Rodzinny urlop z bezczelną krewną, podczas którego trzeba postawić sprawy jasno — Siedzę tu już dwa tygodnie, Saszka! Dwa tygodnie w tym baraku, który oni nazywają „hotelem”. Po co w ogóle się zgodziliśmy? — Bo mama prosiła. „Nince trzeba odpocząć, Ninka ma ciężkie życie” — parodiuje brat mamę. W rzeczywistości ciotka Nina faktycznie nie miała łatwego losu, ale żal jej jakoś nie przychodził Lubie. Ani trochę. Nina, siostra matki, od zawsze była tą biedną krewną, której wszyscy coś zawdzięczają. Walizka się nie domykała. Luba, wściekła, dociskała kolanem klapę, próbując zapiąć suwak, ale ten uparcie się rozjeżdżał, wypychając na zewnątrz fragment ręcznika plażowego. Za cienkim panelem, który w tym obskurnym pensjonacie nazywał się „ścianą”, rozlegał się piskliwy wrzask – to sześcioletni syn ciotki, Tymek. — Nie będę tej kaszy! Chcę nuggetsy! — wrzeszczał, jakby go zarzynano. Potem rozległ się głośny trzask, łomot talerzy i przeciągły głos samej Niny: — No już, kochanie, zjedz łyżeczkę za mamusię. Weronka, podskocz do sklepu, kup mu te nuggetsy, bo się dziecko zamęczy. Nogi mnie bolą, nie mam siły. Luba zamarła, trzymając zamek walizki. Weronka! I mama już biegnie! Sasza, brat Lubki, siedział na jedynym chwiejnym stołku w ich mikroskopijnym pokoiku i ponuro patrzył w telefon. choćby nie próbował się pakować. Jego torba przez cały czas leżała w kącie nierozpakowana. — Słyszysz to? — wyszeptała Luba, kiwając głową na ścianę. — Ona znowu każe mamie biegać. „Weronka, podaj”, „Weronka, przynieś”. A mama jak zwykle się zerwie. — Nie denerwuj się, — mruknął Sasza, nie odrywając wzorku od ekranu. — Jutro do domu. — Wytrzymuję to dwa tygodnie, Saszka! Dwa tygodnie w tym chlewie, który oni nazywają „hotelem”. Po co myśmy się na to zgodzili? — Bo mama prosiła. „Nince trzeba odpocząć, Ninka ma ciężkie życie” — zadrwił brat, naśladując matkę. Luba opadła na skraj łóżka, sprężyny zaskrzypiały. Los ciotki Niny rzeczywiście był nie do pozazdroszczenia, ale Lubie jakoś nie wychodziło jej żałować. Nina, siostra mamy od strony matki, od zawsze była „biedną krewną”, której wszyscy powinni pomagać. Pierwsze dziecko jej zmarło jako niemowlę — tragedia, o której w rodzinie mówiło się szeptem. Potem trafił się jej mąż, który za kołnierz nie wylewał i zmarł z tej „miłości” parę lat temu. Teraz ciotka samotnie wychowywała dwoje dzieci od różnych ojców i cała ta wesoła gromadka rezydowała u babci. Mieszkał z nimi kolejny „facet życia” — już ósmy z kolei. Praca Ninie zupełnie nie odpowiadała — uważała, iż jest od tego, by „upiększać świat i cierpieć”, a na tę uroczystość życia mają się składać inni. Najchętniej — mama Lubki, Wera, która według siostry miała „pieniędzy jak lodu”. Luba podeszła do okna. Widok był „malowniczy”: na śmietniki i ścianę sąsiedniego kurnika. Ten wyjazd był pomysłem mamy. „Rodzinnie, razem, Ninie trzeba pomóc, niech się oderwie od problemów”. Pomóc oznaczało, iż Wera opłaciła większość wyjazdu, kupowała jedzenie i gotowała dla całej bandy, podczas gdy Nina z nową przyjaciółką, jakąś Larysą poznaną przy basenie na bazie „nicnierobienia”, leżały sobie w najlepsze. — Pakuj się, — rzuciła Lubka do brata. — Wieczorem idziemy do restauracji. Pożegnalna kolacja. *** Restaurację wybrały, oczywiście, nie oni. Nina stwierdziła, iż chce coś drogiego. Knajpa była na deptaku. Złączyli dwa stoły, żeby pomieścić całą „menażerię” — jak myślała o nich potajemnie Luba. Nina, w świecącym, opinającym sukience, zasiadła na przedzie obok koleżanki Larysy — masywnej, głośnej kobiety z włosami wypalonymi od rozjaśniacza. — Kelner! — krzyknęła Nina, choćby nie spojrzała w kartę. — Najlepsze dla nas! Szaszłyk, sałatki i tego