Przywiozła ukochanego do wiejskiego domu, a on postawił jej warunek…

twojacena.pl 1 dzień temu

Przywiozła miłościwa do wsi narzeczonego, a on postawił jej warunek…

Andrzejek dostrzegł nadjeżdżający po wiejskiej, szutrowej drodze autobus i, porzuciwszy piłkę, pognał na przystanek, ile miał sił w nogach. Koszula w kratkę rozpięła się, jasne włosy łopotały na wietrze.

Mama, to mama przyjechała tylko ta myśl krążyła mu po głowie podczas biegu. Ale Hania wysiadła z autobusu nie sama obok niej szedł tęgi mężczyzna w jasnoszarym garniturze. Szedł przy matce, machając teczką, i wyglądał jak poważny urzędnik. Andrzejek podbiegł do mamy, łapiąc ją za rękę i z euforią spoglądając jej w oczy.

– Cześć, synku nachylając się i całując syna w czoło, powiedziała trzydziestoletnia kobieta.
– Siema, młody! zagromił mężczyzna i od razu poczochrał blond czuprynę Andrzejka. Ręka nieznajomego była ciężka, aż chłopak zatoczył się od tego serdecznego powitania.

– Chodźcie do stołu zaprosiła uprzejmie pani Helena, mama Hani.
– Dziękuję, dziękuję, mamo odrzekł z powagą pan Zenon, zerkając na obficie zastawiony stół.
– Tak to jest na wsi! wskazał na potrawy. W mieście wszystko na kartki, przemiany, rozumiesz, a tu ludzie gospodarują swoje mięso jedzą.
– I mleko, i śmietana swoja z dumą dodała pani Helena i warzywa z ogródka też.
– Póki siły są, trzymamy swoje wtrącił pan Jan, ojciec Hani, małomówny, szczupły kombajnista, całe życie pracujący w PGR-ze.
– No, ale my w mieście też sobie radzimy kartki kartkami, ale czasem u szwagierki na bazie coś się załatwi, po znajomości się dostanie pochwalił się pan Zenon, gładząc przerzedzone włosy. Hanię zaopatruję w delicje.

Andrzejek z uwagą obserwował nowego znajomego, zastanawiając się, jaką znaleźć wymówkę, żeby podejść. W mieście, gdzie mieszkał z mamą, chodził do szkoły i grał z chłopakami na podwórku, często przyglądał się ojcom rówieśników, wyobrażając sobie, jakim mógłby być jego tata.

Wyobrażał sobie spacery z ojcem do zoo albo mecz na boisku. Nieraz myślał, iż jego tata mógłby być podobny do ojca Maćka Rybickiego, lub Jacka Dąbrowskiego, a może zupełnie inny.

A teraz, kiedy przy matce usiadł ten pan z brzuszkiem, Andrzejek pomyślał, iż skoro przyjechał z nią na wieś, to pewno zostanie jego tatą.

Andrzejek chwycił drewniany samolocik, który dziadek Jan zrobił własnoręcznie, pieczołowicie szlifując skrzydła, by wyglądały jak u prawdziwego, podszedł do najedzonego Zenona i nieśmiało powiedział:
Proszę, proszę zobaczyć jaki samolot! i podał zabawkę gościowi.
Ooo! Zenon złapał samolocik i z impetem uderzył palcem w śmigło, które dziadek Jan tak przygotował, żeby się kręciło. Śmigło jednak odpadło i potoczyło się po podłodze.
Słaba ta zabawka mruknął, oddając samolot Andrzejkowi.

Chłopak podniósł śmigło, rzucił spojrzenie w stronę dziadka.
Naprawimy, damy radę rzekł dziadek Jan.
A Zenon jest u nas kierownikiem wtrąciła Hania, chcąc zmienić temat szefem mechaników w fabryce.

Zenon jeszcze bardziej nadął policzki i dumnie spojrzał na Hanię:
Zgadza się, tak jest.

Trzydziestoletnia Hania, która pracowała jako szwaczka w fabryce, pierwszy raz w życiu postanowiła wyjść za mąż, ciesząc się, iż narzeczony ustawiony, starszy, a więc i mądrzejszy. Przesuwała półmiski bliżej Zenona, częstując go smażoną rybą i naleśnikami ze śmietaną.

Wychodząc na ganek, Zenon szeroko rozpostarł ręce:
No powiedzcie, czy to nie jest piękne?! A powietrze, jakie czyste!

Zenku, podoba ci się tu?
A jak!
No to sobie jeszcze poodpoczywamy, powdychamy wiejskiego powietrza, a jutro wracamy do miasta, po drodze zabierzemy Andrzejka, bo trzeba mu kupić mundurek do szkoły.

Posłuchaj, Haniu, a po co chłopaka ciągnąć do miasta? Nie ma tu szkoły?
Jest tylko podstawówka

No i dobrze, niech się jeszcze jeden rok pouczy na wsi, a potem go zabierzemy. My w tym czasie remont skończymy, nowe meble kupimy, bo u ciebie wszystko stare.
Pani Helena spojrzała z niepokojem na męża. Pan Jan, jak to określał Andrzejek, poruszał wąsami był wyraźnie niezadowolony, obmyślając propozycję przyszłego zięcia.

Ależ Zenek, to trzeba się z nauczycielką dogadać, rzeczy przekazać do wsi
A co, to wielki problem zebrać kilka ciuchów dla chłopca? Zobacz tylko, ile tu zdrowia: powietrze, mleko, warzywa, owoce będzie jak na drożdżach rósł! A wasza opieka lepsza niż nasza, bo w mieście przecież oboje w pracy. Przez rok da radę w wiejskiej szkole. A my sobie w tym czasie ślub weźmiemy, mieszkanie urządzimy. Co ty na to, Haniu? Pasuje?

