Rodzina obraziła się, bo nie pozwoliłam im przenocować w moim nowym mieszkaniu – Natalka, co się tak zacięłaś? Przecież mówię, bilety już kupione, pociąg w sobotę o szóstej rano. Tylko nie zaśpij, odbierz nas, wiesz, mamy torby, a i Swietka z dziećmi, sama rozumiesz, taksówka teraz kosztuje fortunę, a twoje auto wielkie, wszystkich zabierzesz – głos ciotki Gieni dudnił w słuchawce jak orkiestra wojskowa, zagłuszając choćby szum wody, którą Natalia odkręciła, żeby napuścić sobie kąpiel. Natalia zamarła, trzymając telefon przy uchu. Stała pośrodku swojej nowiuteńkiej, pachnącej farbą i świeżością przedpokoju. Klucze do tego mieszkania dostała zaledwie miesiąc temu. Dwudziestoletni kredyt, trzy lata skrajnej oszczędności, kiedy odmawiała sobie choćby dodatkowej kawy i nowej sukienki, pół roku remontu, podczas którego nauczyła się szpachlować ściany i zna się na panelach lepiej niż niejedna ekipa budowlana. To była jej twierdza. Jej wyczekany, biały raj, gdzie wszystko leżało na swoim miejscu, nie było ani pyłku, i gdzie planowała spędzić pierwszy weekend w ciszy, ciesząc się samotnością i widokiem z panoramicznego okna. – Ciociu Gieniu, chwilę… – w końcu odzyskała głos, zakręciła wodę i przeszła do kuchni, gdzie na stole czekała niedopita filiżanka ziołowej herbaty. – Ale jakie bilety? Jaki pociąg? O czym mowa? Przecież nikogo nie zapraszałam. Po drugiej stronie zaległa cisza tak gęsta, iż można by ją kroić nożem. Potem ciotka wzięła głęboki wdech – Natalia słyszała ten charakterystyczny syczący wdech przed burzą. – Co znaczy „nie zapraszałaś”? Natalka, z głową wszystko okej? Przecież mamy okazję. Wujek Michał ma jubileusz, siedemdziesiąt lat, on przecież mieszka w twoim mieście, zapomniałaś? Zjeżdża się cała rodzina. Po co mamy wydawać na hotel, skoro mamy siostrzenicę w luksusach? Mama mówiła, iż kupiłaś trzypokojowe, wyremontowałaś. To wpadamy: ja, wujek Kazik, Sweta z mężem i bliźniaki. Ledwie sześć osób, zmieścimy się. Dużo nam nie trzeba – rzuć materace na podłogę, my ludzie skromni. Natalia usiadła na wysokim barowym krześle, czując pulsowanie w skroniach. Sześć osób. Ciotka Gienia, która głośno chrapie i lubi rządzić w nie swojej kuchni. Wujek Kazik, co nie pogardzi kieliszkiem, a potem kopci na balkonie (a u Natalii balkon połączony z salonem, gdzie stoi drogi fotel). Swieta, kuzynka, która uważa, iż jej pięcioletnim „huraganom-bliźniakom” wszystko wolno, łącznie z rysowaniem po ścianach i skakaniem po meblach. I jej wiecznie naburmuszony mąż Wiesiek, który zjada wszystko, co nieprzybite. – Ciociu, Gieniu – powiedziała twardo Natalia, patrząc na swój idealny, kremowy aneks kuchenny. – Nie mogę was przyjąć. Remont dopiero skończony, jeszcze nie mam wszystkich mebli. Spać nie ma gdzie. I praca – na weekend muszę skończyć raport. – Co ty opowiadasz! – oburzyła się ciotka. – Jaki raport?! Przecież to sobota i niedziela! A meble – powtarzam, przywieziemy własne koce. Na podłodze się prześpimy. Na próg rodziny nie wpuścisz? Przecież cię niańczyłam! Sama ci niemiecką