Wszyscy mieliśmy nadzieję, iż czasy szalejącej drożyzny mamy już za sobą. Że inflacja, która trawiła nasze oszczędności przez ostatnie lata, w końcu odpuściła, a ceny na półkach sklepowych ustabilizowały się na akceptowalnym poziomie. Niestety, ekonomia nie lubi próżni, a budżet państwa nie jest z gumy. Rok 2026 wita konsumentów serią zmian, które w sposób cichy, ale niezwykle bolesny, uderzą w nasze portfele przy kasie. jeżeli myślisz, iż „paragony grozy” to domena smażalni ryb nad Bałtykiem w szczycie sezonu, wizyta w osiedlowym dyskoncie po Nowym Roku może być dla Ciebie zimnym prysznicem. Wraca stara stawka podatkowa, a wraz z nią – nowa fala podwyżek, która dotknie tego, co kupujemy najczęściej: chleba, nabiału i mięsa.

Fot. Warszawa w Pigułce
Powrót do „podatkowej normalności”, która boli
Przez długi czas polscy konsumenci byli chronieni specjalnymi tarczami antyinflacyjnymi. Zerowa stawka VAT na żywność była swoistym „podatkowym środkiem przeciwbólowym”, który maskował rzeczywisty wzrost kosztów produkcji. Jednak każdy lek przeciwbólowy kiedyś przestaje działać, albo trzeba go odstawić ze względu na skutki uboczne dla organizmu – w tym przypadku dla finansów publicznych.
Na przełomie 2025 i 2026 roku klamka zapadła. Ochronne parasole zostały zwinięte. Przywrócenie standardowych stawek VAT na podstawowe produkty żywnościowe (lub podwyższenie tych obniżonych) to impuls, który błyskawicznie przekłada się na ceny detaliczne. Mechanizm jest bezlitosny: jeżeli sklep musi odprowadzić do urzędu skarbowego 5% lub więcej podatku od każdej bułki, nie weźmie tego na siebie. Przerzuci ten koszt w całości na klienta końcowego, czyli na Ciebie.
Eksperci ostrzegają przed tzw. efektem psychologicznym. Sklepy, wykorzystując zamieszanie związane ze zmianą stawek VAT, często „zaokrąglają” ceny w górę znacznie bardziej, niż wynikałoby to z samej matematyki podatkowej. jeżeli masło powinno zdrożeć o 30 groszy, często drożeje o złotówkę, bo „i tak jest drogo, klient się przyzwyczaił”. To zjawisko, znane jako inflacja zysków (greedflation), w 2026 roku ma się doskonale.
Chleb za 10 złotych? To już nie jest science-fiction
Symbolem drożyzny w Polsce zawsze była cena chleba. W 2026 roku piekarze stają przed wyzwaniem nie do pozazdroszczenia. Na cenę bochenka wpływa nie tylko mąka (której ceny zależą od rynków światowych i pogody), ale przede wszystkim dwa czynniki, które w tym roku wystrzeliły w górę: energia i koszty pracy.
Piekarnia to zakład energochłonny. Piece muszą pracować na okrągło. Uwolnienie cen energii i gazu dla małych i średnich przedsiębiorstw sprawia, iż rachunki piekarni wzrosły drastycznie. Do tego dochodzi wspomniana w innych artykułach rekordowa podwyżka płacy minimalnej. Piekarz, kierowca dostarczający pieczywo, ekspedientka w sklepie – wszyscy zarabiają więcej. Te koszty muszą znaleźć odzwierciedlenie w cenie końcowej.
Dlatego widok zwykłego chleba baltonowskiego w cenie zbliżonej do 8-9 złotych, a lepszego gatunkowo chleba żytniego przekraczającego barierę 12-14 złotych, staje się nową normalnością. Kanapka do szkoły dla dziecka staje się towarem luksusowym.
Mięso i nabiał – luksus na talerzu
Podobny scenariusz dotyczy sektora mięsnego i mleczarskiego. Tutaj dodatkowym czynnikiem są unijne regulacje środowiskowe (Zielony Ład), które nakładają na hodowców coraz bardziej rygorystyczne normy dobrostanu zwierząt i emisji gazów. To oczywiście słuszne etycznie, ale kosztowne ekonomicznie.