czerwonego, dzbaneczek! Wera, mama Lubki, siedziała na końcu, nieśmiało się uśmiechając. Wyglądała na wykończoną. Przez te dwa tygodnie nie odpoczęła ani na chwilę: a to Timko histeryzował, a to Ninie było źle, a to Alinie nudno. — Mamo, zamów sobie rybę, na to miałaś ochotę — szepnęła Lubka. — Gdzie tam, za drogo — odparła Wera. — Ja sałatką się zadowolę. Niech Ninka je, ona się tyle nacierpiała w tym roku. Lubkę wściekłość ścisnęła. Jasne, „nacierpiała”! Obok Tymek, mały tyran, uderzał łyżką w talerz. — Nakarm! — zażądał, nie odrywając wzroku od ekranu. I Nina, rzuciwszy rozmowę z Larysą, posłusznie nabrała łyżkę puree i wsadziła synowi do ust. — Mój skarbeczek — zmiękła. — Jedz, nabieraj sił. — Ma sześć lat — nie wytrzymała Lubka. — Sam nie umie jeść? Zapadła cisza. Nina powoli odwróciła głowę. — A kto cię pytał, droga siostrzenico? — wycedziła. — Własne sobie urodź, wtedy pouczaj. Moje dziecko jest wrażliwe! On potrzebuje opieki! — On potrzebuje granic, a nie tabletu przy stole — odparowała Lubka. — Drzesz się, jak mu coś nie pasuje. Wychowujecie roszczeniowca, nie dziecko. — O matko! — wtrąciła się Larysa, zamaszyście machając rękami. — Nina, patrz, wielka psycholog się znalazła. Kurczak uczy kury. Dziecko, życia nie zna, a matki poucza. — Luba, ucisz się — szepnęła mama, ciągnąc ją za rękaw. — Nie psuj wieczoru. Proszę. Wieczór się dłużył. Nina i Larysa głośno obgadywały facetów, sąsiadów z pensjonatu, narzekały na trudny los kobiet. Alina siedziała w telefonie, od czasu do czasu rzucając rodzicom pogardliwe spojrzenia. Tymek od czasu do czasu podnosił larum, wołając o deser — zamawiano mu największe lody. Kiedy przyszło do rachunku, Nina zrobiła wielkie oczy: — Oj, portfel zostawiłam w pokoju! Wera, zapłać, dobrze? Oddam, jak wrócimy. „Nigdy nie oddasz” — pomyślała Lubka, widząc, jak mama bez słowa wyciąga kartę. Stary numer. *** Wrócili do pensjonatu po północy. Lubka od razu poszła pod prysznic, zmyć z siebie lepkie resztki tego wieczoru. Woda leciała raz lodowata, raz parzyła. Wychodząc z łazienki zatrzymała się przy uchylonych drzwiach kuchni. Stamtąd dolatywał ostry szept. — Widzisz tę mądralińską? — wyskakiwała Larysa. — Siedzi, krzywi się. „Sam nie je”. A co cię to obchodzi, gówniaro? Życia nie znasz! Gdyby nie ty, Werka, pasłaby krowy w polu, a nie po restauracjach nosem kręciła. Zadufana panna. Ani faceta, ani rozumu, tylko duma i wywyższanie. Lubka wstrzymała oddech. Serce waliło jak oszalałe, aż bolało w uszach. Czekała. Czekała, iż mama zaraz huknie pięścią w stół. Że powie: „Zamknij się, Larysa, nie mów tak o mojej córce!”. Że po prostu wyjdzie z kuchni. Tymczasem za drzwiami rozległ się ciężki westchnienie Niny i jej żałosny głos: — Oj, nie mów, Laryso. Ciężka jest ta Lubka. Cała w rodzinę ojca — tam też wszyscy z charakterem. Nie to co moi. Alinka choć zadziora, ale serce dobre, otwarte. A ta… patrzy na nas jak na śmieci. Kęs mi przez nią w gardle staje. — To twoja wina, Weronko! — poparła Larysa. — Po tyłku za mało dostała. Teraz co? Siedzi, królewna, matkę ma za nic. Taką córkę to ja bym już dawno pogoniła — niech świata posmakuje. Lubka oparła czoło o framugę. Mama milczała. Siedziała tam, z tymi kobietami, piła herbatę (lub coś mocniejszego, sądząc po wyziewach) i słuchała, jak jej jedyną córkę obrzucają błotem. Lubka wyprostowała się gwałtownie. Drzwi huknęły o ścianę. W kuchni zamarła cisza. Trójka siedziała przy plastikowym stole zawalonym resztkami i pustymi opakowaniami. Nina w świecącym ubraniu rozlazłym pod pachą, Larysa z czerwoną twarzą i mama… Mama, która natychmiast skuliła ramiona. — Czyli jestem zadufaną panną? — głos Lubki nie drżał. Był twardy jak kamień. — A ciociu Nino, ty masz takie