Przyjaciele przyszli z pustymi rękami na zastawiony stół, a ja zamknęłam lodówkę.
Jarek, jesteś pewien, iż trzy kilo karkówki wystarczy? Ostatnim razem zjedli wszystko do czysta, choćby chleb zbierali sosem. A Renata poprosiła jeszcze o pojemnik dla pieska, a potem wrzucała w mediach zdjęcia mojego pieczenia jakby sama je przygotowała.
Kinga nerwowo szarpała brzeg kuchennej ściereczki, patrząc na swoją kuchnię, która przypomina teraz pole bitwy. Było dopiero południe, a ona już ledwo stała na nogach. Od szóstej rano w biegu: najpierw bazar żeby wybrać najświeższe mięso, potem supermarket po markowe alkohole i delikatesy, potem bez końca krojenie, gotowanie, smażenie.
Jarek, mąż Kingi, stał przy zlewie i z melancholią obierał ziemniaki. Sterta obierek rosła, podobnie jak jego cicha irytacja, której jednak starał się nie okazywać.
Kinga, po co aż tyle? westchnął, płucząc kolejne ziemniaki. Trzy kilo mięsa na czterech gości i nas dwoje? To pół kilo na głowę. Przejadają się. Ty się napracowałaś: kawior czerwony, łosoś, mnóstwo sałatek. Przecież nie organizujemy wesela, tylko parapetówkę, i to spóźnioną.
Ty nie rozumiesz odparła Kinga, mieszając gęsty sos na patelni. To przecież Asia z Robertem i Magda z Tomkiem. Nasi starzy przyjaciele. Sto lat się nie widzieliśmy, specjalnie jadą z innej dzielnicy. Głupio, jeżeli stół będzie biedny. Jeszcze powiedzą, iż się wywyższamy kupiliśmy mieszkanie i zaczęliśmy skąpić.
Kinga zawsze taka była. Gościnność wyssała z mlekiem matki jej babcia umiała nakarmić pół wojska z byle czego. Dla Kingi pusty stół to osobista ujma. jeżeli goście to uczta. jeżeli święto to stół ma się uginać. Tydzień układała menu, szukała przepisów, odkładała z pensji, żeby kupić ulubiony koniak Roberta i to konkretne francuskie wino, które lubi Asia.
Dobrze by było, gdyby sami coś przynieśli mruknął Jarek. Ostatnio na urodziny Tomka to my nosiliśmy i drogi prezent, i swój alkohol, a ty jeszcze piekłaś tort. A oni? Jak do nich poszliśmy ot tak herbata z torebki i przeschnięte paluszki.
Nie bądź taki drobiazgowy, Jarek spojrzała z wyrzutem Kinga. Mieli wtedy ciężki czas, kredyt, remont. A teraz chyba im się poprawiło. Robert awansował, Magda kupiła nową kurtkę, chwaliła się nią. Może i oni dziś wezmą coś. Torcik na przykład, albo owoce. Deseru nie robiłam, napomniałam Asi, iż słodkie to od nich.
Do siedemnastej mieszkanie lśniło, a stół wyglądał jak z katalogu delikatesów. W centrum sterczało półmisek z ozorem w galarecie, dookoła kłębiły się miski z sałatką jarzynową (z ozorem i szyjkami rakowymi, nie parówką!), śledź pod pierzynką, zdobiony kawiorem, własnoręcznie wędzone wędliny. W piekarniku dusiła się karkówka z ziemniakami i grzybami, w lodówce chłodziła się Finlandia, drogi koniak i trzy butelki wina.
Kinga, zmęczona, ale zadowolona, założyła najlepszą sukienkę, poprawiła fryzurę i usiadła w fotelu, czekając na dzwonek do drzwi.
Stresuję się przyznała, podczas gdy Jarek dopinał guziki koszuli. Pierwsze takie spotkanie w naszym nowym mieszkaniu, chcę, żeby wszystko było idealnie.
Dzwonek zabrzmiał równo o siedemnastej. Przyjaciele byli punktualni.
Kinga rzuciła się otwierać. W drzwiach stała hałaśliwa ekipa. Asia w tej kosztownej nowej kurtce, Robert w skórzanej ramonesce, Magda w mocnym makijażu, Tomek już lekko podpity.
Hurra! Nowe gniazdko! zawołała Asia, wpadając do przedpokoju i otaczając Kingę obłokiem słodkich perfum. Pokazujcie apartamenty!
