień.
Ville podchodzi do dużego, dębowego biurka. Siada w eleganckim, skórzanym fotelu, wyjmuje z szuflady teczkę i rozkłada papiery z dbałością, która kontrastuje z jego wcześniejszym chaosem.
– Zespół jest tobą oczarowany, nie mniej niż ja – zaczyna spokojnie. – Chcemy cię zatrudnić. Do obsługi technicznej. Chodzi o… no, o te komputerowe sprawy, to, co widziałaś. A gdy uporasz się z archiwum, byłabyś odpowiedzialna za porządek w nowych nagraniach – nie tylko tutaj, na miejscu, ale też w trasie. Tam, gdzie my, tam też ty.
Dziewczyna siada ostrożnie na miękkim fotelu naprzeciwko. Poprawia rękaw sukienki, a jej palce bezwiednie muskają skórzane poręcze.
– Nie będę owijał w bawełnę, Rose. Potrzebujemy cię. A ja chcę ci dać solidną umowę i pensję.
Emma zapisuje coś na małej kartce, składa ją na pół i podaje dziewczynie przez blat. Rose rozwija ją i przez chwilę tylko patrzy, jakby nie dowierzała.
– To duża kwota. Jestem amatorką – mówi cicho.
Ville wzrusza ramionami, obraca długopis w palcach.
– Tak, w tej branży to naprawdę sporo. Ale oczekujemy pełnego zaangażowania. Czas nas goni. Kiedy nagrywamy tutaj, na miejscu, powinnaś mieszkać w pałacu – podobnie jak reszta ekipy. To po prostu wygodniejsze, bo pracujemy praktycznie całą dobę. Zresztą… w pierwszych tygodniach też będziesz miała co robić
Zza okna dobiega szelest liści niesionych wiatrem, ale Rose zdaje się go nie słyszeć. Nie odwraca wzroku. Patrzy mu prosto w oczy.
– Jest jakieś „ale”?
– Dwa – odpowiada spokojnie.
Wstaje, podchodzi do regału i przez chwilę szuka czegoś między książkami. Ostatecznie nie wyjmuje niczego – jakby sam dotyk starych grzbietów pomagał mu uporządkować myśli. Nachyla się nad biurkiem, chcąc coś zanotować, ale zamiast tego zatrzymuje wzrok na jej dekolcie. Uśmiecha się pod nosem. Potem prostuje się i mówi powoli:
– Pierwsze: umowa o poufności, czyli NDA. To nasza stała praktyka. Mieszkanie w pałacu, przebywanie z rodziną Rianów i zespołem wymaga dyskrecji. To, co pokazujemy w programie, to tylko część prawdy. Będziesz bardzo blisko. I to, co tu zobaczysz, nie zawsze nadaje się do opowiadania.
Emma odkłada książkę na stolik. Jej głos jest cichy, pewny.
– Dziś wrócisz do domu. Przemyśl to. Nie odpowiadaj od razu. Przeczytaj szkic dokumentu i daj znać, kiedy będziesz gotowa.
Rose kiwa głową, ale jeszcze nie wstaje. Przesuwa palcem po złożonej kartce z kwotą, jakby jej dotyk miał potwierdzić rzeczywistość.
– A drugie „ale”?
Ville uśmiecha się kątem ust, prawie jak chłopak z sąsiedztwa – ale to tylko pozór.
– Wejdziesz w środowisko, gdzie granice są płynne. Nie będę udawał, iż nie wiesz, o co chodzi.
– Możesz stąd odjechać i nigdy nie wracać – dodaje Emma. – A możesz zmienić swoje nudne życie w przygodę. Jesteś młoda… daj się ponieść. Będzie fajnie.
Szofer odwozi ją do domu. Rose siedzi w milczeniu, z teczką i złożoną kartką na kolanach. Za szybami rozciąga się ciemność październikowego wieczoru – zamglone światła, mokre liście na asfalcie.
Myśli o Libertynie. Nie o pałacu, pieniądzach czy popularności. O nim. Bystrym, spostrzegawczym, pewnym siebie. Potrafił zmienić się w mgnieniu oka – z rozkojarzonego artysty w precyzyjnego negocjatora. A przy tym był niewzruszony, zamknięty jak sejf.
