Rodzinny urlop z bezczelną krewną, czyli jak wreszcie postawić granice i powiedzieć sobie dość – Dwa tygodnie w obskurnym pensjonacie, rodzinne przepychanki, przytłaczająca matczyna uległość i jedna kolacja, podczas której wszystko wychodzi na jaw

twojacena.pl 2 godzin temu

Na urlopie z bezczelną rodziną czas postawić sprawy jasno

Dwa tygodnie już to znoszę, Szymon! Dwa tygodnie w tej ruderze, którą oni nazywają pensjonatem.
Po co my w ogóle na to się zgodziliśmy?
Bo mama prosiła. Zosiulka musi odpocząć, Zosiulka tyle przeszła w życiu” przedrzeźniał siostrę mój brat.

Los ciotki Zosi naprawdę nie był godny pozazdroszczenia, ale jakoś nie potrafiłam jej żałować. Wcale.
Ciotka Zosia, siostra mojej mamy ze strony matki, od zawsze uchodziła za tę biedną krewną, której wszyscy wszystko powinni.

Walizka nie chciała się zamknąć. Przyklękłam, dociskając kolanem pokrywę, ale zamek uparcie się rozjeżdżał, wypychając na zewnątrz brzeg ręcznika kąpielowego.

Za cienką i krzywą ścianką ze sklejki, która w tym zapyziałym domu gościnnym uchodziła za ścianę, rozlegał się wrzask to darł się Jaś, sześcioletni syn ciotki Zosi.

Nie chcę kaszy! Chcę nuggetsy! darł się tak, jakby go ze skóry obdzierali.

Potem rozległ się ciężki plask, brzęk talerza i zachrypnięty od papierosów głos Zosi:
No już, złotko, no zjedz łyżeczkę dla mamusi.

Weroniko, leć do sklepu, kup mu tych nuggetów, widzisz, dziecko się zamęcza.
Nogi mnie bolą, nie mam siły.

Zamarłam, trzymając się kurczowo zamka. Weroniko! I mama znowu poleci!

Szymon, mój brat, siedział na jedynym chyboczącym się krześle w naszym małym pokoiku i patrzył ponuro w telefon.
Nawet nie próbował się pakować. Jego torba stała nieporuszona w rogu.

Słyszysz to? zapytałam cicho, wskazując ścianę. Ona znowu każe mamie latać.

Weroniko, podaj, Weroniko, przynieś. A mama zaraz zerwie się i pobiegnie.

Nie nakręcaj się burknął Szymon, nie podnosząc wzroku. Jutro wracamy do domu.

Dwa tygodnie już to znoszę, Szymon! Dwa tygodnie w tej ruderze, którą oni nazywają pensjonatem.
Po co my w ogóle na to się zgodziliśmy?

Bo mama prosiła. Zosiulka musi odpocząć, Zosiulka tyle przeszła w życiu ponownie przedrzeźnił mamę.

Usiadłam na skraju łóżka sprężyny wydały żałosny jęk.

Los ciotki Zosi był naprawdę trudny, tylko iż żal do niej jakoś do mnie nie docierał. W ogóle.
Zosia, siostra mamy, zawsze była biedną krewną, której wszyscy są coś winni.

Pierwsze dziecko straciła jeszcze niemowlakiem tragedia, o której w rodzinie mówiło się szeptem.
Potem był mąż, ostro zaglądający do butelki, którego już od lat nie było.
Ciotka wychowuje dwóch synów z różnych związków i cała ta wesoła kompania żyje z babcią.
W tym samym mieszkaniu przesiaduje kolejny mężczyzna marzeń już ósmy z kolei.
Pracować Zosia nie lubi, uważa, iż jej rolą jest zdobić świat i cierpieć, a całą resztę mają zapewnić inni.
Przede wszystkim moja mama, Weronika, która według siostry to kur nie gonią tyle ma pieniędzy.

Podeszłam do okna.
Widok był wspaniały: na śmietnik i ścianę sąsiedniego kurnika.

Ten urlop to był pomysł mamy. Wszyscy razem, rodzinnie, Zosi trzeba pomóc, niech się przewietrzy.
Pomóc oznaczało, iż Weronika zapłaciła za większość pobytu, kupowała jedzenie, gotowała dla całej ferajny, gdy Zosia z nową koleżanką jakąś Renatą, z którą poznały się przy basenie, leżały do góry brzuchem.

Pakuj się powiedziałam do Szymona. Wieczorem idziemy do restauracji. Pożegnalna kolacja.

***

Restaurację oczywiście wybrała nie nasza rodzina.
Zosia oznajmiła, iż ma ochotę na coś ekskluzywnego.
Lokal znajdował się przy promenadzie. Stoły musieli złączyć, żeby pomieścić całą bandę, jak w myślach nazywałam towarzystwo.
Zosia, w błyszczącej sukience ledwo dającej radę z szwami, zasiadła na honorowym miejscu obok koleżanki Renaty otyłej, jaskrawej kobiety z żółtymi włosami.

