Rodzina Maszyn – Nowa Era w Technikach i Tradycjach Polskich

polregion.pl 7 godzin temu

Rodzina Michała

Kobiety w kręgach Małgorzaty zawsze powtarzały, iż syn wybrał przyszłą żonę na jedną noc, przy szumie głośników i wódce. Wrócił z wojskowych służb, gorąca krew pulsowała w żyłach, a nagle pojawiła się chytra dziewczyna i już po niej nie pytała, nie kłóciła się, zgadzała się na wszystko.

Niska, krzepka, krótkonożna, bez talii, twarz nieco szeroka, oczy małe i wąskie. Według Małgorzaty imię Jagoda nie pasowało jej synowej wcale. I koleżanki podnoszą głowy.

Dziewczyna nie ma ani jednego atutu, trzy na minusie.
Pedagogika i Uniwersytet Warszawski?

Michał był pięknym sportowcem, wybitnym uczniem, po demobilizacji od razu wrócił na studia. A dziewczyna, z którą ledwie się poznał, spotkał i już niedługo była w ciąży

To celowo!
Jagoda mu nie pasuje!

Michał postanowił wziąć się za żonę. Małgorzata, podczas spotkań ze starymi koleżankami ze szkoły, wylała serca, a w domu przy krótkich rozmowach z synem postanowiła milczeć. Jego oczy błyszczały tak, iż bała się, iż nocna przyssałka zakłóci dzienny rytm? Albo po prostu nie chciała go zawieść?

Przypomniała sobie, jak sama w wieku dziewiętnastu była w ciąży, a dwadzieścia jeszcze nie skończyła, miesiąc przed urodzinami urodziła?

Chłopiec, mały i często chory, dorósł, stał się silny, uprawiał sport. Zaskakiwał nie tylko chęcią małżeństwa. Małgorzata nie była zadowolona, ale starała się tego nie okazywać. Dziecko nie jest winne rodzicielskich pomyłek.

A dążenie syna do bycia porządnym, nadanie imienia i nazwiska, zostanie ojcem Małgorzata popierała bez zastrzeżeń. Zdecydowała, iż nie będzie zachowywać się jak własna teściowa, co nie przyjęła synowej od pierwszego dnia i aż do rozwodu Michała nie wypowiedziała jej ani jednego miłego słowa. Nie widzieli się, choć mieszkali w tym samym mieście.

Rozwiedzoną Małgorzatę z dzieckiem przyjęła, zaopiekowała się babcia. Udało się jeszcze przed śmiercią zapisać wszystko na nowy adres. Cieszyła się, iż mieszkanie nie zginie i rodzinne krwi pozostaną w rękach.

Maja, choć nie wierzyła w Boga, regularnie zamawiała msze w intencji pochówku chrześcijańskiej babci. Wiedziała, iż to jest dla niej ważne i wspominała staruszkę z wdzięcznością. Nie wyrzuciła jej zdjęć, trzymała albumy w swoim pokoju. Porträt z dziadkiemfrontowcem w nowej ramie powiesiła w kuchni nad stołem. Babcia w młodości przypominała trochę Lubię Orłowską.

Maja była zupełnie inna, a Michał odrósł pięknie. Jesienią syn zapytał, czy nie może chwilowo zamieszkać z mamą? Czy ma iść do dziekanatu, by dostać pokój w akademiku dla rodzin? Gotował barszcz i obiecywał nie robić psikusa, jeżeli matka odmówi.

Zaskoczona sama sobą, Małgorzata wydała werdykt:

Przewieź swoją Jagodę. Pokoje wymienimy. Duży pokój dla was trojga oddam.

Syn podskoczył, pocałował ją, szepnął gorąco:

Mamusiu, jesteś najlepsza na świecie! Nie martw się. Będę pracował dorywczo. Nie obciążymy cię!

Rozgrzany, wierzył w swoje słowa, nie mając pojęcia, jak trudne może być życie dwójki studentów z dzieckiem. Maja nie odsłaniała euforii synkowi, bo wiedziała, iż życie poradzi sobie lepiej.

Jednak początki wspólnego życia młodej rodziny pod dachem teściowej nie szły po myśli właścicielki mieszkania. Małgorzata pracowała w Bibliotece Centralnej, kierowała wydziałem, dostawała skromne wynagrodzenie, ale uważała, iż wystarczy, choć z ograniczeniami.