dobre serduszko? Nina zachłysnęła się i wybałuszyła oczy. Larysa wstała, masywna jak góra. — Podsłuchujesz, gówniaro? — warknęła. — Uszu ci za mało? — Nie podsłuchuję. Wrzeszczycie tak, słychać na cały dom, — Luba weszła do środka, patrząc ciotce prosto w oczy. — Co, ciociu Nino, kęs w gardle staje? A jak mama za ten kęs płaciła w restauracji, to nie stawał? — Ty niewdzięczna! — zaskowyczała ciotka, aż poczerwieniała. — My z sercem, a ty się wywyższasz! W matki się nadaję, a ty mi wypominasz kromkę chleba? Dusisz się, co? — Nie wypominam pieniędzy, tylko twoją bezczelność! — Lubkę rozerwało. — Całe życie na mamie pasożytujesz! Raz mąż, raz inny, potem dzieci, potem udawane choroby! Mama haruje, żeby ci, biedaczce, kupić urlop, a ty ją za plecami obgadujesz! Twoja córka to ordynarna smarkula, która wyciera o ciebie nogi, a ty mnie pouczasz? Twój syn to histeryczny manipulator, któremu nie potrafisz odmówić! Ciotka milczała, gapiąc się na bratanicę. — Lubka! — zapiszczała Wera, zrywając się. — Natychmiast przestań! Idź do pokoju! — Nie pójdę, mamo, — Lubka spojrzała matce w oczy. W tych oczach było tyle bólu, iż Wera aż zaniemówiła. — Siedzisz tu i słuchasz, jak ta obca baba, którą znamy od dwóch dni, obrzuca mnie błotem. I ty milczysz? Pozwalasz na to? Larysa odsunęła stołek i ruszyła na Lubkę zaciśniętymi pięściami. — No już, zaraz cię nauczę szacunku do starszych… Zamachnęła się. Ciężka łapa poleciała wprost w twarz. Lubka nie zdążyła się przestraszyć, tylko instynktownie cofnęła — ale uderzenia nie było. Sasza złapał rękę Larysy w locie. — Spróbuj tylko, — powiedział cicho. — Ocipieliście? Ciociu Nino, pakujcie się. My wyjeżdżamy. — Jakie „my”? — wrzasnęła Nina, czując iż wszystko traci. — Ja nigdzie nie jadę! Mam jeszcze dwa dni opłacone! Wera! Twoje dzieci są nienormalne! Napadają na ludzi! I wtedy Wera wreszcie się odezwała. Podeszła do Lubki, szarpała ją za ramiona. — Po co zaczęłaś?! — wrzasnęła, łzy strumieniem popłynęły jej po twarzy. — Po co wyszłaś? Mogłaś siedzieć cicho! Zniszczyłaś wszystko! My jesteśmy rodziną! Jak mogłaś taki wstyd zrobić?! Lubka spokojnie, ale stanowczo odsunęła matkę. Coś w niej pękło – definitywnie. — To nie ja powinnam się wstydzić, mamo — powiedziała bardzo cicho. — To ty powinnaś się wstydzić. Za to, iż pozwalasz, by tak nami pomiatano… Odwróciła się i wyszła. Sasza za nią. W pokoju pakowali się w ciszy. Za ścianą Nina wyła na cały głos o swoim nieszczęściu, a Larysa jej wtórowała, nazywając Lubkę i Saszkę „niewydarzonymi”. Alina, zbudzona krzykami, darła się, iż nie może spać. — Nie wyjedziemy teraz — powiedział Sasza, zapinając torbę. — Autobus dopiero rano. Trzeba przesiedzieć noc na dworcu. — Niech będzie — Lubka zgarnęła kosmetyczkę do reklamówki. — Wolę dworzec niż jeszcze chwilę tutaj. — A mama? Lubka zamarła z koszulką w ręku. — Mama wybrała. Została tam, w kuchni. Z siostrą. *** Lubka z matką nie utrzymuje kontaktu, Sasza też — matki im nie było dane wybaczyć. Wera kilka razy dzwoniła, mówiła, iż wybaczy dzieciom, jeżeli przeproszą Ninkę, ale Lubka z Saszą uznali, iż na takie wybaczenie nie mają najmniejszej ochoty. Wystarczy, dosyć tego. jeżeli mamie pasuje wpatrywać się w usta siostry — niech jej będzie. Im bez bezczelnej rodziny żyje się całkiem dobrze.

naszkraj.online 11 godzin temu
Już dwa tygodnie to znoszę, Szymon! Dwa tygodnie w tym baraku, który oni nazywają pensjonatem. Po co my się w ogóle zgodziliśmy? Bo mama prosiła. Niedługo Anetce by się przydał urlop, Anetka ma ciężkie życie Szymon zgryźliwie sparodiował ton mamy. Rzeczywiście, los cioci Anety nie był godny pozazdroszczenia, ale Zosia nie potrafiła jej współczuć. W […]
Idź do oryginalnego materiału