W 2026 roku obserwujemy wyraźny wzrost cen wędlin, drobiu i serów. „Paragon grozy” w sklepie mięsnym to już standard. Kilogram dobrej szynki czy sera żółtego w cenie 50-60 złotych nikogo nie dziwi, choć jeszcze niedawno było to 30 zł. Producenci otwarcie mówią, iż tanio już było. Koszty pasz, transportu (w tym nowe opłaty drogowe) i utylizacji odpadów sprawiają, iż schabowy w niedzielę staje się daniem odświętnym w pełnym tego słowa znaczeniu.
Shrinkflacja – cichy złodziej w Twoim koszyku
Gdy producenci boją się podnosić ceny wprost, by nie wystraszyć klienta (przekroczenie „magicznej bariery” np. 10 zł), stosują trik, który w 2026 roku stał się plagą. Mowa o downsizingu, czyli shrinkflacji (od ang. shrink – kurczyć się).
Bierzesz do ręki to samo opakowanie jogurtu, co zawsze. Cena jest ta sama – 3,99 zł. Myślisz: „Uff, nie zdrożało”. W domu okazuje się, iż kubeczek jest dziwnie lekki. Sprawdzasz gramaturę: kiedyś było 400g, rok temu 370g, a teraz… 330g. Cena za kilogram produktu wzrosła drastycznie, ale Ty tego nie zauważyłeś przy półce.
To samo dzieje się z makaronami (paczki 400g zamiast 500g), czekoladami (80g zamiast 100g), a choćby papierem toaletowym (rolki są luźniej nawinięte, listki są krótsze). To ukryta inflacja, która drenuje portfele w sposób podstępny. W 2026 roku UOKiK zapowiedział walkę z tym zjawiskiem, wymagając wyraźniejszego oznaczania gramatury i ceny jednostkowej, ale klienci wciąż dają się nabrać na „stare opakowania”.
Podatek od plastiku i kaucje – chaos przy kasie
Rok 2026 to także czas wdrażania i uszczelniania systemu kaucyjnego oraz opłat od tworzyw sztucznych (tzw. plastic tax). Kupując napój w butelce, mleko czy sok, do ceny przy kasie doliczana jest kaucja lub opłata recyklingowa.
Teoretycznie kaucję można odzyskać, oddając butelkę do automatu. W praktyce – system wciąż kuleje, automaty są przepełnione lub nie działają, a wielu klientów po prostu wyrzuca butelki do kosza, tracąc pieniądze. Z kolei opłata od jednorazowych opakowań (np. kubki na kawę, pudełka na wynos) sprawia, iż szybki lunch na mieście czy kawa w drodze do pracy drożeją o kolejne kilkadziesiąt groszy. Sumarycznie, w skali miesiąca, te „drobne” opłaty ekologiczne wyciągają z naszych kieszeni setki złotych.
Chemia i kosmetyki – tutaj podwyżki są dwucyfrowe
O ile na jedzeniu staramy się oszczędzać, o tyle z proszku do prania czy szamponu zrezygnować trudniej. Ceny chemii gospodarczej w 2026 roku poszybowały w górę w tempie dwucyfrowym. Wynika to z kosztów surowców chemicznych (zależnych od cen ropy i gazu) oraz kosztów transportu.
Wielkie koncerny kosmetyczne również stosują shrinkflację, ale też wprowadzają „nowe, ulepszone formuły”, które są pretekstem do podniesienia ceny o 20%. Proszek, który kiedyś wystarczał na 50 prań, teraz wystarcza na 40, a kosztuje więcej. Paragon z drogerii, który kiedyś zamykał się w 100 zł, teraz często opiewa na 200 zł za te same produkty.
Gastronomia w odwrocie – obiad na mieście to luksus
Efekt domina widać też w usługach. Restauratorzy, kupując droższy prąd, gaz i produkty spożywcze, a do tego płacąc wyższe pensje pracownikom, nie mają wyjścia. Muszą podnosić ceny w menu. Słynne „paragony grozy” przestały być domeną turystyki.
