Przyjazd z mężem do rodzinnej wsi – pierwsza wizyta u teściów i niezapomniane przyjęcie przez mamę Vasila: śląskie zwyczaje, zapach świeżego chleba, opowieści przy kuchni kaflowej, rodzinne anegdoty i ciepło prawdziwego polskiego domu

polregion.pl 4 godzin temu

Razem z mężem przyjechaliśmy do wsi, żeby poznać jego rodziców. Mama Janka, wychodząc na ganek, założyła ręce na biodrach i zawołała niczym sarmacka gospodyni przy samowarze:

Ojejku, Janku! Czemuś nie uprzedził Widzę, żeś nie sam!

Janek przytulił mnie do siebie, objął mocno:

Poznaj, mamo, to moja żona, Malwina.

Mama Janka, w fartuchu w drobne wzory, z szerokim uśmiechem ruszyła w moją stronę:

Dzień dobry, synowo!

Po czym, zgodnie z tradycją, trzy razy ucałowała mnie w oba policzki. Od pani Marii unosił się wyrazisty zapach czosnku i świeżego chleba. Uściskała mnie z takim zapałem, iż przez chwilę naprawdę się przestraszyłam. Moja głowa znalazła się między jej solidnymi poduszkami piersiami mamy Janka.

Po chwili odsunęła mnie lekko, przyjrzała się z góry na dół i zapytała krytycznie:

Janku, gdzieś ty taką chudzinę znalazł?

Mój mąż tylko się zaśmiał:

A jak myślisz, mamo? W mieście! W bibliotece A tata jest w domu?

U sąsiadki pomaga z kaflowym. Ale chodźcie do izby, buciki zdejmijcie dopiero co podłogę umyłam.

Z podwórka, z szeroko otwartymi ustami, patrzyły na nas ciekawskie wiejskie dzieciaki.

Szymek, leć do pani Stefani, powiedz panu Zygmuntowi, iż syn z żoną wrócił!

Już pędzę! odpowiedział chłopak i pognał przez wieś.

Weszliśmy do chałupy. Janek zdjął ze mnie modne, choć przecenione, płaszczyko-kurtkę, powiesił na haczyku przy piecu. Potem przyłożył moje zziębnięte ręce do ciepłej ściany kuchennego pieca i uśmiechnął się do mnie:

Moja karmicielka! przez cały czas taka ciepła

Zaraz rozległ się brzęk garnków, dźwięk glinianych dzbanków i stukot łyżek aluminiowych o stół. Podczas gdy teściowa szykowała do stołu, ja przyglądałam się z ciekawością wnętrzu wiejskiego domu. W rogu izby ikonka i krzyż; w oknach białe zazdrostki w kwiaty, na podłodze i taboretach tkane chodniki. Przy piecu, z głową odwróconą w naszą stronę, spał rudy kot.

Braliśmy ślub w zeszłym tygodniu jakby z daleka doleciał do mnie głos Janka.

Byłam zaskoczona, jak gwałtownie na stole pojawiło się mnóstwo jedzenia! W centralnym miejscu pysznił się słoik ze smakowitym galaretem; obok ogórki kiszone, kapusta, pieczone pierogi z jajkiem i szczypiorkiem; a także świeże mleko, jeszcze z brązową skórką.

Apetyt wzmógł mi się momentalnie.

Mamo, już dosyć! Tu na tydzień by starczyło wymamrotał Janek, odgryzając gruby pajd chleba.

Teściowa postawiła przy galarecie zlewający się rosą ćwiartek domowej wiśniówki i zadowolona wytarła ręce w fartuch:

No, teraz wszystko gotowe!

W ten sposób poznałam mamę Janka.

Ona i syn podobni do siebie jak dwie krople wody ciemne włosy, zdrowy rumieniec na twarzy. Taki tylko różnica, iż mój Janek to cichy, ugodowy człowiek, a teściowa to żywioł jak letnia burza: nagła i donośna.

