Dość bycia wygodną
No to się dogadałyśmy, Basieńko! ćwierkała ciocia Danuta, ostrożnie wycierając usta papierową serwetką. Serwetka była od sernika, który Barbara Zielińska upiekła specjalnie na wizytę gościa. Na jej rogu widać było tłustą, kremową plamę. Piątego maja spotykamy się u ciebie. Ja przyniosę swoje kiełbaski, marynowane po mojemu, a ty, proszę cię, przygotuj coś na gorąco. W końcu to twoje imieniny! Goście ważni będą, koleżanki Marka z pracy, poważni ludzie. Trzeba ich przyjąć jak należy.
Barbara siedziała naprzeciw, trzymała w rękach filiżankę chłodnej już herbaty. Patrzyła na ciocię i kiwała głową, myśląc o jutrzejszym oddaniu bilansu kwartalnego, o tym, iż w lodówce skończyło się masło, iż u męża, Janka, znowu pobolewa kręgosłup i trzeba kupić nowy plaster. Myślała o wszystkim, tylko nie o tym, o czym mówiła ciocia Danuta. Ta zaś paplała dalej, poprawiając fioletową apaszkę na szyi i spoglądając w stronę okna jakby już jako gospodyni rozstawiała talerze przy cudzym stole.
Tak z dwadzieścia osób będzie, nie mniej mówiła gościni. Postaraj się, Basieńko. Ty to potrafisz! Pamiętasz, jak przygotowywałaś jedzenie na weselu Kasi? Wszystko zjedli do okruszka! Teraz będzie tak samo. Pomogę ci, oczywiście. Poprowadzę.
Zaśmiała się krótko, chichotem przypominającym szczek małego pieska.
Barbara uśmiechnęła się również. Bo wypada. Bo ciocia Danuta to rodzina, siostra ojca zięcia Marka, męża Kasi, jedynej córki Barbary. Bo w rodzinie awantur nie wypada robić. Bo zawsze tak robiła: uśmiechała się i zgadzała.
Dobrze powiedziała. Zgoda.
Ciocia Danuta wyszła około wpół do dziewiątej, zadowolona i najedzona. Barbara zamknęła za nią drzwi, oparła się o nie plecami i stała tak minutę. W przedpokoju unosił się zapach ciężkich, słodkawych perfum gościa. Za ścianą dudnił telewizor. Janek oglądał znów jakiś program o wędkowaniu i choćby nie ruszył się, by się przywitać.
Wyszła już? zawołał, nie odrywając wzroku od ekranu.
Wyszła.
I czego chciała?
Barbara przeszła do kuchni i zaczęła zmywać filiżanki. Woda leciała gorąca, parząca prawie, a ona nie cofała rąk.
Będziemy mieli imprezę rzuciła. Piątego maja. U nas.
U nas? A z jakiej okazji?
Moje imieniny. I coś tam jeszcze u Marka w pracy.
Z salonu dotarło niewyraźne pomrukiwanie. Potem znów cisza i znowu ryby.
Barbara wytarła ręce ręcznikiem, tym z wyblakłymi kogutami na brzegu, kupionym na targu piętnaście lat temu. Służył jej do dziś, choć już powinien trafić do śmietnika. Spojrzała na niego i nagle pomyślała: jestem jak ten ręcznik. Wyblakła. Z kogutami na skraju. Wiszę na haczyku, a każdy kto chce wyciera o mnie ręce.
Odpędziła tę myśl i poszła sprawdzić, co jeszcze jest w lodówce.
Za dziesięć dni Barbara Zielińska kończyła pięćdziesiąt lat. Okrągły jubileusz. Pół wieku życia, z których dobrze pamiętała trzydzieści pięć lat. I z tych lat nie mogła przypomnieć sobie ani jednego dnia, w którym coś zrobiłaby tylko dla siebie. Nie dla męża, nie dla córki, nie dla mamy, która zmarła pięć lat temu i do której jeździła co niedzielę gotować rosół, nie dla teściowej z sąsiedniego osiedla, domagającej się uwagi jak dziecko. Zawsze dla kogoś. Nigdy dla siebie.