Zwykła pizza w osiedlowej pizzerii kosztuje w 2026 roku 50-60 złotych. Burger z frytkami? 70 złotych. Kawa i ciastko? 40 złotych. Wyjście czteroosobowej rodziny na niedzielny obiad to wydatek rzędu 300-400 złotych. Dla wielu Polaków oznacza to konieczność rezygnacji z tej formy spędzania czasu. Restauracje świecą pustkami w tygodniu, a branża gastronomiczna znów walczy o przetrwanie, co paradoksalnie może prowadzić do dalszych podwyżek, by pokryć koszty stałe przy mniejszym obrocie.
Warzywa i owoce – pogoda dyktuje ceny
Na to wszystko nakłada się czynnik nieprzewidywalny – klimat. Ekstremalne zjawiska pogodowe w Europie (susze w Hiszpanii, powodzie w Europie Środkowej) sprawiają, iż podaż warzyw i owoców jest niestabilna. Zimą 2026 roku ceny pomidorów, papryki czy ogórków osiągają absurdalne poziomy.
Importowana żywność drożeje przez słabnącą walutę i koszty transportu. Z kolei polskie uprawy szklarniowe są drogie przez ceny ogrzewania. W efekcie „zdrowe odżywianie” staje się wyzwaniem ekonomicznym, a konsumenci częściej sięgają po tańszą, przetworzoną żywność gorszej jakości, co ma długofalowe skutki zdrowotne.
Co to oznacza dla Ciebie?
Nowa rzeczywistość cenowa w 2026 roku wymaga zmiany nawyków i większej dyscypliny finansowej. Nie daj się zaskoczyć przy kasie. Oto jak możesz bronić swojego portfela:
- Patrz na cenę za kilogram/litr: To najważniejsza zasada w walce ze shrinkflacją. Nie patrz na cenę opakowania, ale na mały druczek z ceną jednostkową (np. za 1 kg). To jedyny obiektywny wskaźnik, który pozwoli Ci porównać, czy tańszy jest jogurt A czy jogurt B.
- Korzystaj z aplikacji i gazetek: W 2026 roku lojalność wobec jednej sieci handlowej nie popłaca. Promocje typu „2+1” czy „drugi produkt 50% taniej” to często jedyny sposób, by kupić towary w „starych” cenach. Planuj zakupy z aplikacjami agregującymi gazetki.
- Ogranicz marnowanie żywności: Przy takich cenach, wyrzucanie jedzenia to wyrzucanie pieniędzy. Planuj posiłki, rób listy zakupów i nie chodź do sklepu głodny. Kupowanie pod wpływem impulsu w 2026 roku kosztuje fortunę.
- Szukaj zamienników (marek własnych): Produkty marek własnych dyskontów są produkowane często przez tych samych producentów, co znane marki, a kosztują 30% mniej (nie płacisz za marketing i reklamę w TV). W czasach drożyzny to racjonalny wybór.
- Zwracaj butelki: jeżeli płacisz kaucję, odzyskuj ją. Wyrzucanie butelki zwrotnej do kosza to jak wyrzucanie monety złotowej. W skali roku może się z tego uzbierać kilkaset złotych.
- Gotuj w domu: Jedzenie na mieście stało się dobrem luksusowym. Powrót do gotowania w domu, przygotowywania „lunchboxów” do pracy, to najskuteczniejsza metoda na zaoszczędzenie choćby 1000 zł miesięcznie w budżecie domowym.
Paragon grozy w 2026 roku to nie pomyłka kasjera, to nowa ekonomiczna rzeczywistość. Tylko świadome zakupy i matematyka przy półce mogą uchronić Cię przed drenażem portfela.








![[FOTO] Sylwester na Klimczoku. Kiedy świętowanie zamienia się w dewastację](https://img.bielsko.info/2026/01/471713f0_e31f_4056_b60f_841eafeecdd1_a3ed.jpg)