Myślę, iż niejednego upartego konia ujarzmiła i niejedną płonącą chałupę ratowała

Nagle w sieni trzasnęły drzwi.

Do kuchni, wpuszczając za sobą ścianę chłodu, wszedł niezbyt wysoki mężczyzna o ciepło rudych, lekko kręconych włosach i jasnoniebieskich oczach pełnych zawadiackiej figlarności.

A toż to nie do wiary! zakrzyknął z radosnym akcentem.

Nie zdejmując przepalonej i pobrudzonej sadzą kurtki, uścisnął syna.

Witaj, tato!

Ręce umyj, zanim się witasz! upomniała go teściowa.

Tata Janka ujął mnie za dłoń:

Witam serdecznie, młoda pani!

Mario, ja też poproszę kapusty! zażartował pan Zygmunt.

Podnieśliśmy szklanki:

Za zdrowie wasze!

Po jedzeniu i piciu zebrałam w sobie odwagę:

Panie Zygmuncie, czemu wszyscy w rodzinie to Zygmunciowie?

Proste, Malwinko! Mój dziad, ojciec i ja wszyscy byliśmy piekarzami od pokoleń. Tylko Janek kiwnął w stronę syna zdecydował się być tokarzem.

Tokarze też Polsce potrzebni, tato!

Panie Zygmuncie, trudno piec postawić?

Oj, dziewczyno, to prawdziwa sztuka! wyprostował wskazujący palec. Piec musi być piękny, nie kopcić i piec najlepszy chleb. Nie daj się zwieść, iż chudy jestem rudy to wytrzymały! Słońce nas całuje!

Zygmunt to złota rączka! dodała teściowa.

Tato, opowiedz coś, a my posłuchamy.

Pan Zygmunt westchnął, pogładził brodę, spojrzał z humorem:

No to słuchajcie! Opowieść pierwsza

Wybraliśmy się kiedyś w lipcu na sianokosy. Była z nami Krasula nie zwykła krowa, ale prawdziwa mleczna mistrzyni. Wyszliśmy całą ekipą baby, chłopy, Janek i ja z Marią.

Słońce ledwo zza boru wzeszło, a my już kosiliśmy co sił: raz, raz, raz! A gorąc niemiłosierny, gzy tną aż boli!

W tamtym roku dzików w lesie było co nie miara. Obiadnik, siódme poty spływają. Zmęczeni niesłychanie.

Ech, Zygmunt, co za opowieść! wtrąciła Maria. Malwinę to nie zainteresuje.

Oj, przeciwnie! Bardzo ciekawa!

No to, patrzę, jak rozruszać ludzi. Żar leje się z nieba, może żartem rozruszam? Porzuciłem więc kosę i biegnę, krzycząc: Ratuj się, kto może! Dziki! I hop na drzewo! Patrzę wszyscy zrzucili narzędzia i na drzewa włazili

Hahahaha! A co potem?

Mało mnie widłami nie pogonili! Ale za to pracować potem chcieli szybciej.

Maria nie wytrzymała i pacnęła męża:

Żartowniś rudy!

Tato, lepiej powiedz o prawdziwych dzikach.

Mogę i o prawdziwych! Było to tak

Z Marią jeszcze młodzi byliśmy, choćby Janka nie planowaliśmy. Ja wtedy namiętnym myśliwym byłem, ale po tej historii porzuciłem polowania.

Tamtego dnia sypnął śnieg, mówię do Marii: Idę na polowanie.

Idź, tylko uważaj odpowiedziała.

Wziąłem dubeltówkę, przeszedłem cały las, pusto. Już miałem wracać, gdy usłyszałem dziki. Przysunąłem się, wycelowałem, strzeliłem pudło! Sekacz rzucił się prosto na mnie! Uciekłem i wlazłem na drzewo w panice.

Stachurku, pewnie się omal ze strachu nie posikałeś! wtrąciła Maria.

Nie przerywaj! Więc siedzę na tym drzewie, ani żywy, ani martwy. Myślę sobie: przeżyję, jak dziki odejdą. Ale nie sekacz ryje ziemię, aż wreszcie cały tabun zaległ pod drzewem.