Gdy samochód zatrzymuje się pod jej blokiem, Rose wysiada i wciąga zimne powietrze w płuca. Rusza w stronę drzwi, ale odwraca się jeszcze na moment. Patrzy na oddalającą się limuzynę. Jej światło znika za rogiem, zostawiając tylko chłód i ciemność. I tę wizję – iż może właśnie minęła szansa, która już nigdy się nie powtórzy.
Ville resztę dnia spędza z Ami. Bawią się na dywanie, czytają książeczki o księżniczkach i smokach, grają w teatrzyk lalkowy, śpiewają dla zabawek półgłosem, jakby naprawdę śniły. Zwykły, miękki dzień ojca z córką – utkany z dotyku, śmiechu i szeptów.
Gdy Ami zasypia, wtulona w ulubionego pluszaka, Ville cicho zamyka drzwi jej pokoju. Wraca do swojej sypialni, zrzuca bluzę na fotel i kładzie się na środku łóżka. Przez chwilę leży nieruchomo, wpatrzony w sufit. Potem wyciąga dłoń i delikatnie dotyka miejsca, w którym leżała Rose. Próbuje odsunąć myśl o dziewczynie, ale ta wciąż wraca. Jej spojrzenie. Zapach włosów. Ciepło ramienia.
Sięga po telefon. Przewija kilka wiadomości, potem przez chwilę patrzy w czarny ekran. Żałuje, iż nie ma ani jednego jej zdjęcia. Zaczyna pisać – coś lekkiego, zaczepnego, z typowym dla siebie erotycznym podtekstem. Jak zawsze, gdy jakaś dziewczyna wpada mu w oko.
Ale zanim naciśnie „wyślij”, kasuje wszystko jednym ruchem. Nie chce jej przeszkadzać. Wie, iż teraz analizuje umowę. Że potrzebuje ciszy, by wszystko sobie poukładać.
Odkłada telefon na szafkę. Patrzy w ciemność i śmieje się cicho, krótko, sam do siebie. Zrezygnowanie miesza się z rozbawieniem.
– Ona ma chłopaka i naprawdę nie jest mną zainteresowana. choćby powieka jej nie drgnęła, kiedy próbowałem swoich sztuczek. No cóż… chyba faktycznie jest porządna.
Odwraca się na bok, z głową na poduszce. przez cały czas się uśmiecha ale w tym uśmiechu jest coś zbyt miękkiego.
Tymczasem Rose zdążyła już przeczytać szkic dokumentu kilka razy. Leży w swoim pokoju. Obok laptop, kilka otwartych kart z przepisami prawnymi, notatki z forów. Nic podejrzanego. Wszystko jest logiczne, jasne, niespodziewanie uczciwe.
Jest wykończona. Chce już spać, gdy telefon wibruje. To tylko powiadomienie z kalendarza. Żadnej wiadomości – ani tej najbardziej sprośnej, ani zwykłego „dobranoc” od Libertyna. Leży w ciemności i wpatruje się w sufit. Sama nie wie, czego bardziej jej brakuje – jego słów czy tej irracjonalnej, szalonej atmosfery pałacu, która zdążyła ją zaczarować.
– Eryk… Eryk… – mruczy.
Automatycznie sięga po telefon. Przegląda zdjęcia Eryka, ale czuje tylko niechęć. Krzywi się, po chwili śmieje się cicho – jakby nagle dotarło do niej coś oczywistego. Skoro choćby nie ma ochoty na niego patrzeć, to chyba pora przestać się oszukiwać.
Jej palce przesuwają dalej… aż trafia na to jedno, najładniejsze. Ville na ławce, zamyślony, włosy lekko rozwiane, błysk w oczach. Odkłada telefon. Wlepia wzrok w sufit. Dopiero wtedy, już na granicy snu, spod powieki wymyka się jedna łza.
Późnym wieczorem, gdy pałac już śpi, a z korytarzy dochodzą tylko odległe trzaski drewnianych belek i cichy szum wentylacji, Emma kieruje się do kuchni. Wchodzi bezszelestnie – na bosaka, z luźnym koczkiem i kocem przewieszonym przez ramię.
Ville siedzi samotnie przy wyspie. W dłoni trzyma kubek z ciepłym, spienionym mlekiem.
