Ratownik pod Zakopanem, drugi uczestnik dramatu

twojacena.pl 6 dni temu

Nazywam się Wojciech Baran i mam czterdzieści dwa lata. Jestem ratownikiem TOPR-u od siedemnastu lat, ale to, co wydarzyło się w lutym pod Kasprowym Wierchem, będę pamiętał do końca życia — nie dlatego, iż sam przeżyłem lawinę, tylko dlatego, iż przez tydzień musiałem patrzeć w oczy żonie kolegi i nie umiałem powiedzieć jej niczego, co miałoby sens.

Zacznę od tego, czego ludzie nie widzą w relacjach z gazet. Widzą śmigłowiec, widzą psa, widzą wzruszający finał. Nie widzą tego, jak wygląda sztab poszukiwawczy jedenastego dnia, kiedy paliwo w agregatach się kończy, a meteorolog mówi, iż kolejny front idzie od Słowacji i mamy góra dwanaście godzin okna pogodowego. Nie widzą tego, iż ja osobiście podjąłem decyzję o zawężeniu strefy poszukiwań do jednego grzbietu — bo gdybym się pomylił, przeszukiwalibyśmy pustą dolinę, kiedy trzeba było lecieć gdzie indziej.

Ten grzbiet znałem, bo dwa lata wcześniej sam prowadziłem tamtędy grupę do schroniska na Hali Gąsienicowej. Prowadził ją wtedy Marek Sowiński — najstarszy z naszej trójki, ten, który jedenaście dni później zniknął razem z dwoma kolegami, eskortując ekipę serwisującą stację meteo. Marek miał psa. Nazywał się Grom, malamut alaskański, dwanaście i pół roku, sierść już mocno przyprószona siwizną wokół pyska. Wszyscy w bazie wiedzieli, iż ten pies nie jest maskotką. Grom przeszedł z Markiem więcej wypraw niż niejeden młody ratownik ze stażu.

Kiedy śmigłowiec zawrócił nad tą białą plamą, siedziałem po lewej stronie, przy otwartych drzwiach, z liną w rękach. Zobaczyłem pomarańczowy pasek uprzęży, zanim jeszcze zobaczyłem sam sanki ratunkowe. Krzyknąłem pilotowi, żeby zszedł niżej, choć wiatr był na granicy bezpiecznego lądowania. Nikt mnie nie musiał przekonywać drugi raz.

Zeskoczyłem pierwszy. Śnieg sięgał mi powyżej kolan. I wtedy usłyszałem to stukanie — nie szczekanie, nie skomlenie, tylko powolne uderzanie ogona o plastikową obudowę sanek. Klęknąłem i odgarnąłem folię termiczną. Grom podniósł łeb, jakby czekał dokładnie na mnie, jakby wiedział, iż przyjdę.

To, co zobaczyłem dalej, zmieniło całe moje rozumienie tamtych jedenastu dni. Uprząż wspinaczkowa była zapięta w karabinku sanek węzłem ósemkowym z przewleczeniem — dokładnie takim, jakiego uczymy na kursach lawinowych w Zakopanem. Nie ciasno. Na tyle luźno, żeby pies mógł oddychać i się ułożyć, ale na tyle pewnie, żeby nie wyszedł w zamieć. Obok leżała pusta manierka, zużyte race sygnalizacyjne, opakowanie po suchym prowiancie — nietknięte, odłożone na bok. Koc ratunkowy owinięty starannie, nie byle jak wciśnięty.

Znałem ten węzeł. Uczyłem się go od Marka.

Zabraliśmy Grom do kliniki weterynaryjnej w Nowym Targu. Łapy miał odmrożone, pod oczami zaschnięty lód, oddech płytki. Lekarka mówiła, iż gdyby leżał tam jeszcze jedną noc, prawdopodobnie by nie przeżył. Ale przeżył. I przez trzy tygodnie rekonwalescencji za każdym razem, kiedy ktoś wchodził do pomieszczenia, unosił głowę w stronę drzwi — jakby liczył, iż to Marek, iż to Tomek, iż to Piotrek, ci trzej razem, tak jak zawsze wracali z gór.

Nie wrócili. Ciała Marka i Piotrka znaleźliśmy dopiero po odwilży, w kwietniu, dwieście metrów niżej. Tomka do dziś szukamy formalnie, choć wszyscy wiemy, jak to się kończy po tylu miesiącach.