Pracowała jako księgowa w firmie budowlanej. Dwadzieścia dwa lata na jednym stanowisku. Koledzy ją cenili, szefostwo darzyło zaufaniem, ale podwyżki nie dawali. Bo po co Barbara i tak sobie radzi. Nie narzeka. W domu było to samo. Janek miał pięćdziesiąt cztery lata, inżynier w zakładzie, roboty nie lubił, ale trzymał się, bo do emerytury bliżej niż dalej. W domu odpoczywał: telewizor, telefon, kanapa, czasem garaż. Gotuje Barbara. Sprząta Barbara. Opłaty Barbara, bo jej szybciej i lepiej. Po zakupy Barbara. Gości przyjmuje Barbara. Janek się tym nie zajmuje i to już dawno przestało być sporne; to po prostu był szum w tle ich życia, do którego już choćby się nie zwraca uwagi.
Kasia, córka, wyszła za Marka cztery lata wcześniej. Dobry chłopak, pracowity, ale z dziwną rodziną. Matka umarła dawno, ojciec żyje gdzieś na północy, za to ciocia Danuta siostra ojca za rodzinę całą. Stanowcza, głośna, przywykła, iż z jej zdaniem się liczą. Barbary nie polubiła ani trochę. Za nic konkretnego, po prostu za to, iż Barbara była za cicha i za ustępliwa. Takie osoby u ludzi stanowczych budzą nie szacunek, a pokusę, by nimi rozporządzać.
Kasia kochała matkę, ale Marka jeszcze mocniej. To normalne, słuszne nawet. Ale gdy przychodziło do wyboru: komfort mamy czy spokój Marka wybierała to drugie. Zawsze po cichu, bez kłótni, ale wybierała.
Tak żyła Barbara Zielińska. W trzypokojowym mieszkaniu na dziewiątym piętrze bloku z wielkiej płyty w Poznaniu, na Piątkowie, gdzie wszystkie bloki i podwórka do siebie podobne, różnią się tylko drzewa, bo nikt ich nie strzyże według jednego wzoru. Żyła i nie narzekała. A gdzie? A do kogo? Po co?
Po wyjściu cioci Danuty jeszcze godzinę siedziała w kuchni, robiła listę potrzebnych zakupów na dwadzieścia osób. Lista była długa, wydatki przerażające. Spojrzała na cyfry na odwrocie starego rachunku i poczuła ścisk w piersiach. Nie ból, tylko ciężar. Jakby ktoś położył jej na klatce bruk i zapomniał zabrać.
Zgasiła światło i poszła spać.
Kolejne dziewięć dni minęło jej w trybie, który sama nazwała przedświąteczna orka. Na początek wmawiała sobie, iż wszystko ok, iż pomaga rodzinie, iż zrobią udane przyjęcie, iż wystarczy nie mięknąć. Ale już w trzecim dniu z tych zaklęć nic nie zostało.
Wstawała o szóstej rano, by przed pracą rozmrozić coś do gotowania, zrobić listę zakupów, zadzwonić do sklepu w sprawie dostawy. Pracowała do osiemnastej, czasem dłużej, bo bilans kwartalny się sam nie rozliczy. Po pracy zakupy: ciężkie rzeczy, puszki, mięso, butelki, kasza. Wnosiła torby na dziewiąte piętro, windą, która często nie działa. W domu coś stawiała na kuchni, gwałtownie ogarniała pokoje. Kładła się o pierwszej, o drugiej w nocy. Znowu wstawała o szóstej.
Janek to widział fizycznie, bo mieszkali razem ale patrzył, jakby przez nią. Raz zapytał, czy nie trzeba pomocy. Odpowiedziała Poradzę sobie. Odetchnął z ulgą.
Kasia zadzwoniła w środę. Spytała, czy wszystko gotowe, przypomniała, iż ciocia Danuta interesuje się gorącymi daniami i prosi o przystawki. Barbara zapytała córkę: Kasiu, może chociaż sałatki ogarniesz? Ciężko mi trochę. Kasia zamilkła na sekundę, po czym odpowiedziała: Mamo, wiesz, ja mam pracę, Marek ma pracę, ale przyjdziemy pomóc ustawić. A pomóc ustawić znaczyło: przełożyć gotowe z garnków do misek. Barbara to wiedziała i już się nie odezwała.