Serio? oczy wyszły mi z orbit. I co potem?

Całą noc trwałem w objęciach drzewa. Na szczęście nieźle mróz trzymał, ale dałem radę.

Ja oczy wypłakałam, Janeczka szukając! W końcu zebrałam chłopów i ruszyliśmy w las. Wyćwiczyłam echo, aż wreszcie go znaleźliśmy. Targałam go przez kilometr, aż oprzytomniał.

Tyś nie kobieta, a krew w mleku!

Już dobrze, ty czarodzieju Malwinko, herbatkę? Z macierzanką i z własnym miodem.

Z przyjemnością.

Maria nalała aromatycznej herbaty do kubków.

Janku, opowiedz, jak siostrę moją uleczyłeś.

Pan Zygmunt mało się nie zachłysnął, zaśmiał się do łez:

A bo siostra Marii przysłała telegram: przyjeżdżam w gości. A przy stole płacze: Nogi nie chodzą, bolą.

I co? pytamy.

Nie wiem. Do lekarza muszę, ale się ociągam.

A może miodem, czy pszczołami spróbujesz? pytamy.

Gdzie tam! Skąd w mieście pszczoły?

Chodź, Terenia, pokażę ci ul, zaraz cię postawię na nogi!

Doktor Dolittle! śmiała się teściowa.

Podchodzimy do uli. Mówię: Podciągnij sukienkę za kolana. Na każdą nogę po pszczole! Terenia początkowo dziękowała, a potem klęła okrutnie! Okazało się, iż alergię miała na jad. Nogi jej jak poduszki spuchły!

I co ja mam z tobą zrobić

Skąd miałem wiedzieć o alergii? Ty nie wiedziałaś, ja nie! Malwinko, spróbuj miodu masz chyba nietrudno z alergenami?

Nie, panie Zygmuncie!

To dobrze

Dożylismy herbatę.

Za oknem zrobiło się już zupełnie ciemno, zmęczenie mnie przytłoczyło. Teściowa zasłoniła firanki:

Janku, gdzie wam posłać?

Mamo, na piecu można? Malwinko, zgadzasz się spać na piecu?

Oczywiście, iż się zgadzam!

Już się robi! Tata sam lepił nasz piec, cegiełka po cegiełce pochwaliła Maria.

Pan Zygmunt dumnie się uśmiechnął.

Miał z czego taki piec grzał, karmił i wokół niego rodzina zawsze się zbierała. Ogień jasno się w nim tlił, dając ciepło i siłę.

Podziękowaliśmy gospodyni i wstaliśmy od stołu. Janek poklepał mnie po plecach i posadził na piecu.

Z półki powiało aromatem nagrzanej cegły, suszonych ziół, owczej wełny, skórki chleba.

Janek gwałtownie zasnął, a u mnie sen nie przychodził.

Obok ktoś dmuchał i sapał:

Puf-puf, puf-puf

Domowy duszek! To na pewno domowy! Czytałam

Przypomniałam sobie dziecięcy wyliczankę:

Domowy, domowy, nie wadź się z nami!

Dopiero rano dowiedziałam się prawdy: to nie był wcale żaden duszek, tylko drożdżowa zaczynka, którą teściowa zostawiła przy piecu i zapomniała.

Jeszcze nie raz odwiedzimy gościnny dom rodziców Janka posłuchamy historii pana Zygmunta, pogrzejemy się przy piecu, zjemy świeży, domowy chleb.

Ale o tym będzie już innym razem.

Tak naprawdę, najważniejszą wartością, którą wyniosłam z tej wizyty, była prostota i ciepło rodzinnych spotkań, które uczą, iż najcenniejszym skarbem nie są rzeczy, ale ludzie, którzy dzielą z nami codzienność i śmiech. Czas z nimi choćby przy zwykłym stole, choćby na piecu to prawdziwy dom.

Idź do oryginalnego materiału