Kelner! ryknęła Zosia, nie spojrzawszy choćby do karty. Poprosimy to, co najlepsze! Szynkę z grilla, sałatki i tamto czerwone w karafce!

Weronika, moja mama, siedziała z boku, nieśmiało się uśmiechając. Wyglądała na wyczerpaną.
Przez te dwa tygodnie nie miała sekundy wytchnienia: to Jaś histeryzował, to Zosię bolała głowa, to Alince się nudziło.

Mamo, zamów sobie rybę, przecież miałaś ochotę szepnęłam jej.

Gdzie tam, to za drogie odparła Weronika. Zjem sałatkę. Niech Zosieńka dogodzi sobie, tyle się nacierpiała w tym roku.
Skręcało mnie z irytacji. No tak, nacierpiała. Oczywiście.
Obok Jaś, mały sześcioletni król, walił łyżką w talerz.
Nakarm! rozkazał, nie odrywając oczu od bajek na telefonie.
Zosia rzuciła temat rozmowy z Renatą i natychmiast podała mu puree do buzi.
Moje słoneczko zmiękła. Jedz, nabieraj sił.

On ma sześć lat nie wytrzymałam. Nie umie sam jeść?

Cisza zawisła nad stołem. Zosia powoli odwróciła głowę.

A kto cię pytał, kochana siostrzenico? syczała przez zęby. Urodź swoje, to będziesz wychowywać.
Mój syn ma delikatną psychikę. Potrzebuje opieki!

Potrzebuje zasad, nie tabletu przy obiedzie odparłam. On przecież drze się, jakby go obdzierali ze skóry, gdy coś mu się nie spodoba. Wychowujecie konsumenta.

O matko boska, już nie mogę! wtrąciła Renata, wywracając oczami. Zosia, popatrz na nią! Psycholożka się znalazła.
Kurczak uczy kury, phi. Dziecko, nie masz pojęcia o życiu, a już pouczasz starszych.

Justynko, nie wtrącaj się wyszeptała mama, szarpiąc mnie za rękaw. Nie psuj atmosfery. Proszę.

Kolacja dłużyła się w nieskończoność. Zosia i Renata głośno omawiały facetów, obgadywały gości pensjonatu, żaliły się na ciężki los polskiej kobiety.
Alinka przeglądała TikToka, co jakiś czas rzucając pogardliwe spojrzenia staruchom. Jaś znowu zaczynał wyć, domagając się deseru, więc natychmiast dostawał największe lody.

Gdy podano rachunek, Zosia teatralnie westchnęła:

Ojej, zapomniałam portfela w pokoju! Weroniko, zapłać, dobrze? Oddam, jak tylko wrócimy.
Nigdy nie oddasz pomyślałam, patrząc, jak mama bez słowa wyciąga kartę.
To był standardowy scenariusz.

***

Wróciliśmy do pensjonatu po północy. Poszłam od razu pod prysznic, zmyć z siebie obrzydzenie po tym wieczorze.
Woda leciała raz lodowata, raz wrząca.
Wytrzepałam się w ręcznik i ruszyłam do pokoju, ale zatrzymałam się przy uchylonych drzwiach kuchni. Ze środka dochodziły podniesione głosy.

…Czy ty widziałaś tę dziewuchę? gderała Renata. Siedzi z miną jakby gówno wąchała.
On nie umie jeść sam. Co jej do tego, smarkula? Nigdy życia nie liznęła! Gdyby nie ty, Weroniko, pasła by krowy, a nie stroiła się po knajpach.
Zadufana, pusta panienka. Ani chłopa, ani rozumu tylko wywyższanie się.

Wstrzymałam oddech. Serce skakało pod samą szyją. Czekałam. Czekałam, iż zaraz mama huknie pięścią w stół.
Że powie: Zamknij się, Renata, nie mów tak o mojej córce. Że chociaż wyjdzie z kuchni.
Ale za drzwiami rozległo się tylko ciężkie westchnienie Zosi i jej żałosny ton:

I nie mów, Renato. Trudna jest. Całkiem po tej drugiej rodzinie, tam wszyscy tacy… z zadęciem.
Moje to co innego. Alinka to złote dziecko, otwarta i dobra.
A ta… patrzy na nas jakbyśmy byli robaczkami. Aż mi się jeść odechciewa, gdy siedzi obok.

Ty, Weroniko, ją rozpuściłaś! wtórowała Renata. Trzeba było lać w tyłek za młodu.
A teraz co? Siedzi, księżniczka, matkę ma za nic.
Ja bym taką z domu pogoniła, niech się życia nauczy.

Oparłam czoło o framugę. Mama milczała.
Siedziała tam z nimi, piła herbatę (albo raczej coś mocniejszego, sądząc po zapachu) i słuchała, jak jej jedyną córkę mieszają z błotem.

Szarpnęłam drzwi tak, iż z hukiem uderzyły w ścianę.
W kuchni zapadła cisza.
Siedziały we trzy przy plastikowym stole, zawalonym resztkami jedzenia i pustymi opakowaniami.
Zosia w połyskującej sukni już popękanej pod pachą, Renata z czerwonym, zapoconym licem a mama…
Mama już chowała głowę w ramiona.