lalkę na piąte urodziny kupowałam, nie pamiętasz? Ten argument o lalce Natalia słyszała zawsze, gdy ciotka czegoś chciała. Ta lalka, nawiasem mówiąc, była bez nogi i kupiona na wyprzedaży, ale w rodzinnych legendach urastała do rangi skarbu. – Ciociu Geniu, rozumiem wszystko. Ale nie. Nowe mieszkanie, nie jestem gotowa na tylu gości. Wujek Michał mieszka na drugim końcu miasta, ode mnie do niego jedzie się półtorej godziny. Lepiej wynająć kwaterę blisko niego. Mogę pomóc znaleźć coś, podam linki. – Popatrzcie ją! – ciotka wpadła w krzyk. – Ona nam podsyła linki! Wielka pani, warszawianka! Kupiła mieszkanie i już się wywyższa? Rodzinę przestała znać? Gdyby nie my… – Ciociu Gieniu – przerwała jej Natalia, czując, jak zbiera się w niej chłodna determinacja. – Nie wywyższam się. Po prostu mówię, iż nie mogę was przyjąć. To decyzja ostateczna. Nie kupujcie biletów, jeżeli liczycie na nocleg u mnie. Nie wpuszczę. Nacisnęła rozłączenie, nie czekając na kolejną falę przekleństw. Drżały jej ręce. Wiedziała, iż to dopiero początek. Zaraz ruszy „ciężka artyleria”. I faktycznie, po dziesięciu minutach zadzwoniła mama. – Natalia, oszalałaś?! – bez powitania zaczęła. – Gienia dzwoni zapłakana, ciśnienie ma, waleriankę pije. Mówi, iż ich wygoniłaś? – Mamo, nie wygoniłam. Powiedziałam, iż nie przyjmę tabunu sześciu osób. Mam nowe mieszkanie, jasne ściany, drogi parkiet. Wiesz, jakie Swiety dzieciaki? Rok temu u babci kota posmarowały zieloną maścią i przewróciły telewizor. A Swieta tylko się uśmiechała: „No co, poznają świat”. Ja nie chcę, żeby poznawały świat w moim mieszkaniu. – Ale to przecież rodzina! – mama mówiła tonem dla nierozumnych dzieci. – No wytrzymasz te dwa dni. Rozłożysz folię, schowasz wazony. Przynajmniej relacje rodzinne utrzymasz. Gienia wszystkim powie, iż jesteś bez serca. Wstyd mi będzie ludziom w oczy patrzeć! – Mamo, a ja wstydu nie będę mieć. Czemu mam poświęcać własny komfort, by ciotka Gienia zaoszczędziła parę groszy na hotelu? Jeżdżą na jubileusz, mają na prezenty i bilety, to na nocleg też znajdą. – Jesteś egoistką – westchnęła mama. – Cała po ojcu. On też tylko o swoim spokoju myślał. Zobaczysz, zostaniesz sama z tymi białymi ścianami, nikt ci szklanki wody nie poda. – Wolę sama sobie podać, niż potem szorować mieszkanie z „rodzinnej miłości” – mruknęła Natalia i rozłączyła się. Cały tydzień chodziła podenerwowana. Rodzina zamilkła. Ciotka nie dzwoniła, Swieta nie pisała oburzonych wiadomości. Natalia zaczęła mieć nadzieję, iż posłuchali rozumu i wynajęli mieszkanie. Albo wręcz zrezygnowali z przyjazdu. Uspokajała się, iż jasno postawiła granice. „Nie” to „nie”. Sobota zaczęła się wspaniale. Wyspała się, zaparzyła kawę, narzuciła ulubiony szlafrok i wyszła do salonu. Słońce wlewało się do pokoju, migało na szklanej wazie. Cisza, spokój, harmonia. Miała cały dzień czytać książkę, zamówić sushi, potem kąpiel z pianą. O dziewiątej zadzwonił domofon. Ostry, nachalny sygnał. Natalia aż wylała kawę na beżowy dywan. Serce wbiło się gdzieś w pięty. Podeszła