Przywiozła Lidia do wsi swojego narzeczonego, a on postawił jej warunek…
Antek wypatrzył nadjeżdżający po wiejskiej żwirowej drodze autobus i rzuciwszy piłkę, popędził co sił do przystanku. Kraciasta koszula rozpięła się na wietrze, jasne włosy stroszyły się od podmuchów.
Mama, mama przyjechała tylko ta myśl pchała Antka do przodu. Ale Lidia wyszła z autobusu nie sama towarzyszył jej postawny mężczyzna w jasnoszarym garniturze. Kroczył obok niej, energicznie wymachując teczką, i sprawiał wrażenie ważnej osoby. Antek dopadł mamy, chwycił ją za rękę, patrząc z euforią w jej oczy.
Cześć, synku pochyliła się nad nim 30-letnia kobieta i ucałowała go w czoło.
Siema, młody! rozgłosem ryknął mężczyzna i od razu przeczesał palcami jasną czuprynę Antka. Ręka nieznajomego była ciężka, chłopiec choćby się zachwiał pod naporem tego serdecznego powitania.
Zapraszam do stołu! z szacunkiem wołała pani Janina, mama Lidii.
Dziękujemy, dziękujemy, mamusiu wyniośle odezwał się Zbigniew Marek, omiatając wzrokiem zastawiony po brzegi stół.
Ot, co znaczy wieś! wskazał stół. W mieście wszystko na kartki, wszędzie zmiany, a tu ludzie gospodarują swoimi warzywami, chlebem i mięsem.
I mleko, i śmietanka od własnej krowy, zanuciła prawie pani Janina, i ogródek mamy obfity.
Dopóki sił starcza, swoje jeszcze trzymamy dodał pan Kazimierz, tata Lidii, szczupły, małomówny mężczyzna, który cale życie harował jako kombajnista w PGR-ze.
Oj, niech wam będzie, u nas w mieście kartki, a ja czasem u siostry w magazynie załatwię trochę lepszych rzeczy po znajomości pochwalił się Zbigniew, przegładzając swoje coraz bardziej łysiejące włosy. To i Lidię czasem delikatesami obdarzę.
Antek przyglądał się obcemu wujkowi, cały czas zastanawiając się, czy podejść a jeżeli tak, to z jakiego powodu. W mieście, gdzie Antek chodził do szkoły i bawił się z kolegami na podwórku, często podpatrywał ojców swoich rówieśników, marząc o tym, jaki jego tata mógłby być. Wyobrażał sobie spacery z ojcem po zoo albo piłkę na boisku. Niekiedy wydawało mu się, iż jego tata mógłby przypominać tatę Kubusia, albo Wojtka a może być zupełnie inny.
A teraz, kiedy obok mamy siedział ten okrągły pan, Antek pomyślał, iż skoro przyjechał z mamą do wsi, to może on będzie jego tatą.
Antek wziął drewniany samolocik, który dziadek Kazik zrobił własnoręcznie, dokładnie piłując i szlifując skrzydełka, by przypominały prawdziwy samolot. Stanął przy czerwonym od jedzenia Zbigniewie i nieśmiało odezwał się:
Zobaczy pan, jaki samolot! i podał mu zabawkę.
Ohoho! Zbigniew chwycił cacko i z całej siły strzelił palcami w śmigło, które dziadek Kazik zamontował na stałe. Śmigło nie zakręciło się, tylko odpadło i potoczyło się na bok.
Delikatna jakaś ta zabawka mruknął Zbigniew i oddał Antkowi samolocik.
Chłopiec podniósł z podłogi odpadłe śmigło, zerknął smutno na dziadka.
Spokojnie, naprawię szepnął dziadek Kazik.
A Zbigniew Marek to u nas kierownik zmieniła temat Lidia, pracuje jako zaopatrzeniowiec na mojej fabryce.
