Marek Wiśniewski nigdy nie sądził, iż najgorsza noc jego życia zacznie się od dobrego samopoczucia po robocie na budowie i skończy się z workiem na głowie w bagażniku audi.
Miałem trzydzieści dwa lata i pracowałem jako brygadzista na budowie osiedla przy ulicy Kwiatowej w Nowym Sączu. Tego wieczoru, w piątek, wyszedłem z pubu „Pod Lipą" trochę później niż zwykle — impreza urodzinowa kolegi, dwa piwa więcej, niż powinienem. Szedłem na przystanek, żeby zdążyć na ostatni autobus do Chełmca, kiedy pod bramą zatrzymał się srebrny samochód. Otworzyły się drzwi, wyszli dwaj mężczyźni. Jeden zapytał, czy to ja jestem tym Wiśniewskim, co pracował przy magazynach na Biegonicach.
Powiedziałem, iż tak, i to była ostatnia rzecz, którą pamiętam wyraźnie. Ocknąłem się związany, z workiem foliowym na głowie i z pulsującym bólem w skroni, jakby ktoś walnął mnie kluczem francuskim. Nie wiedziałem, ile czasu minęło. Wywieźli mnie gdzieś w las — chyba w stronę Beskidu, bo droga trzęsła i pachniało żywicą. Zostawili mnie przy dwóch sosnach, z rękami skrępowanymi za plecami tak mocno, iż po godzinie przestałem czuć palce.
Nie krzyczałem. Wiedziałem, iż to nic nie da — ci ludzie zniknęli, zanim jeszcze zdążyłem złapać oddech pod workiem. Leżałem twarzą w wilgotnych liściach i myślałem tylko o jednym: iż nikt mnie tu nie znajdzie przed zimą.
To, czego nie mogłem wtedy pojąć, to dlaczego mnie porwali. Byłem tylko brygadzistą. Nie miałem długów, nie grałem, nie wchodziłem w żadne układy. Ale trzy tygodnie wcześniej podpisałem protokół odbioru robót na magazynie, gdzie coś było nie tak z fundamentami — inspektor kazał mi wpisać, iż wszystko zgodne z projektem, choć widziałem pękniętą płytę. Podpisałem, bo bałem się o pracę. Nie wiedziałem, iż ten podpis zrobi ze mnie świadka, którego trzeba było usunąć, zanim sprawa trafi do prokuratury.
Leżałem tam może dobę, może dłużej — straciłem rachubę czasu. Zapamiętałem tylko chwilę, kiedy poczułem na czole coś chłodnego i mokrego. Ktoś przykładał mi do skroni wilgotną szmatkę. Pomyślałem, iż to gorączka, iż mam omamy. Wybełkotałem coś — chyba wyszło z tego głupie słowo, „bogini" — bo naprawdę wydawało mi się, iż umieram i ktoś przyszedł po mnie z drugiej strony.
To była Halina Kaczmarek. Pięćdziesiąt sześć lat, zielarka z Chełmca, znana w okolicy z tego, iż leczy ziołami i nastawia stawy lepiej niż w przychodni. Zbierała poziomki na zboczu, kiedy natknęła się na mnie między sosnami. Później mówiła, iż najpierw pomyślała, iż jestem trupem — dopiero po chwili zauważyła unoszącą się klatkę piersiową.
Rozwiązała mi ręce. Pamiętam, jak długo to trwało — sznur wrzynał się głęboko, jej palce zacinały się przy węzłach, ale nie przestawała. Kiedy wreszcie uwolniła mi nadgarstki, nie mogłem choćby unieść ramion. Podała mi kij leszczynowy, żebym się podparł, i we dwoje ruszyliśmy do wsi — trzy kilometry przez las, ja co kilka kroków się zatrzymywałem, ona czekała obok, przekładając kij z ręki do ręki, aż byłem gotowy iść dalej.
Do jej domu doszliśmy tylnym podwórkiem, żeby nikt z sąsiadów nie zobaczył. Postawiła mnie na czystej pościeli w małym pokoju za kuchnią, gdzie na oknie stały słoiki z suszonym dziurawcem i miętą, a na piecu grzała się woda z rumiankiem.
To, o czym Halina wtedy nie wiedziała — a ja bałem się jej powiedzieć — to iż ludzie, którzy mnie porwali, wciąż mnie szukali. Bo ciało miało zniknąć, a nie leżeć żywe w chałupie zielarki trzy kilometry od miejsca, gdzie je zostawili.
Trzeciego dnia, kiedy już mogłem chodzić o własnych siłach, usłyszałem przed domem warkot silnika. Halina wyszła na próg z siekierą do drewna w ręku — nie zadzwoniła po nikogo, tylko stanęła tak, żeby zasłonić drzwi, obracając trzonek siekiery w dłoni. Rozpoznałem głos jednego z tych dwóch. Pytał sąsiadów, czy widzieli mężczyznę, który mógł się tu włóczyć — powiedział, iż "zbiegł z ośrodka", iż jest niebezpieczny.
Wysłałem wtedy SMS z jej starej Nokii do mojego brata Piotra, który pracował w policji w Krakowie, nie w Nowym Sączu, żeby uniknąć wycieku informacji przez znajomych. Napisałem tylko: Biegonice, magazyn, podpisany protokół, szukają mnie, jestem u zielarki w Chełmcu. Piotr przyjechał z dwoma funkcjonariuszami z wydziału do walki z przestępczością gospodarczą jeszcze tej samej nocy.
Zatrzymali obu mężczyzn na drodze wyjazdowej ze wsi, w aucie znaleźli worek foliowy i taśmę klejącą tego samego rodzaju, jaką miałem na głowie. Śledztwo wykazało, iż zlecił to inwestor, który chciał zamknąć sprawę pękniętych fundamentów przed odbiorem końcowym budynku — koszt naprawy szacowano na sto dwadzieścia tysięcy złotych, a zabójstwo świadka miało kosztować dziesięć tysięcy w gotówce, jak wyliczył jeden z zatrzymanych podczas przesłuchania.
Halina nigdy nie zażądała odszkodowania, nie chciała nawet, żeby ją publicznie wymieniano w aktach jako świadka — powiedziała, iż wystarczy jej, iż dożyję do jesieni. Ja natomiast, kiedy wróciłem do pracy, poszedłem do notariusza i odwołałem podpis pod protokołem odbioru, składając nowe zeznanie z opisem rzeczywistego stanu fundamentów. To dokument, który leży teraz w prokuraturze w Nowym Sączu razem z aktem obwinienia inwestora.
Do Chełmca wracam raz w miesiącu, zawsze z workiem suszonych grzybów z targu i butelką miodu lipowego — Halina nie przyjmuje pieniędzy, ale miodu jeszcze nikomu nie odmówiła. W zeszłym tygodniu, kiedy siedzieliśmy na jej ławce przed domem, zapytała mnie tylko, czy fundamenty w tym nowym bloku na Biegonicach już naprawili. Odpowiedziałem, iż tak, iż wylali nową płytę zgodnie z projektem, i iż tym razem podpisałem protokół, bo sam to sprawdziłem calówką.