do domofonu, choć już wiedziała, kto to. Na ekranie kłębili się ludzie. Wielkie torby, powalona twarz ciotki Gieni, wujek Kazik w czapce na bakier i dzieci, które już zdążyły ponaciskać guziki. – Natalka, otwieraj! Niespodzianka! – ciotka Gienia wrzasnęła w kamerę. – Dopiero z dworca, zdyszani jesteśmy, wpuść chociaż na szklankę wody! Natalia oparła się o ścianę. Przyjechali. Zignorowali jej odmowę, licząc, iż twarzą w twarz nie odważy się odmówić. Stary, skuteczny sposób manipulatorów: postawić przed faktem. Wzięła głęboki oddech, policzyła do pięciu i nacisnęła przycisk odpowiedzi. – Dzień dobry. Prosiłam, byście nie przyjeżdżali. – No dalej, przestań się wygłupiać! – zbyła ciotka, jak natrętną muchę. – Przeminęło ci, przecież nie jesteśmy obcy. Otwieraj, Swietce dzieci do toalety chcą, nie mają siły już wytrzymać. Przecież nie będziesz nas trzymać pod drzwiami! – W sąsiedniej kamienicy jest kawiarnia, toaleta za darmo – odparła spokojnie Natalia. – Nie otworzę. – Ty poważnie? – ciotka wtuliła nos w kamerę. – Przecież jesteśmy rodziną, twoja mama wie, iż przyjechaliśmy! Otwieraj natychmiast, bo postawię cały blok na nogi! – To postaw, – odpowiedziała Natalia. – Ostrzegałam was. Adresy hoteli przesyłałam sms-em. Żegnam. Wyłączyła domofon. Po minucie ktoś zadzwonił do drzwi. Widać, ktoś z sąsiadów wszedł albo wychodził i wpuścił ich do klatki. Natalia zesztywniała. Już nie byli na ulicy, tylko tuż za cienkimi drzwiami. Dzwonek rozbrzmiewał nieprzerwanie. Potem zaczęli walić pięściami. – Natalia! Otwieraj, słyszysz? Wstydu nie masz! – darła się Swieta. – Dzieci zmęczone! Całkiem zwariowałaś? – Otwieraj, darmozjado! – ryknął wujek Kazik i słychać było jak kopie drzwi. – Przywieźliśmy ci swojskie smalec i ogórki! Natalia stała w przedpokoju, otulona ramionami. Było jej jednocześnie strasznie, wstyd i przykro. Chciała otworzyć, byleby przestał się ten wstyd i raban. „Co sobie pomyślą sąsiedzi?” – przemknęła myśl. Ale potem spojrzała na jasną podłogę. Wyobraziła sobie, jak tych sześcioro ludzi wchodzi w brudnych butach, torby rysują ściany, smród wódki i tanich perfum wszędzie, a ona czuje się zgwałcona we własnym domu. Nie. Podeszła do drzwi i głośno, wyraźnie powiedziała: – Dzwonię po policję. jeżeli natychmiast nie odejdziecie, składam zawiadomienie o nachalności i próbie wtargnięcia do mieszkania. Za drzwiami ucichło na sekundę. – Matkę własną do grobu wpędzisz! – zawyła ciotka Gienia. – Policję na rodzinę?! Żeby ci język uschł! – Liczę do trzech – rzuciła Natalia, wyjmując telefon. – Raz. – Mamo, naprawdę jest walnięta, chodźmy stąd – powiedziała Swieta, już mniej pewnym głosem. – Ona serio wezwie gliny, wstyd będzie… – Dwa. – Idź do diabła! – ryknął wujek Kazik i kopnął drzwi. – Zadław się tą swoją kawalerką! Żebyś zdechła w niej sama! – Trzy. Usłyszała hałas, zamieszanie, płacz dzieci. – Idziemy, idziemy – syczała ciotka. – Mojej nogi tu więcej nie będzie. Każdemu opowiem, iż tu mieszka taka żmija! Każdemu! Usłyszała oddalające się kroki, potem ciszę na klatce. Dopiero