Więc jestem pustą dziewuchą? mój głos nie drżał.
Był twardy jak skała.
A pani, ciociu Zosiu, to u nas ta z dobrym sercem?
Zosia złapała oddech, wybałuszyła oczy. Renata powoli podniosła się, górując nad stołem jak wielbłąd.
Podsłuchujesz, wywłoko? warknęła. Podsłuchiwać się nie wstydzisz?
Ja nie podsłuchuję. Tak drzecie się, iż cały pensjonat słyszy weszłam do kuchni, patrząc prosto w oczy ciotce. I co, ciociu Zosiu, teraz już nie da się przełknąć?
Ale kiedy mama płaciła za tamten kawałek mięsa w restauracji, to przełyk łatwy był?
Nie zatykało?

Jesteś niewdzięczna! wrzasnęła ciotka, czerwieniejąc. Z sercem do ciebie podchodzimy, a ty nos zadzierasz!
W matki się nadaję, a ty mnie za kromką chleba rozliczasz?
Udław się swoimi pieniędzmi!

Nie o pieniądzach mówię, tylko o Twojej bezczelności! wybuchłam. Całe życie siedzisz na maminych plecach!
Raz mąż, raz inny, raz dzieci, raz zmyślone choroby!
Mama pracuje jak wół, byle kupić ci kupon na wczasy, a ty ją potem gnoisz za plecami!
Twoja córka rozwydrzona małolata, która bluzga jak szewc i pomiata tobą, a ty masz mnie uczyć moralności?
Twój syn wymuszający histerią manipulant, któremu choćby nie nie potrafisz powiedzieć!

Ciotka patrzyła na mnie bez słowa nie wiedziała, co odpowiedzieć.

Justyna! pisnęła Weronika, wstając gwałtownie. Przestań natychmiast! Do pokoju marsz!
Nie, mamo, nie pójdę spojrzałam jej prosto w oczy, tyle w nich było bólu, iż aż się zawahała. Siedzisz tu i słuchasz, jak ta obca baba, którą znamy dwa dni, wyzywa twoją córkę.
I milczysz? Pozwalasz jej na to?

Renata odepchnęła krzesło i ruszyła w moją stronę z zaciśniętymi pięściami.
Dobra, gówniaro, zaraz cię nauczę szacunku…
Wymierzyła cios ciężka ręka leciała w twarz.
Nawet się nie przestraszyłam. Odruchowo cofnęłam się, ale cios nie padł Szymon złapał Renatę za przegub w locie.
Jeszcze się dotknij powiedział cicho. Wam się chyba coś poprzestawiało. Ciociu Zosiu, proszę się pakować. My jutro wyjeżdżamy.
My? pisnęła Zosia, czując jak traci kontrolę. Ja nigdzie nie jadę! Mamy jeszcze dwa dni opłacone!
Weroniko! Twoje dzieci zgłupiały! Na ludzi się rzucają!

I wtedy Weronika wreszcie się odezwała. Podeszła do mnie, złapała za ramiona i zaczęła trząść.
Po co zaczęłaś?! wrzasnęła, łzy kapały z jej policzków. Po co tu weszłaś? Siedziałabyś u siebie!
Zniszczyłaś wszystko! Przecież jesteśmy rodziną! Jak ci nie wstyd robić awanturę przy ludziach?!
Powoli, ale stanowczo odsunęłam jej ręce. Coś we mnie pękło, na zawsze.

Mnie nie wstyd, mamo powiedziałam cicho. Wstydzić powinnaś się ty. Za to, iż pozwalasz im tak z nami wszystkimi postępować…

Odwróciłam się i wyszłam z kuchni. Szymon poszedł za mną.
Pakowaliśmy się bez słowa. Za ścianą Zosia lamentowała o swoim ciężkim losie, a Renata wtórowała jej, nazywając nas wyrodnymi”.
Alinka, zbudzona hałasem, narzekała, iż spać jej nie dają.

Teraz nie pojedziemy, powiedział Szymon, zasuwając torbę. Autobus dopiero o świcie. Przebujamy się na dworcu.
Wszystko mi jedno wrzucałam kosmetyki do reklamówki. Lepiej tam niż tu. Ani sekundy dłużej w tym bagnie.

A mama?
Zastygłam z T-shirtem w ręku.

Mama dokonała wyboru. Została tam, w kuchni. Pocieszać siostrę.

***
Nie utrzymuję już kontaktu z mamą, Szymon zresztą też matce tej sceny nie wybaczyliśmy.
Weronika kilka razy dzwoniła, mówiła, iż gotowa nam przebaczyć, jeżeli przeprosimy Zosieńkę, ale i ja, i Szymon uznaliśmy, iż takie przebaczenie jest nam do niczego niepotrzebne.
Wystarczy, dość mamy.
Jeśli mamie odpowiada zaglądanie w usta siostrze jej sprawa. A nam bez bezczelnej rodziny żyje się całkiem dobrze.

Idź do oryginalnego materiału