Nadeszły lata dziewięćdziesiąte, które najpierw obiecywały wolność i szczęśliwe zmiany, a okazały się koszmarem. Przyjaciółki Małgorzaty waliły się jedna po drugiej, trzymały się, ale sapały i kłóciły. Ich mężowie albo pili, albo wyjeżdzali za granicę na robotę i znikali.

Nocą strzelano przy wejściu, na asfaltach lewała krew. Płace w fabrykach przestały przychodzić. W bibliotece wypłata wyglądała jak grosik wobec wzrastających cen. Michał marszczył brwi i starał się uczyć, nie patrząc na nic. W weekendy wyjeżdżał z kumplami za miasto, pomagał starszym przy ogródkach.

Jagoda, choć okrągła, wciąż się uśmiechała i żartowała, wspinając się na czwarty piętro kruchego blokowiska bez windy, z brzuchem rosnącym jak balon. Po trudnych porodach, pierwszego ranka, pokazała synowi w oknie spóźnionego chłopczyka.

Synu, jak nazwiemy tego małego?

W jej głowie zaiskrzyła się lampka pomysłu. Światło odbijało się w oczach, w uśmiechu czytało się entuzjazm.

Wkrótce synowa zaprzyjaźniła się z weteranami emerytowanymi na pierwszym piętrze panem Iwanem Nikodemem i panią Zofią. Nikt nie kontaktował się z nimi, oprócz przywitań. Jagoda jednak znalazła wspólny język, pomogła im w ogródku, bo pod oknem jej nowego mieszkania wykopała ziemię i zasadziła ziemniaki i marchew. Następna wiosna tak postąpiło prawie całe osiedle.

Tam, gdzie Małgorzata się gubiła, cierpiała, zmagała się, jej synowa drapała się po karku i myślała, jak się wydostać. Od razu działała. Nie potrafiła przyznać, iż wszystko przepadło, i nie było czasu w filozofowanie. Dziecko plus studia zaocznie? Jagoda przeszła na taki tryb. Wspaniale!

Jej ulubione słowa brzmiały:

Wspaniale! Rewelacyjnie! Po prostu super!

Ogródek pod oknem? Nie trzeba jeździć daleko. I nikt nie ukradnie kartofla. Super!

Tyle komplikacji wokół? To świetny trening charakteru!

Studia i dziecko? Wspaniale. Nie każdemu szczęśliwie wypadnie, iż ożeniła się i urodziła malucha.

Małgorzata przestała zwracać uwagę na drobne wady jagodowej synowej brak talii, dziwaczne stroje, potknięcia w wymowie. Poprawiała akcenty, nie wywyższając się. Jagoda nie obrażała się, dziękowała i zapamiętywała.

Wesoła, zwinna, energiczna i dziecko rosło tak samo. Po dziewięciu miesiącach wstało, w roku wypowiedziało pierwsze słowa. Małgorzata spacerowała z nim, zajmowała się z przyjemnością. Maluch nie płacze bez potrzeby, nie wyje w kółko, a kiedy krzyczy, szuka przyczyny. Takie słońce, jak matka, taki przystojniak, jak ojciec.

W czasie sesji Jagody Dymek przeskakiwał między najlepszą przyjaciółką Leną, weteranami Smirnowami i samą Małgorzatą. Jadł dobrze, dużo spał i zachowywał się jak wzorcowy niemowlak z podręczników pediatrycznych.

Po kilku latach, gdy Dymek stał się uciążliwym, chorym i mieszał dzień z nocą, Małgorzata była przekonana, iż spokojne i zadowolone dzieci są wymysłem lekarzy. Nie. Witamy w rzeczywistości.

Przed nowym rokiem Małgorzacie zrobiło się niezręcznie, iż wciąż nie poznała rodziców Jagody. Młode małżeństwo, które po półtora roku jedynie się pobrało, pojechało w goście, ale nikogo nie zaprosiło. Postanowiła naprawić sytuację, wzięła rocznego wnuka i wsiadła na autobus regionalny, obiecując synowi powrócić na weekendy, dać im chwilę dla dwojga.

Jagoda i jej rodzinka zadzwoniły, wysłały telegramy, jak przystało. Na dworcu małego miasteczka, przypominającego wieś, teściowa Jagody spotkała się z tłumem ludzi. Dziesięciu ludzi machało rękami. Na drzwiach wieszano plakat: Witaj! nie wzięli ze sobą.

Pokój dla gościa udekorowano bez żartów. Na drzwi przywali wielkimi literami: Dzieci Iwana i Zofii, bracia i siostry Jagody, przybyli w gościnę. Gdy Jagoda spojrzała na Małgorzatę, ta zamierzała pół dnia.