wtedy zauważyła, iż trzęsie się jak osika. Osunęła się po ścianie na podłogę, na ciepły gres, zasłoniła twarz dłońmi. Łzy popłynęły same, ale nie z żalu nad nimi – z napięcia. Udało się. Obroniła swój teren. Telefon został w salonie – już szalał od połączeń. Wiedziała, kto dzwoni. Weszła do pokoju, zobaczyła dziesiątki nieodebranych – od mamy, od ciotki, z nieznanych numerów (pewnie reszta rodziny dołączyła do nagonki). Wyłączyła telefon. Poszła do kuchni, nalała sobie szklankę wody, wypiła duszkiem. Spojrzała przez okno – na dole, przy klatce, krążyły nerwowe sylwetki, załadowali się do taksówki, wskazując palcami w okna. Przypomniała sobie sytuację sprzed pięciu lat. Była wtedy studentką, przyjechała do tego miasta, gdzie mieszka ciotka Gienia, na praktyki. Nie dali jej akademika, pieniędzy na wynajem nie miała. Poprosiła ciotkę o nocleg na tydzień, aż coś znajdzie. Wtedy usłyszała: „Oj Natalka, mamy remont, kurz, brud, będzie ci niewygodnie. A Swieta chłopaka ma, nie chce skrępowania. Poradzisz sobie”. Spała wtedy trzy noce na dworcu, obejmując plecak, zanim znalazła pokój u starszej pani za pomoc w pracach domowych. Wtedy „rodzinnej krwi” ciotka Gienia nie czuła. A teraz, gdy u Natalii „willa”, nagle wszyscy się rzucili. – O nie, – powiedziała głośno Natalia. – Nie tym razem. Włączyła muzykę, zaparzyła świeżą kawę, usiadła w fotelu. Dzień był popsuty, ale mieszkanie ocalało. Wieczorem, gdy znów włączyła telefon, zalał ją potok wiadomości. „Nie jesteś już naszą córką, siostrą, ani siostrzenicą!” – pisała ciotka Gienia. „Jak mogłaś tak potraktować mamę, serce jej siada!” – wysmarowała Swieta. „Wstyd mi, iż cię urodziłam” – to od mamy. To bolało najbardziej. Natalia długo patrzyła na te słowa. Miała ochotę się tłumaczyć, przypomnieć o dworcu, o obojętności ciotki, o swoim prawie do własnej przestrzeni. Ale zrozumiała, iż to bez sensu. I tak nie zrozumieją. Dla nich jest już tylko „zasobem”, który się zbuntował. Napisała mamie tylko jedno: „Mamo, kocham cię. Ale jestem dorosła i w swoim domu rządzę po swojemu. jeżeli kiedyś sama będziesz chciała mnie odwiedzić i uprzedzisz, będę się cieszyć. Ale nie chcę rodzinnych szantaży. Pięć lat temu ciotka wyrzuciła mnie na bruk w obcym mieście. Oddałam dług”. Odpowiedzi nie było. Minął tydzień. Natalia żyła swoim rytmem w idealnym mieszkaniu. Sąsiedzi, na których wpadła w windzie, patrzyli z zaciekawieniem, ale nikt niczego nie powiedział. Widocznie krzyki ciotki zrobiły wrażenie, ale nie tak, jak miała nadzieję. Jedna sąsiadka, młoda kobieta z pieskiem, mrugnęła i powiedziała: „Gratuluję nowego mieszkania! Ma pani solidne drzwi”. Po miesiącu zadzwoniła mama. Głos suchy, ale już bez histerii. Zapytała o pracę, czy spłaca kredyt na czas. O ciotce ani słowa. Natalia też nie wspomniała. Stosunki z rodziną przymarzły. Na rodzinne imprezy nie zapraszali, z grupowego czatu w WhatsApp ją usunęli. Okazało się jednak, iż przez to wcale nie czuje się uboższa. Przeciwnie – zniknęła konieczność kupowania niepotrzebnych prezentów