Rekonstrukcja, którą złożyliśmy w raporcie TOPR-u, wygląda tak: po pierwszej lawinie, która zniszczyła skutery śnieżne, trójka schroniła się w sankach ratunkowych. Przez prawie dwie doby odpalali race, dzielili się racjami, czekali. Kiedy śnieg znowu zaczął się przemieszczać i zrozumieli, iż druga lawina jest kwestią minut, ktoś — jestem przekonany, iż to był Marek, bo to jego węzeł, jego styl wiązania od siedemnastu lat pracy razem — uklęknął przy Gromie, zapiął uprząż, otulił go kocem i zamknął sanki. Potem wyszli w zamieć, żeby spróbować dotrzeć do schroniska pieszo.

Nie zostawili psa, bo im nie zależało. Zostawili go, bo sanki dawały mu jedyną szansę przetrwania do chwili, gdy ktoś je znajdzie.

Kiedy żona Marka, Agnieszka, przyjechała do bazy TOPR-u trzy tygodnie później, akurat ja miałem dyżur i to ja otworzyłem jej drzwi do pomieszczenia, gdzie trzymaliśmy Groma na obserwacji. Pies wyczuł ją, zanim jeszcze przeszła próg. Podźwignął się na tych swoich osłabionych łapach, cały się trząsł, ale doszedł do niej i oparł łeb o jej kolana. Ona nic nie mówiła. Ja też nie. Stałem przy drzwiach i patrzyłem, jak dotyka pomarańczowej taśmy uprzęży, palcem prześlizguje się po węźle.

— Znam ten węzeł — powiedziała cicho. — Marek wiązał go codziennie, odkąd go pamiętam.

Nie musiałem jej nic potwierdzać. Sama wiedziała.

Minęło od tamtej pory osiem miesięcy. Grom mieszka teraz z Agnieszką w jej domu pod Poroninem, dwa kilometry od bazy, w której pracowałem z jej mężem przez tyle lat. Ja odwiedzam ich raz na jakiś czas, bo tak wypada, bo to jedyna rzecz, jaką jeszcze mogę dla nich zrobić. Nad kominkiem wisi ta sama uprząż, węzeł nierozwiązany, dokładnie taki, jaki znaleźliśmy w sankach.

Zapytałem ją kiedyś, czy nie chce go w końcu rozpleść, może przerobić na zwykłą smycz. Pokręciła głową.

— Ten węzeł nie trzymał uprzęży — odpowiedziała. — Trzymał obietnicę.

Kilka tygodni temu Agnieszka zadzwoniła do mnie z prośbą, o której długo myślałem, zanim się zgodziłem. Chciała, żebym pomógł jej formalnie przepisać rodzinny grunt pod Kasprowym — dwa i pół hektara łąki i lasu, które od pokoleń należały do rodziny Marka — na fundację, którą postanowiła założyć dla psów służbowych po zakończeniu kariery ratowniczej. Wcześniej ta ziemia miała trafić do brata Marka, zgodnie z ustnym uzgodnieniem sprzed lat, jeszcze nim doszło do tragedii. Brat już zaczął mówić znajomym, iż działka jest „praktycznie jego".

Pojechaliśmy razem do notariusza w Zakopanem w środę. Agnieszka miała ze sobą teczkę z aktem własności, testamentem Marka i dokumentami rejestracyjnymi nowo powstałej fundacji. Podpisała akt darowizny gruntu na rzecz fundacji — bez odszkodowania, bez podziału, cała działka, czterysta tysięcy złotych wartości szacunkowej. Brat Marka dowiedział się o tym dopiero, kiedy dostał pocztą kopię wypisu z księgi wieczystej z nowym wpisem właściciela.

Zadzwonił do niej tego samego wieczoru. Nie odebrała. Odsłuchała wiadomość głosową dopiero następnego dnia, przy mnie, bo akurat byłem u niej, żeby pomóc rozstawić w ogrodzie pierwszą budę dla psów, które fundacja ma przyjąć wiosną. Głos w telefonie był zły, pytał, jakim prawem, przecież tak było umówione. Agnieszka wysłuchała do końca, odłożyła telefon na stół obok pustej filiżanki po herbacie i powiedziała tylko jedno zdanie, do mnie, nie do niego:

— Marek zostawiał obietnice tylko tym, którzy przy nim zostawali do końca.

Potem wróciła do wbijania kołków w ziemię, a Grom, leżący w cieniu ganku, uniósł głowę w stronę furtki — z przyzwyczajenia, nie z nadziei — i po chwili znów ją opuścił na łapy.

Idź do oryginalnego materiału