Przyjaciele odwiedzili naszą wieś i poczuli się urażeni, iż nie poczęstowaliśmy ich wołowiną

polregion.pl 4 godzin temu

Po co w ogóle chcecie się przeprowadzać? I to jeszcze na wieś. Każdy marzy, żeby zamieszkać w mieście, a wy robicie dokładnie na odwrót. Co tam dobrego można znaleźć? Szczerze mówiąc, nie rozumiem was. Może i fajnie jest latem, ale zimą nie ma co tam robić.

Mam taką znajomą, Małgosia, która przez długi czas starała się nas przekonać, żebyśmy jednak nie przeprowadzali się na wieś. To nas bardzo zirytowało zarówno mnie, jak i moją żonę. Jakbyśmy faktycznie mieli robić tylko to, na co ona się zgadza.

Po roku poszukiwań w końcu udało się nam znaleźć odpowiedni dom i przeprowadziliśmy się. Małgosia dzwoniła do mnie niemal codziennie i z ironicznym tonem wypytywała, czy już znalazłem jakąś pracę. Doskonale wiedziała, iż pracuję zdalnie i nic w tej kwestii nie zamierzam zmieniać. Ciągle też pytała: No i jak tam, internet w ogóle działa?

Małgosia przyjechała do nas na początku października, minął już ponad rok odkąd się przeprowadziliśmy. Z niechęcią przeszła się po naszym ogrodzie, potem zasiadła w domu i przez dwa dni, razem z mężem, popijała piwo.

My tymczasem, bez względu na obecność gości, znosiliśmy do piwnicy warzywa, zamykaliśmy kompoty w słoikach. Trzeciego dnia Małgosia i jej mąż zaczęli się zbierać, by wieczornym autobusem wracać do miasta. Nie przygotowaliśmy dla nich żadnych prezentów na pożegnanie. W końcu sama poprosiła, żebym dał im worek ziemniaków i jabłek.

Zaproponowałem, iż zejdę do piwnicy po wszystko, ale nie mieli ochoty pomagać z lekkim kacem. Do jabłek dałem im worek i wiadro, niezadowoleni z ich wyglądu sami poszli je zebrać. Zastanawiałem się wtedy, jak zamierzają to wszystko zabrać ze sobą do miasta autobusem. Okazało się potem, iż poprosili mojego szwagra, żeby ich podwiózł.

To była wyprawa trzy godziny w jedną stronę do Warszawy. Mój szwagier domyślił się w ostatniej chwili i powiedział, iż już otworzył sobie piwo i nigdzie nie pojedzie. Musieli więc wrócić do miasta sami, obładowani workami. Potem zniknęli z naszego życia na kilka lat. Owszem, dzwoniliśmy do siebie, ale nigdy nas już nie odwiedzili. Pewnie jestem złośliwy, ale uważam, iż nie mają czego szukać na mojej wsi.

Aż tu nagle pod koniec listopada pojawili się znów u naszych drzwi, bez żadnego uprzedzenia. Chcieli niby zrobić nam niespodziankę. Przyjechali na weekend, ale niestety, nie mieliśmy czasu by ich odpowiednio przyjąć przez tydzień nie mogłem się ogarnąć. Szykowałem jeszcze zamówienia na Nowy Rok, a w tym dniu do obrobienia mieliśmy jeszcze trzy byki. No trudno, niespodzianka to niespodzianka.

Szybko nakryłem do stołu. Małgosia z mężem jedli, pili, a my zamiast usiąść, dalej uwijaliśmy się z robotą. Pytali, czy nie pomóc dobrze, tylko iż nie bardzo wiedzieli, jak oskubać drób. A przecież wywodzili się ze wsi…

Mój drób był już zamówiony przez klientów na Nowy Rok, mieliśmy ubić go dla siebie i dla rodziców. Nie czułem się komfortowo, dając im cokolwiek ale w końcu zaproponowałem im gęś, zaznaczając, iż będą musieli sami ją oskubać. Zgodzili się na jutro.

Przyszła następna doba, a oni przez cały czas milczeli. Pomyślałem sobie: „No dobrze, jak nie, to nie.” Tym razem przyjechali własnym samochodem i kupili jedną gęś u sąsiada. Przy wyjeździe podarowaliśmy im trochę warzyw i kiszonek niech wybiorą, co chcą. Załadowali cały bagażnik. Nie żałuję, niech jedzą na zdrowie, mamy zapasów na kilka lat.

Ale kolejne pytanie Małgosi zbiło mnie z tropu. – A nie masz może jeszcze trochę wołowiny?

Musiałem odmówić. Naprawdę nie mieliśmy żadnej wołowiny najpierw mieliśmy zamówienia, potem dopiero obrabialiśmy mięso. Pracy pod dostatkiem, a z czegoś trzeba żyć. Gdyby został nam nadmiar, też mamy rodziców, rodzeństwo.

Pewnie trochę się na nas pogniewali. Do tej pory Małgosia nie zadzwoniła, nie napisała. A wspólna znajoma powiedziała, iż jesteśmy skąpi Pojechali na wieś, a wrócili bez mięsa. Tak ponoć się pożalili.

Idź do oryginalnego materiału