Zbigniew dumnie nadymał policzki, łaskawie patrząc na Lidię:
Tak jest, zgadza się.
Trzydziestoletnia Lidia, krawcowa w fabryce odzieży, pierwszy raz w życiu miała wyjść za mąż i cieszyła się, iż narzeczony pracuje na stanowisku i ma już trochę lat, a więc może i doświadczenia. Przesuwała bliżej niego talerze, proponując i smażoną rybkę, i naleśniki ze śmietaną.
Gdy wyszli na ganek, Zbigniew rozłożył szeroko ramiona i westchnął:
No, czyż to nie cudownie? Jaki tu czysty powietrz!
Zbyszek, podoba ci się?
No jasne! Jeszcze jak.
Pooddychamy, odpoczniemy, a jutro wracamy do miasta, po drodze zabierzemy Antka, trzeba mu jeszcze kupić mundurek mówiła Lidia.
Słuchaj, a po co ty chłopaka do miasta bierzesz? Szkół tu nie macie?
Ale tu tylko podstawówka
No i co z tego, rok się pouczy we wsi, potem weźmiemy go do siebie. My akurat skończymy remont, trochę mebli wprowadzimy, bo u ciebie same starocie.
Pani Janina ze strachem spojrzała na pana Kazimierza, słysząc sugestie Zbigniewa. Pan Kazimierz, jak mówił sam Antek poruszył wąsem, dając wszystkim do zrozumienia swoje niezadowolenie.
Ale jak to tak, Zbyszek, przecież trzeba i szkołę załatwić, i rzeczy do wsi zwieźć
Co to za problem chłopakowi rzeczy spakować? Zobacz tu powietrze, mleko, ogródek, owoce, warzywa, tu nabierze sił. A dziadkowie go przypilnują. My oboje w pracy, a tu się nim zaopiekują, rok można poświęcić na wiejską szkołę. A my, Lidka, w tym czasie się pobierzemy i jakoś się urządzimy. No co, pasuje ci taki układ?
Jaki układ, mruknął pan Kazimierz, poruszając mocniej wąsem. To nie układ, tylko warunek.
Nazajutrz, kiedy Lidia tłumaczyła synkowi, dlaczego nie jedzie do domu, Antek kiwał głową zgadzał się, choć nie powiedział ani słowa. Ale gdy Zbigniew z Lidią poszli na autobus, Antka nie mógł nikt znaleźć. Pani Janina szukała na strychu, w warsztacie dziadka nigdzie go nie było.
Gdzie on się podział? martwiła się babcia. Jeszcze rower stoi na miejscu.
Znajdzie się, pewnie pobiegł gdzieś z kolegami zbył temat Zbigniew.
Lidia jeszcze raz niespokojnie rozejrzała się po podwórku, po czym wyszła za bramę. Antek, ukryty w węglowni, śledził wszystko przez małą szczelinę. Bardzo chciał wyskoczyć, podbiec do mamy i złapać ją za rękę, ale wytrzymał i stał w bezruchu. Czuł gdzieś w środku, iż z nadejściem tego łysiejącego pana stał się nagle niepotrzebny.
Trzymał w ręku popsuty samolocik i łzy płynęły mu po policzkach. Antek nie był płaczliwy. choćby wtedy, gdy dziadek dał mu rózgą za uwolnioną łódkę i niebezpieczną próbę samotnego spływu, nie zapłakał wiedział, iż dziadek niesłusznie go nie skrzywdzi. Teraz jednak, choć nikt go nie skrzywdził, łzy ciekły po policzkach i ścierał je pięściami, chcąc pozbyć się tej mokrości.
Znalazł się! zawołała babcia, kiedy Lidia z Zbigniewem już odjechali. Nie martw się, wnuczku, mama przyjedzie za miesiąc, jak obiecała, a my ci tu w miasteczku kupimy mundurek do szkoły, przecież polubiłeś u nas z dziadkiem.