Goście głośno zdejmowali płaszcze, rzucając okrycia na ręce Jarka, który ledwo nadążał wieszać kurtki. Kinga z boku, uśmiechnięta, zerkała na ich dłonie.
Wszyscy czterej przyszli z pustymi rękami. Ani torby, ani pudełka z ciastem, ani butelki wina, choćby czekoladki.
A gdzie zaczęła Kinga, ale urwała. Głupio pytać wprost. Może zostawili coś w aucie? Może w kieszeni niespodzianka?
O rany, Kinga, jak ty schudłaś! Magda pocałowała ją w policzek, choćby nie zdejmując butów, i ruszyła wgłąb mieszkania. A remont no, skromnie, ale czysto. Farba do ścian? Tak służbowo. Zrobiłabyś tapetę winylową, lepiej wygląda.
Lubimy minimalizm odpowiedział spokojnie Jarek. Wchodźcie, stół już czeka.
Wszyscy weszli do salonu. Na widok stołu oczy Roberta aż się zaświeciły.
Ooo! Ale uczta! zacierał dłonie. Kinga, królowo stołu! Wiedziałem, gdzie przyjechać. Bo my od rana nic nie jedliśmy, czekaliśmy na twoje pieczenie.
Wszyscy usiedli. Kinga pognała do kuchni po gorące przystawki żarłoczną zapiekankę w kokilkach. W głowie jedna myśl: Może postanowili wręczyć prezent w gotówce? W kopercie? Dlatego nie mają niczego w rękach?
Gdy wróciła z tacą, goście już z zapałem buszowali we wszystkich sałatkach, choćby nie czekając na toast.
Mmmm, jarzynowa wyśmienita! mlaskał Tomek. Jarek, nalewaj! Co czekamy? W gardle drapie.
Jarek nalał mężczyznom wódki, kobietom wina.
No to za nowe mieszkanie! wzniósł kieliszek Robert. Żeby wam się tutaj żyło jakoś. Żeby ściany nie pękały, a sąsiedzi nie zalali. Po prostu na zdrowie!
Wypił, wycierał rękaw (choć na stole były lniane serwetki) i już sięgał po łososia.
Kinga, a czemu wódka ciepła? Powinna być zamarznięta!
Była w lodówce, Robert, powiedziała Kinga cicho, czując falę irytacji. Ma pięć stopni, jak należy.
Tylko pięć? Pff Wódka powinna być jak lód. No dobra, przejdzie. Macie koniak? Chętnie bym poprawił.
Jest skinęła głową Kinga. Ale może zjemy najpierw?
A czemu by nie razem? rechotał Tomek.
Biesiada rozkręcała się. Jedzenie znikało w tempie błyskawicy. Goście zachowywali się, jakby tydzień byli na głodówce. Po drodze nie szczędzili uwag.
Śledź pod pierzynką za suchy stwierdziła Asia, nakładając już trzecią porcję. Mało majonezu? Oszczędzasz?
Zrobiłam domowy, mniej tłusty tłumaczyła się Kinga.
Przestań, domowy Kupiony z torebki i polewasz całość szybciej i lepiej odcięła Magda. A ten kawior? Zgadywałam, iż to troć. Drobny. Kupiłabyś łososia, byłby grubszy.
Kinga spojrzała na Jarka, który siedział z zaciśniętymi pięściami, aż zbielały mu kłykcie.
To powiedzcie, co u was? próbował zmienić temat Jarek. Asia, miałaś lecieć do Dubaju, udało się?
No jasne! Asia przewróciła oczami. Hotel pięć gwiazdek, all inclusive, homary i szampan strumieniami. Tam kupiłam oryginalnego Louis Vuittona! Wydałam dziesięć tysięcy, ale warto było. Robert marudził, ale powiedziałam: Żyje się raz!.
A kobiety to potrafią wydawać Robert pokiwał głową, dolewając sobie koniaku bez pytania. Ja se auto wypatrzyłem. SUVa. Odłożone mam. Nie wydajemy na bzdury, jak wy, na remonty.
Czyli na bzdury? Kinga nie zrozumiała.
No tak Magda rozłożyła ręce. Ściany to ściany. My od dziesięciu lat żyjemy na starej tapecie po babci, ale za to co roku jeździmy nad morze, zakupy markowe, restauracje. A wy wszystko w beton wpuszczacie. Nudy.
Apropos restauracji przerwał Tomek, wycierając tłuste usta i rzucając serwetkę na obrus. Wczoraj byliśmy w U Fukiera. Jedzenie bomba. Rachunek tysiak, ale warto. Nie to, co domowe sałatki. Kinga, kiedy mięso? Chce się normalnie najeść.