Co to za propozycja? burknął Jan, poruszając jeszcze mocniej wąsami. To warunek, a nie propozycja.

Następnego dnia, kiedy Hania tłumaczyła synowi, dlaczego nie zabiera go do domu, Andrzejek kiwał głową, niby się godząc, ale milczał uparcie. A kiedy Zenon z Hanią poszli na autobus, nikt nie mógł znaleźć Andrzejka. Babcia Helena zaglądała na strych, do warsztatu dziadka nigdzie go nie było.

Gdzie on się podział, przecież był tu jeszcze przed chwilą. A rowerek stoi na podwórku.

Znajdzie się, może z kolegami polazł machnął ręką Zenon.

Hania jeszcze raz z niepokojem spojrzała na podwórko i wyszła za bramę. Andrzejek, który cały czas krył się w węglarni, zerkał przez dziurkę od klucza. Bardzo chciał wybiec, rzucić się matce na szyję, ale powstrzymał się, czując, iż odkąd pojawił się ten łysawy pan, nagle stał się niepotrzebny.

Trzymał w rękach popsuty samolocik, a po policzkach spływały łzy. Andrzejek nie należał do płaczliwych; nie płakał choćby wtedy, gdy dziadek dał mu gałązką po rękach za próbę pływania łódką po rozlewisku. Wiedział, iż dziadek karze sprawiedliwie. Teraz jednak nikt go choćby nie dotknął, a łzy leciały same, więc pocierał je z całych sił pięściami, chcąc jak najszybciej pozbyć się tej wilgoci.

Znalazł się! wykrzyknęła babcia, gdy Hania z Zenonem zdążyli już odjechać. Nie martw się, wnuczku, mama przyjedzie za miesiąc, jak obiecała, a my z dziadkiem już ci kupimy w mieście mundurek do szkoły dobrze przecież u nas się czujesz.

Andrzejek spuścił głowę, jasne włosy opadły mu na czoło. Przypomniał sobie kolegów z klasy, podwórkowych przyjaciół i ogarnęła go ogromna tęsknota za miastem. Tu też miał kolegów, kochał dziadków, ale przecież co roku powracał do miasta, gdzie także czuł się dobrze.

Tydzień minął szybko. Bawiąc się z chłopakami na wsi, Andrzejek zapominał o tym, iż mama zostawiła go u dziadków i coraz mniej o tym myślał.

Pani Helena aż upuściła wiadro, gdy zobaczyła Hanię wchodzącą za bramką.
Córciu, nie spodziewałyśmy się ciebie.
Hania usiadła ciężko na ławce:
Miało być za miesiąc, a wróciłam po dwóch tygodniach. Przyjechałam po Andrzejka.
A to jak to? Przecież umawialiście się zostawić go tutaj. Zenon zmienił zdanie?

To ja, mamo, zmieniłam zdanie nie będę się syna wyrzekać. A Zenon, to już inna sprawa teraz do Zosi z księgowości zaczął chodzić, nosi jej produkty z hurtowni Ona dzieci nie ma. A mi, jak mówił, wyprawka w postaci Andrzejka nie odpowiadała warunek mi postawił, żebym nie zabierała chłopca ze wsi.

Pani Helena patrzyła smutno na córkę. Bardzo chciała szczęścia dla dziecka, ale nie takiego jak z Zenonem.
Może to i lepiej, córko.

Na pewno lepiej, mamo. Wrócę z Andrzejkiem, kupię mu mundurek, tornister, zaprowadzę do drugiej klasy i wszystko będzie po staremu. Ja bez Zenona, Andrzejek bez ojczyma i tak będzie nam lepiej. Co mi po tych smakołykach z hurtowni, mnie rodzina była potrzebna, nie mięso. Żeby Andrzejek miał ojca, a ja męża.

Na podwórku pojawił się Andrzejek i zamarł, widząc mamę. Był tak zaskoczony, iż zapomniał o wcześniejszej przykrości i rzucił się jej na szyję:
Maaamooo!
Synku! Jak ja za tobą tęskniłam! Hania wtuliła się w chłopca, patrząc w jego opaloną buzię. Przyjechałam po ciebie, szkoła już wkrótce.

Andrzejek ze zdziwieniem spojrzał na matkę.
Jak żyliśmy, tak znowu będziemy żyć. Będziesz się uczył, będę sprawdzać lekcje, zapiszę cię do kółka, do sekcji piłki nożnej jak chciałeś.
Andrzejek starał się wepchnąć jak najwięcej do swojego plecaka, żeby torba mamy nie była zbyt ciężka.
Synku, wystarczy, będzie ci za ciężko.
Nie będzie! Jestem silny!

Dziadek i babcia odprowadzili Hanię z Andrzejkiem aż na przystanek.
Autobus zabłyszczał światłami, zjechał na pyliste pobocze i stanął, otwierając szeroko drzwi. Andrzejek usiadł przy oknie i machał dziadkom, póki nie zniknęli za zakrętem.

W dłoni ściskał ten sam, już naprawiony, drewniany samolocik i zerkał na mamę. Andrzejek wracał do domu, a to uczucie było tak silne i czyste, iż czuł w sobie euforia i dumę bo obok siedziała mama, najważniejsza osoba na świecie.

Idź do oryginalnego materiału