Na dwa dni przed przyjęciem myła okna bo ciocia Danuta ostatnio wspomniała coś o kurzu na parapetach. Stała na stołku ze ścierką w ręce i pomyślała, iż ostatni raz myła okna dla siebie osiem lat temu. Ale wtedy i tak przygotowywała się na wizytę mamy. Wcześniej dla teściowej. Zawsze dla kogoś.
Nogą ześlizgnęła się ze stołka, o mało się nie przewróciła, chwyciła za ramę. Serce zabiło mocno. Usiadła na podłodze pod oknem i chwilę tylko siedziała, oparta plecami o ścianę. Bolące plecy, bolące nogi, hałas w głowie.
Gdybym się połamała pomyślała. Każdy by pomyślał: Jak teraz zrobić imprezę?.
Od tej myśli ogarnął ją taki żal, iż aż się zaśmiała, nieładnym śmiechem, zakończonym kaszlem.
Wstała i domyła okno.
Nocą z czwartego na piąty spała trzy godziny. Reszta czasu gotowanie, smażenie, krojenie, układanie. Zrazy po polsku, dwa rodzaje sałatek, ryba w galarecie, której sama nie cierpiała, ale ciocia Danuta się uparła. Pierogi z kapustą, bo kuzyn Janka, Zbyszek, przyjedzie a Zbyszek bez pierogów nie uznaje świąt. Tort upiekła dzień wcześniej biszkoptowy, z wiśnią, bo taki lubiła najbardziej. To było jedyne, co zrobiła dla siebie przez cały czas przygotowań.
O siódmej rano wzięła prysznic, założyła tę niebieską sukienkę, kupioną dwa lata temu i dotąd nie wkładaną, bo szkoda. Spojrzała w lustro. Pod oczami cienie, żaden puder nie zakryje. Usta spierzchnięte, ręce czerwone od gotowania i zmywania. Ale sukienka była ładna. To wiedziała.
Ale się wystroiłaś rzucił Janek, mijając ją w korytarzu. No, dobrze.
To wszystko. Żadnego ładnie wyglądasz, wszystkiego najlepszego, jak się czujesz. Tylko no, dobrze i poszedł dalej.
Goście zaczęli schodzić się po dwunastej. Ciocia Danuta była pierwsza, wpół do dwunastej, z dużą torbą, z której wyjęła obiecane kiełbaski, litrowy słoik z ogórkami i bombonierkę. Słodycze położyła na środku stołu jako swój wkład”. Kiełbaski i ogórki podstawiła. Pochodziła po mieszkaniu, zajrzała do kuchni, skinęła głową.
Dobra robota, Basieńko powtórzyła dokładnie jak Janek. Postarałaś się.
Potem wyjęła telefon i zaczęła dzwonić gdzieś dalej.
O pierwszej byli już wszyscy. Dwadzieścia trzy osoby. Barbara policzyła, gdy zasiedli do stołu dostawionego z kuchennego i dwóch biurek, przykrytych wykrochmalonym obrusem, który prasowała do północy.
Przyglądała się tym ludziom i wiedziała, iż z dwudziestu trzech dobrze zna może sześciu. Reszta to znajomi Marka z pracy i znajome cioci Danuty. Obcy przy jej stole. Jedzący jej jedzenie. Siedzący na krzesłach pożyczonych od sąsiadki, pani Ireny z czwartego piętra, bo jej własnych nie wystarczało.
Tost zaczął Zbyszek, brat Janka. Nawoływał długo, mieszał wątki, przypomniał sobie jakąś historię z lat 90., niezwiązaną w ogóle z jubilatką ani z Markiem, ale wszyscy się śmiali. Potem wstał Marek, zięć. O Barbarze tylko krótko: Gratulujemy Barbarze pięknych imienin, jest naszą mistrzynią. Wszyscy stuknęli się kieliszkami. Marek długo mówił potem o swoim koledze, Antonim, który coś osiągnął w pracy. Padały stanowiska i liczby, których Barbara choćby nie zrozumiała.
Ciocia Danuta wstała z gotową przemową. Opowiadała o Antonim o jego drodze, determinacji jaki to on świetny. O Barbarze też parę słów: I naszej gospodyni nie zapomnijmy, skoro nas gości. Śmiechy. Kolejne stuknięcie kieliszkami.