Kinga wstała by sprzątnąć brudne talerze. W środku wszystko w niej drżało. Ci ludzie przed chwilą chwalili się torebkami za dziesięć tysięcy i kolacją za tysiąc, ale przyszli z pustymi rękami. choćby kwiatka nie przynieśli, choćby czekoladki do kawy.
Wyszła do kuchni. Tuż za nią wbiegła Asia niby żeby pomóc, a tak naprawdę pogadać.
Oj, Kinga, napracowałaś się szepnęła, opierając się o framugę. Stół ładny, ale widać, iż naciągasz się na limicie. Wino takie sobie. Pijemy tylko do grilla na działce. Mogłaś dla nas kupić coś lepszego.
Asia, to francuskie za sto czterdzieści złotych za butelkę powiedziała przez zęby Kinga, wkładając naczynia do zmywarki.
Co ty! Zrobili cię w balona! Kwaśniejsze od octu. Słuchaj, Kinga, będziesz mogła coś dać na wynos? Jutro będziemy mieć kaca, a nie chce się gotować. Maz, sałatek i tak wam się zmarnuje.
Kinga zastygła z talerzem w ręku. Powoli odwróciła się do przyjaciółki.
Chcesz, żebym ci spakowała jedzenie?
No jasne! Zawsze tak robimy. Budżet się oszczędza! zachichotała Asia. A deser będzie? Mam ochotę na coś słodkiego. Jest tort?
Przecież miałaś przynieść tort cicho przypomniała Kinga.
Ja? O Jezu! Kiedy ja to mówiłam? Mam dietę, nie kupuję słodkiego. Myślałam, iż ty upieczesz swojego Napoleona. Albo chociaż kupisz coś sensownego. Przyszliśmy z pustymi rękami, bo wiedzieliśmy, iż u ciebie wszystko jest. Przecież wy teraz bogaci, z własnym mieszkaniem.
Kinga odstawiła talerz na blat. Dźwięk porcelany brzmiał jak wystrzał.
Myśleliście, iż wszystko u nas jest powtórzyła. I iż jesteśmy bogaci.
No pewnie! Asia nie słyszała tonu Kingi. Płacicie kredyt, zrobiliście remont to macie. A my tacy biedni, zbieramy na Malediwy. Dobra, dawaj mięso, chłopaki się niecierpliwią.
Kinga spojrzała na nią twardo. W głowie zakręciły się wspomnienia: pożyczka dla Asi na last minute, oddawana po trochę przez pół roku, bez dziękuję. Jak Robert prosił Jarka o pomoc w przeprowadzce, nie zwracając choćby za paliwo. Jak na każde święta oni u nich ucztowali, a sami raz na pięć lat zapraszali na mrożone pierogi.
Kinga podeszła do piekarnika i uchyliła drzwiczki. Aromat pieczonego mięsa z ziołami i czosnkiem wypełnił kuchnię. Złocista skórka, soczysty tłuszczyk, grzybki To mięso kosztowało ją cały dzień pracy i sporo pieniędzy.
Spojrzała na lodówkę, gdzie na górnej półce stał ogromny bezowy tort z owocami, zamówiony w cukierni za ponad dwieście złotych, by mimo ustaleń zrobić wszystkim niespodziankę.
Zamknęła piekarnik. Zakręciła gaz. Podeszła do lodówki i mocno zatrzasnęła drzwi.
Mięsa nie będzie powiedziała głośno.
Jak to? Asia nie zrozumiała. Spaliło się?
Nie. Po prostu nie będzie.
Kinga wróciła do salonu. Panowie już nalewali kolejne kolejki i dyskutowali o polityce. Jarek wyglądał na załamanego.
Drodzy goście Kinga odezwała się donośnie. Jej głos brzmiał twardo jak struna. Uroczystość zakończona.
Wszyscy zamilkli i spojrzeli na nią. Robert zamarł z kieliszkiem w ręce.
Kinga, co jest? dziwił się Robert. Jak to koniec? choćby mięsa nie zjedliśmy! Obiecałaś!
Obiecałam przytaknęła Kinga. Ale zmieniłam zdanie.
Że co? oburzyła się Magda. Jesteśmy głodni! Sałatki to nie obiad. Daj mięso!
Zostało w piekarniku i tam zostanie. A wy się teraz podniesiecie i wyjdziecie do domu. Albo do restauracji U Fukiera, gdzie rachunek za stówkę tam was nakarmią.