Wujek Dymek został wyciągnięty z rąk przy dworcu. Nie chcieli już oddawać go dalej, bo był niczym przejściowy znak. Małgorzata w łzach odkryła na stoliku przy łóżku piękny, świąteczny kieliszek z herbatą i słodki bułeczek z notatką, najprawdopodobniej trzema różnymi pismami i kolorami. List od wujka Fiodora brzmiał mniej więcej tak:

Małgorzatko, przytulamy! Słodkich snów w nowym miejscu! Niech ci się przyśni, iż twój kawaler!

Rodzina wiedziała, iż ich kumania jest rozwiedziona. Ktoś z małego podśpiewał, bo nie miał złośliwości, a serce czyste.

Rano, przechodząc obok Jagodowej teściowej, kilku podolskich chłopców pytało: Jak ci się śnił kawaler w noc? Babcia Jagody, energiczna, odganiała ich chusteczką.

Co się dziwisz? Figura jak u dziewczynki! Usta w kokardkę. Czysta panna! Dzieci postanowiły cię wydać za mąż. Idźcie!

Najmłodszy wnuk został wysłany na studia. Babcia usiadła przy gościach, podając śniadanie, które Bóg zesłał.

Gdzie jest Dymek? spytała Małgorzata, spóźniona.

Babcia Natasza podeszła, drapiąc się po karku.

U starszych moich.
Iwana i Zofii?

Nie. Waniak najmłodszy, u Natalki z Siergiem. Może tak. Co z tobą?

Maja chwyciła się za głowę. Okazało się, iż wnuk nocował w innym domu, nie wiadomo gdzie. A ona pozwoliła? Czy to szaleństwo? Co się dzieje?

Babcia Natasza objęła ją ramieniem, pocałowała w policzek, pocieszyła:

Nie martw się, skarbie. Wróci twój skarb, nie płacz. On nasz chłopak, niech odpocznie. Zjadł i spał całą noc. Zrobiliśmy saneczki.

Saneczki?

Oczywiście. A sankami jeżdżą moi wnukowie i prawnuki.

Maja z łzami w oczach zerwała się w pośpiechu, by odnaleźć dziecko. Po pięciu minutach wpadła na Natalkę, a ta wyjaśniła, iż Dymek został zabrany do wsi. Maja usiadła na stołku i płakała. Nie bała się tak bardzo, a raczej wstydziła się, iż jest słabą matką i niewiarygodną babcią. Po chwili podano herbatę z miętą, łyżkę miodu i trochę domowego wódki, i pocieszyły ją. Zina niedługo odesłała gościa z babcią, obiecując wieczorną kąpiel w saunie. Następnego ranka Anastasja Andrzejewna, ta sama babcia, wokół której kręciło się życie rodziny, nalegała, by Małgorzata poszła na mszę.

Wakacje przedłużyły się z dwóch dni do tygodnia. Maja nie puszczała już Dymka z oczu. Dlatego zarówno on, jak i Jagoda byli zabierani w gościnę. Krewni chcieli się poznać i nie odmawiali sobie przyjemności.

Powrót autobusem wesołego, rumianego wnuka, z odzyskanym brzuchem i nieco nabranym wymiarze w niektórych miejscach, Maja nie załadowała ich dziesięciorzem, a pięciorgiem. Pod siedzeniami schowano cztery wielkie torby z grzybami, konfiturami, marynatami i manualnie dzierganymi skarpetkami, swetrami dla chłopca, Jagody i jej męża Michała. Poprosili, by nie wstydzić się i przyjeżdżać częściej, bo moda się zmieniła. Nie tylko wesela, ale i wizyty stały się obowiązkiem.

Lata dziewięćdziesiąte, choć pełne kolców, przestały być korytarzem strachu. Stały się normalną, choć surową szkołą, w której oprócz pięść i kopa zawsze znajdowało się miejsce na szczęście, nagłe gości, ciepłe skarpetki i listy od babci Nataszy.

W wirze tego wszystkiego Maja zrozumiała, iż częściej się uśmiecha, rzadziej marszczy brwi i ogólnie jest zadowolona.

Na kuchni odkryła jednego z siostrzeńców Jagody, który przyjechał na medycynę i poprosił młodą babcię Dima, by zamieszkał u niej. Maja otworzyła drzwi. Chłopak stanął, oddał szacunek, a MajaMaja uśmiechnęła się i przyjęła go pod swój dach, wiedząc, iż rodzina zawsze znajdzie miejsce dla kolejnego gościa.

Idź do oryginalnego materiału