Barbara uśmiechała się. Siedziała na czele stołu, jak wypada jubilatce, i uśmiechała się, i wznosiła kieliszek, mówiła dziękuję na krótkie życzenia. Ale w środku coś zachodziło. Wolno, niedostrzegalnie prawie. Jakby woda długo się podgrzewała i nagle zaczęła wrzeć.
Basia! Nie ma soli na stole! zawołał ktoś z końca stołu.
Podniosła się i przyniosła sól.
Tu za mało chleba, dodaj jeszcze poprosił Zbyszek.
Przyniosła chleb.
Pani Barbaro, brakuje widelców powiedziała kobieta, którą widziała pierwszy raz w życiu.
Przyniosła widelce.
Potem ktoś chciał jeszcze wędliny. Potem trzeba było podać kolejne talerze. Potem ciocia Danuta poprosiła o wodę mineralną, której nie przywiozła Kasia, więc Barbara musiała lecieć do lodówki na balkonie.
Barbara kursowała tam i z powrotem, wychodziła do kuchni, wracała. W międzyczasie próbowała usiąść, ale wytrzymać za stołem spokojnie dłużej niż dwie minuty się nie dało. Jej talerz pełen, bo nie było kiedy jeść.
Raz spróbowała powiedzieć toast. Wstała, podniosła kieliszek. Kasia, widząc, również się podniosła. Ale ciocia Danuta zaczęła wtedy opowiadać głośno coś o Antonim i wszyscy się odwrócili do niej. Kasia opuściła kieliszek. Barbara postała chwilę i usiadła. Toastu nie wygłosiła.
Goście chwalili jedzenie: Ryba w galarecie jak marzenie, Pierogi świetne, Zrazy delikatne, jak je pani robi?. Barbara odpowiadała, kiwała głową, opowiadała przepisy. Było jej miło i gorzko zarazem. Chwalili jej jedzenie, nie ją bo ona tu była od kuchni, od fartuszka, od przynoszenia, a nie od świętowania. Nie jubilatka, ale obsługa.
Czas płynął. Trzecia po południu. Za oknem wiosenne słońce, ciepłe i obojętne. Przy stole robiło się coraz głośniej. Antoni mówił o awansie, ciocia Danuta wtrącała co rusz swoje komentarze, szczekała tym swoim śmiechem. Janek z Zbyszkiem już dawno rozmawiali o rybach lub samochodach.
Barbara wyszła do kuchni po czwarte danie. Nałożyła rękawice, wyjęła blachę z piekarnika. Ręce jej już drżały. Trzy godziny snu znów dawały o sobie znać. Przed oczami lekko mętnie. Postawiła blachę, zaczęła przekładać mięso do półmiska.
Z pokoju dobiegł głos cioci Danuty, głośny, tonem rozkazu:
Barbara! Niesiesz to? I śmietanę zabierz, bo się skończyła!
Nie Basieńko. Nie proszę. Nie nie musisz. Po prostu przynieś i weź. Jak do sprzątaczki.
Barbara zatrzymała się z łyżką w ręku nad półmiskiem. W kuchni cicho. Za oknem kiwała się gałąź starej lipy. Na kuchence pusty czajnik.
Coś w niej kliknęło.
Cicho, bez bólu. Normalnie. Jakby się wyłączało światło.
Odłożyła łyżkę. Zsunęła rękawice. Powiesiła je na haczyku przy kuchni tam, gdzie zawsze. Wzięła półmisek z mięsem, śmietanę z lodówki i weszła do salonu.
Podała wszystko na stół.
Wyprostowała się.
Proszę Państwa zaczęła cicho, ale tak, iż kilka osób się odwróciło. Proszę o chwilę uwagi.
Ciocia Danuta dalej rozprawiała z Antonim. Kasia popatrzyła na matkę z lekkim zdziwieniem. Janek nie patrzył.
Proszę posłuchać powtórzyła Barbara, głośniej.
Teraz i ciocia Danuta się odwróciła, z miną zniecierpliwioną.
Coś się stało? spytała, lekko zirytowana.
Barbara spojrzała na stół. Gospodarzy, gości. Mąż wreszcie patrzył na nią. Córka nie rozumiała. Ciocia Danuta z apaszką i sytym spojrzeniem.