Zwariowałaś? wstał Tomek z wielkimi oczami. Jarek, uspokój żonę! Jesteśmy gośćmi!
Jarek wstał. Spojrzał na żonę, potem na przyjaciół. Zobaczył jak trzęsie się ze złości, jak jej oczy błyszczą od łez. Wszystko zrozumiał.
Kinga nie zwariowała powiedział spokojnie Jarek. Kinga jest po prostu zmęczona. Przyszliście do nas bez choćby kromki chleba, wypiliście mój koniak, wyśmialiście mojej żony jedzenie, nasze wino nazwaliście octem, a mieszkanie biurem. A teraz domagacie się mięsa?
Przecież żartowaliśmy! zawołała Asia. Nie macie poczucia humoru? Zapomnieliśmy o torcie, wielkie mi co! Ale chociaż towarzystwo wam zrobiliśmy!
Za nasz koszt? żachnęła się Kinga. Dość. Cały ranek stałam przy garach. Wydałam na ten stół połowę swojej wypłaty. Chciałam wam sprawić przyjemność. A wy po prostu wykorzystujecie gościnę. Potraficie jeździć do Dubaju, ale szkoda wam dziesięciu złotych na czekoladę dla gospodyni.
Oho, zaczęła się wyliczanka! wstał Robert, przewracając krzesło. Oj, chyba się zadławiłaś własnym mięsem! Wychodzimy! Nie chce mi się tu już siedzieć.
Idźcie, Jarek otworzył drzwi. I zabierzcie swoje pojemniki puste.
Goście wychodzili z mieszkania głośno i obrażeni. Asia krzyczała, iż Kinga już nie jest jej przyjaciółką i wszystkim opowie, jaka z niej skąpiradło. Magda syczała coś o zmarnowanym wieczorze. Chłopaki przeklinali.
Kiedy ostatni gość wyszedł, w mieszkaniu zapadła cisza. Kinga stała pośrodku salonu i patrzyła na zdemolowany stół. Brudne talerze, plamy wina na obrusie, pogięte serwetki.
Jarek objął ją za ramiona.
Jak się czujesz? zapytał cicho.
Ręce mi się trzęsą wyznała Kinga. Jarek, czy naprawdę jestem skąpa? Może trzeba było ich nakarmić i nic nie mówić? W końcu byli gośćmi
Nie jesteś skąpa, Kinga. Po prostu w końcu zaczęłaś się szanować. Jestem z ciebie dumny, naprawdę. Sam bym ich wyrzucił za pięć minut.
Kinga westchnęła i przytuliła się do męża.
A to mięso? Jarek po chwili uśmiechnął się szelmowsko. Jest naprawdę? Bo pachnie tak, iż aż ślinka cieknie.
Kinga się zaśmiała, pierwszy raz tego wieczoru, szczerze i lekko.
Jest, Jarek. I tort jest. Ogromny, z owocami.
Usiedli przy stole pośród brudnych naczyń, przesunęli je na bok. Kinga wyjęła z piekarnika blachę z rumianym mięsem, wyjąła tort. Nalała im obojgu tego kwaśnego wina, które naprawdę było doskonałym, aksamitnym Bordeaux.
Za nas wznieśli toast. I za to, żeby w naszym domu bywali tylko ci, którzy przychodzą z otwartym sercem, a nie z pustą łyżką.
Jedli mięso, które rozpływało się w ustach, delektowali się ciszą i swoim towarzystwem. To była najpyszniejsza kolacja w ich życiu.
Po godzinie telefon Kingi zapiszczał. Przyszła wiadomość od Asi: Ale jesteś wredna! Siedzimy teraz w McDonaldzie i dusimy się hamburgerami przez ciebie! choćby nie masz odrobiny wstydu, żeby przeprosić!
Kinga przeczytała, uśmiechnęła się i nacisnęła Zablokuj. To samo zrobiła z numerami Magdy, Roberta i Tomka.
Lista kontaktów skróciła jej się o cztery osoby. Za to powietrza w domu było teraz o wiele więcej. I lodówka pełna pysznego jedzenia, które im z Jarkiem wystarczy na cały tydzień. Nie dostanie się choćby okruszek komuś, kto na to nie zasługuje.
Ta historia przypomina nam, iż przyjaźń to ulica dwukierunkowa, a czasem zamknięta lodówka to najlepszy sposób na zachowanie szacunku do siebie.