– Jak uważasz… zgodzi się? – szepcze Emma, zbliżając się do niego.
– Nie wiem – wzdycha cicho, nie podnosząc wzroku. – Kiedy ją poznałem, jeszcze przed przyjazdem tutaj, była taka pewna siebie, wyluzowana, ułożona, silna. Porządna. A teraz…
– A teraz jest tylko porządna – mruczy Emma, zaglądając do lodówki.
Długo szuka czegoś dietetycznego, ale w końcu wyjmuje kawałek czekoladowego ciasta. Bierze dwie łyżeczki i siada obok brata, jedną kładąc przed nim.
– Rose jest inna niż te plastikowe księżniczki, które tu przychodzą. Nie szuka sponsora, nie łaknie kamer. Ma klasę i styl. I choćby nie wiem co, trzyma się swojego chłopaka.
Ville uśmiecha się blado. Sięga po łyżeczkę i odkrawa niewielki kawałek ciasta.
– Boję się, iż przesadziliśmy. Że ją wystraszyliśmy. jeżeli się wycofa, to może być gwóźdź do trumny całego programu. Przecież dobrze wiesz, iż mamy problem z ekipą.
– To zaproponuj jej więcej hajsu.
– Nie sądzę, żeby chodziło o pieniądze – odpowiada Ville bez cienia żartu. – Myślę, iż musimy poczekać. jeżeli w poniedziałek podpisze umowę, dam jej premię za gotowość bojową.
Oboje śmieją się cicho, niemal jednocześnie jak za starych czasów.
Emma, z ciastem na łyżeczce, patrzy na brata i mówi z teatralną powagą:
– Błagam cię, wyślij jej jakąś oficjalną deklarację, iż trzymamy ręce przy sobie. Ja ze swojej strony się wycofuję. Ta zabawa w rywalizację nie jest tego warta.
– Masz rację. Rose mnie totalnie kręci, ale program jest najważniejszy. To on dał nam fanów, zasięgi i kasę. Trzeba będzie zacisnąć zęby… i założyć przy niej majtki cnoty.
– Będziemy jej przełożonymi – mówi, wskazując na niego łyżeczką z ciastem. – Zgodnie z prawem… no wiesz. Molestowanie, nagabywanie, te sprawy. Nie możemy sobie na to pozwolić, choćby jeżeli wszystko wygląda jak komedia romantyczna.
Znowu się śmieją. Tym razem głośniej, dłużej. Potem pochylają się nad telefonem i razem układają treść wiadomości. Emma wystukuje tekst, a gdy kończy, czyta go z udawaną powagą, jakby składała przysięgę w sądzie:
– „My, niżej podpisani Emma i Ville Rian, niniejszym oświadczamy, iż nasze działania wobec Rose Mayer są podyktowane dobrymi intencjami oraz iż zobowiązujemy się trzymać łapy przy sobie.”
– Może być – uśmiecha się Ville. – Wysyłaj.
Niebo jest jednolicie szare, jak ekran czekający na pierwszy piksel. Nie pada, nie wieje, nic się nie dzieje. A jednak w powietrzu wisi coś ciężkiego, lepkiego, napiętego jak struna, jakby świat wstrzymał oddech i patrzył tylko na Rose.
Nie śpi już od dawna. Leży nieruchomo w pościeli, otulona kołdrą po szyję. Ma podciągnięte kolana, palce zaciśnięte na materiale. Drży, a łzy płyną cicho, powoli, niemal niezauważalnie. Nie z rozpaczy ani z żalu – z przeciążenia. Bo wszystkiego było za dużo, za szybko, zbyt prawdziwie.
Jej myśli huczą jak rozpędzony pociąg, ale żadnej nie potrafi złapać. Sięga po telefon i bezwiednie przewija, bez celu i sensu, aż nagle zatrzymuje się – między alertem z banku a memem z grupy studenckiej dostrzega wiadomość od Villego, wysłaną w nocy. Treść jest krótka, kilka zdań, zwykła deklaracja, a jednak ma wrażenie, jakby ktoś zdjął jej z ramion niewidzialny ciężar. Obiecują, iż nie będą jej nagabywać, iż dadzą jej przestrzeń i wybór.