Antek opuścił głowę, jasne włosy spadły mu na czoło. Przypomniał sobie kolegów z klasy, przyjaciół z podwórka i bardzo zapragnął do nich wrócić. Tu miał oczywiście także przyjaciół, ale dawno zdał sobie sprawę, iż latem mieszka z dziadkami, których kocha nad życie, a jesienią wraca do miasta, gdzie czekała na niego szkoła i zabawa.
Tydzień przeleciał szybko. Antek, bawiąc się z kolegami, zapominał o smutku i coraz rzadziej myślał o tym, iż mama go nie zabrała ze sobą.
Pani Janina prawie upuściła wiadro, kiedy zobaczyła Lidię za furtką.
Córko, nie spodziewaliśmy się cię.
Lidia ciężko usiadła na ławce:
Obiecałam przyjechać za miesiąc, a jestem po dwóch tygodniach. Po Antka wróciłam.
Ale jak to? Przecież ustaliliśmy, iż zostaje. Może Zbigniew zmienił zdanie?
To ja, mamo, zmieniłam. Nie zostawię syna. Zbigniew to łasuch zaczął zalecać się do księgowej, Simony, jej teraz przynosi wiktuały z hurtowni, bo dzieci nie ma. A mi, jak mówił, przypadek w postaci Antka, a warunek syn ma zostać na wsi.
Janina patrzyła ze smutkiem na córkę. Bardzo chciała dla niej szczęścia, ale nie w takim wydaniu, jak Zbigniew.
Może to i lepiej, córciu.
Lepiej, mamo, lepiej. Zabiorę Antka, kupię mu mundurek, tornister nowy, zaprowadzę go do drugiej klasy i dalej będzie jak dawniej. Żyliśmy sobie bez niedostatku i dalej damy radę. Nie potrzebowałam wiktuałów z magazynu, tylko rodziny. Chciałam, żeby Antek miał tatę, a ja męża.
Antek pojawił się w drzwiach, zamarł na widok mamy. Tak się tego nie spodziewał, iż zapomniawszy o wszystkim, rzucił się jej w ramiona:
Maaamooo!
Synku! Jak ja za tobą tęskniłam! Lidia objęła go czule, patrząc na opalone policzki. Przyjechałam po ciebie, bo niedługo rusza szkoła.
Antek patrzył na mamę z niedowierzaniem.
Będziemy żyć jak wcześniej, ja będę sprawdzać twoje lekcje, zapiszę cię do kółka i na sekcję piłkarską tak jak chciałeś.
Antek pakował do swojego plecaka, ile tylko się zmieściło, by mamie nie było tak ciężko nieść torby.
Synku, wystarczy, będzie ci za ciężko.
Nie będzie! Jestem silny!
Dziadek z babcią odprowadzili Lidię i Antka aż na przystanek. Autobus, lśniąc reflektorami, zawrócił na zakurzonej drodze i zatrzymał się z hukiem. Antek zajął miejsce przy oknie i machał dziadkowi i babci tak długo, aż znikli za zakrętem.
Trzymał w ręku ten sam drewniany samolocik, który naprawił dziadek, i zerkał na mamę. Antek wracał do domu do swojego prawdziwego miejsca i czuł to całym chłopięcym sercem. Był szczęśliwy, iż siedzi obok mamy, swojego najbliższego człowieka. Wiedział już, iż żadne warunki nie mogą rozdzielić prawdziwej rodziny, a najważniejsze w życiu są miłość i obecność tych, którym na nas naprawdę zależy.



![Gm. Fajsławice. Remiza pełna życia. Piknik Rodzinny połączył mieszkańców Suchodół [GALERIA ZDJĘĆ]](https://static2.supertydzien.pl/data/articles/xga-4x3-gm-fajslawice-remiza-pelna-zycia-piknik-rodzinny-polaczyl-mieszkancow-suchodol-galeria-zdjec-1779794320.jpg)









