Przeszłam na emeryturę i poczułam się nieodwracalnie samotna. Dopiero na starość zrozumiałam, iż zupełnie źle przeżyłam swoje życie.
Wiele kobiet sądzi, iż samotność to coś bardzo złego. Że szczęście to duża rodzina, mnóstwo spraw, tysiące codziennych zmartwień. Ja jednak nigdy się z tym nie zgadzałam. Całe życie żyłam tylko dla siebie. Nikt nigdy nie prosił mnie o pomoc, nie miałam zobowiązań. Żadnych rodzinnych rozgrywek.
Skończyłam Uniwersytet Warszawski i zaraz potem zaczęłam pracę w dużej firmie zajmującej się turystyką zagraniczną. Pracowałam też jako modelka dla znanej polskiej marki. Zarabiałam naprawdę sporo pieniędzy. Przyjaźniłam się z kobietami odnoszącymi sukcesy, które też były bogate.
Uważałam się za osobę majętną zwiedziłam niemal cały świat. W moim życiu pojawiało się wielu mężczyzn, z którymi czułam się dobrze, ale gdy traciłam nimi zainteresowanie, rozstawałam się bez żalu. Ani przez chwilę nie myślałam o dzieciach. Czy naprawdę powinnam była poświęcać im swój wolny czas? Czy zmienić się z pięknej i bogatej kobiety w jedną z tych matek, które boją się każdego drobiazgu, byle sygnału od dziecka? Bałam się odpowiedzialności.
Czas minął błyskawicznie. Teraz jestem emerytką. Czuję się potwornie samotna. Nigdy nie wyszłam za mąż, nie mam dzieci. Dziś, na starość, żałuję, iż nie mam choćby jednego dziecka. Na początku nie chciałam po prostu mi się nie chciało, potem nie miałam czasu, a potem było już za późno. Nie widziałam nigdy szczęścia w macierzyństwie.
Patrzę dziś na moją siostrę Janinę, która ma dwójkę dzieci i trójkę wnucząt. Byłam dumna, zarozumiała nie słuchałam nikogo. Teraz naprawdę chciałabym coś zmienić: pojednać się z rodziną, spędzać więcej czasu z siostrzenicami i bratankami. Spotkać samotnego mężczyznę w moim wieku i zbudować rodzinę choćby na jesieni życia. Może jeszcze zdążę?