I wtedy coś w niej pęka. Siada prosto. Oczy wciąż ma mokre, ale w spojrzeniu pojawia się coś nowego – jeszcze nie spokój, raczej pierwszy krok w jego stronę. Przeciera twarz rękawem bluzy.
– O rany… – szepcze. – Faktycznie mają problem.
Wstaje i idzie do łazienki. W lustrze widzi opuchniętą twarz, blade usta, ale w oczach coś się tli – życie, wola, może choćby nadzieja. Obmywa policzki lodowatą wodą, wkłada pierwsze lepsze ubrania, przegryza w biegu suchy tost i wraca do biurka. Na blacie leży wzór umowy NDA, przeczytany już milion razy, a jednak Rose znów się nad nim pochyla.
Każdy wers, każdy kruczek. Od wczoraj wszystko jest jasne. Zero wycieków, zero aluzji, zero informacji. Ani słowa o programie, o ekipie, o Rianach. choćby najdrobniejsza plotka mogłaby zamienić się w burzę medialną. Dokument mówi wprost: żadnych kontaktów z prasą, żadnych opowieści, żadnych zwierzeń. Nie wolno jej choćby powiedzieć, gdzie pracuje.
To nie jest zwykła oferta pracy. To inicjacja – przekroczenie progu do świata, który z zewnątrz wygląda bajkowo, a w środku działa na zasadach ciszy, tajemnicy i lojalności.
Rose chodzi po pokoju z dokumentem w dłoni szukając rozwiązania. W końcu siada przy biurku, bierze notes i długopis, rysuje tabelkę i zaczyna zapisywać minusy oraz plusy. Minusy: dyskrecja aż po grób, prawdopodobne zerwanie kontaktów ze znajomymi, może choćby koniec plotek z mamą. No i Ville – Libertyn. Chodząca pułapka. Dotyk, którego trzeba unikać. Plusy świecą jak Wembley w blasku reflektorów: wysoka pensja, przepustka do zamkniętego świata, trasa z zespołem i Rianowie – nazwisko, które otwiera drzwi, których nikt inny nie sforsuje. Jest też coś jeszcze, szansa na coś więcej, czego jeszcze nie potrafi nazwać.
– Miliony ludzi marzą, by spędzić choć godzinę z Liberty Fade… a ja byłam z nimi aż dobę. I dostałam propozycję pracy. Nie mogę tego zaprzepaścić.
Słowa same nabierają pewnego tonu, jakby wygłaszała deklarację przed niewidzialną publicznością.
– Choć Eryk to przeszłość… na razie z nim nie zerwę – mówi półgłosem, testując własne szaleństwo. – Będzie moją przyzwoitką duchową. Wystarczy, iż pomyślę o nim raz… i od razu przejdzie mi ochota na Libertyna.
Wzdycha teatralnie, rozkłada ramiona jak aktorka na scenie.
– Plan idealny. Wręcz genialny.
Po chwili milknie. Patrzy w sufit z miną, która mówi jedno: to się nie może udać. A jednak próbuje w to wierzyć, choćby przez moment.
Siada do komputera. Przegląda stronę zespołu, media, aż w końcu wchodzi na kanał Liberty Fade. Analizuje materiały, widząc perfekcyjny montaż i dopracowaną realizację.
– Jakim cudem robią to tak dobrze, mając taki pieprznik na serwerze? – mruczy, kręcąc głową.
Klika dalej. Otwiera kolejny film. Jeszcze jeden. I wszystko zaczyna układać się w logiczną całość. Liberty Fade Music od pierwszego singla skupia się na muzyce: teledyskach, wywiadach, koncertach, wystąpieniach i backstagu. Regularność buduje wierną bazę fanów, którzy chcą być blisko zespołu i branży. Liberty Fade Notes to krótkie formy – zdania rzucone w biegu, monologi, suchary, przekleństwa, westchnienia Emmy. To był Tester. Sprawdzenie, czy widzowie chcą więcej. Chcieli, więc powstało Liberty Fade Life – pełnometrażowe odcinki pokazujące prywatne życie zespołu.
Rose odchyla się w fotelu, dopija herbatę, patrzy w okno i uśmiecha się szeroko.



Idź do oryginalnego materiału