dla kuzynów, słuchania rad: „czas na ślub, dzieci”, i znoszenia bzdurnych pytań o pensję. Pół roku później, przed świętami, ktoś zapukał do drzwi. Natalia zerknęła przez wizjer. Stała Swieta. Sama, bez dzieci, bez męża, zapłakana i roztrzęsiona. Natalia otworzyła. – Cześć… – wyszeptała Swieta. – Mogę wejść? Natalia zawahała się sekundę, ale odsunęła się w bok. – Wejdź. Buty zdejmij na wycieraczce. Swieta weszła do kuchni i przysiadła na brzegu krzesła. – Odeszłam od Wieśka – wyrzuciła nagle i się rozryczała. – Pił, bił mnie. Dzieci zostawiłam u mamy, a sama… Nie mam gdzie się podziać. Mama suszy mi głowę, iż sama winna, bo faceta nie zatrzymałam. Ciotka Gienia: „Wytrzymaj, dzieci muszą mieć ojca”. Nie mogę już. Podniosła na Natalię załzawione oczy. – Natalka, przenocujesz mnie? Na kilka dni. Szukam pracy, jak coś znajdę, wyprowadzę się. Naprawdę, będę cicho, mogę na podłodze… Natalia patrzyła na kuzynkę. Wspomniała Swietę sprzed pół roku – wrzeszczącą przez domofon: „Wstydu nie masz!”. A teraz widziała tylko nieszczęśliwą kobietę. Zrozumiała różnicę: tamto było nachalne żądanie, „daj, bo musisz”. Teraz – prośba o pomoc. – Na podłodze nie trzeba – westchnęła Natalia. – W salonie mam rozkładany narożnik. Swieta zaniemówiła. – Ty… pozwolisz? Po tym wszystkim? – Pozwolę, ale pod warunkami – Natalia nalała herbaty. – Po pierwsze: żadnych dzieci. Mieszkanie nie dla dzieci. Po drugie: maksymalnie tydzień, dopóki nie znajdziesz czegoś. Pomogę z agencją. Po trzecie: żadnych rad co do mojego życia i żadnych plotek do ciotki. Inaczej – koniec pobytu. – Dziękuję – szepnęła Swieta. – Natalka, przepraszam cię. Byłam głupia. Zazdrościliśmy ci. Że się wyrwałaś, masz mieszkanie, żyjesz po swojemu. A my tkwimy… – Zazdrość niszczy – zauważyła Natalia. – Lej herbatę, pójdę po pościel. Swieta spędziła u niej pięć dni – cicha, grzeczna, porządna. Po pięciu dniach znalazła pokój w wynajmie i się przeprowadziła. To był punkt zwrotny. Swieta zobaczyła, iż można żyć inaczej – czysto, spokojnie, z szacunkiem – i zaczęła się zmieniać. Złożyła pozew o rozwód, znalazła pracę, ograniczyła kontakty z toksyczną mamą i ciotką. Z Natalią od czasu do czasu spotykały się w kinie, dzwoniły. A ciotka Gienia nie wybaczyła nigdy. Ale Natalce było już wszystko jedno. Siedząc wieczorem na swoim wymarzonym narożniku z książką i lampką wina, patrzyła na rozświetlone miasto i myślała, iż „mój dom – moja twierdza” to nie tylko frazes. To sposób na życie. Żeby w tej twierdzy panował spokój, czasem po prostu nie wolno opuszczać mostu zwodzonego. choćby jeżeli po drugiej stronie stoją ludzie z tym samym nazwiskiem.

naszkraj.online 6 godzin temu
Kasia, no co ty, głuchaś? Mówię ci przecież, już mamy bilety, pociąg przyjeżdża w sobotę o szóstej rano. Tylko nie zaśpij, przyjedź po nas, wiesz przecież, mamy torby, a Jadzia z dziećmi sama rozumiesz, taxi teraz drogie, a ty masz duże auto, wszystkich pomieści ciocia Grażyna wręcz przekrzykiwała szum wody, którą Kasia właśnie nastawiła do […]
Idź do oryginalnego materiału