Chciałam powiedzieć kilka słów powiedziała. Dziś są moje imieniny. Mam pięćdziesiąt lat.
No wiemy, wszystkiego najlepszego! zawołał ktoś, podnosząc kieliszek kolejny raz.
Proszę zaczekać przerwała Barbara.
Cisza. Serce jej biło spokojnie, aż się zdziwiła, jak bardzo. Jakby ciało wiedziało decyzję sprzed myśli.
Ostatnich dziesięć dni przeżyłam w trybie: przygotowania pod cudze święto. Spałam po trzy, cztery godziny. Wszystko kupiłam, wszystko ugotowałam. Umyłam okna, wyprasowałam obrus, pożyczyłam krzesła od sąsiadki. Nikt mi nie pomógł. I dziś siedzę przy własnym stole, z obcymi ludźmi, którzy przyszli z okazji, która w zasadzie jest pretekstem, by użyć mojego mieszkania. Nie powiedziałam ani jednego toastu, trzy razy mi przerwano wypowiedź, osiem razy wstawałam od stołu, a przed chwilą poproszono mnie o śmietanę tonem jak do służącej.
W pokoju nastała cisza, jak po gradzie.
Basia, co ty? powiedział Janek, lekko zdziwiony.
Mamo… wyszeptała Kasia.
Ciocia Danuta już nabierała powietrza, gotowa do ataku. Barbara spojrzała jej w oczy. Danuta odetchnęła i zamilkła.
Chciałam was poprosić ciągnęła Barbara, głos jej choćby nie drżał, weźcie, co przynieśliście i bawcie się dalej w kawiarni na rogu. Kawiarnia Słoneczna, całkiem przyzwoite miejsce. zapłacę wam za dalszą imprezę, skoro już… Tu, w moim domu, już po wszystkim.
Pauza. Potem gwar, szuranie krzesłami.
Zbyszek coś burknął cicho pod nosem. Ktoś z kolegów Marka zaczął szukać płaszcza. Ciocia Danuta wstała, spojrzała długo na Barbarę, mina jeszcze tego pożałujesz, ale nic nie powiedziała. Zabrała swój słoik z ogórkami, co Barbarę choćby lekko rozbawiło.
Kasia podeszła.
Mamo, co ty wyprawiasz szepnęła. To nie do wybaczenia. Danuta więcej…
Kasiu Barbara przerwała spokojnie bardzo cię kocham. Ale idź, proszę.
Córka patrzyła jak na obcą osobę. Barbara pomyślała: słusznie. Bo kobieta, która powie idź, proszę, naprawdę nie była tą samą matką, której Kasia była pewna.
Janek wyszedł ostatni. Zatrzymał się w progu.
Powariowałaś? spytał. Bez złości. Z ciekawością.
Nie odpowiedziała Barbara. Chyba właśnie odzyskałam rozum.
Nie wiedział, co powiedzieć. Wyszedł.
Zamknęła drzwi. Przekręciła zamek. Została w ciszy.
Cisza była prawdziwa, prawie święta. Takie się czuje późną nocą lub wczesnym świtem. Ale była godzina trzecia po południu piątego maja. Za oknem ćwierkały wróble, na dole zatrzasnęły się drzwi klatki. W mieszkaniu była tylko ona. To wrażenie jak wydech po bardzo długim bezdechu.
Podeszła do stołu. Półmisek z mięsem, sałatki nietknięte, chleb, kieliszki. Jej talerz stał nieruszony. choćby nie zdążyła zjeść.
Wzięła talerz. Bez podgrzewania, bo po co. Wzięła widelec. Przeszła do kuchni, gdzie stał jej tort biszkoptowy z wiśnią. Usiadła z talerzem z mięsem i kawałkiem tortu. Zaparzyła herbatę. Gorącą, bo czajnik jeszcze był ciepły.
Za oknem majowa lipa kołysała młodymi lepkimi listkami. Barbara jadła powoli. Mięso wyszło wyborne. Gotować umiała. Przynajmniej w tym ciocia Danuta nie skłamała.
Potem spróbowała kawałek tortu.
Biszkopt był puszysty, wiśnia lekko kwaśna, krem delikatny. Żuła spokojnie. Nigdzie się nie spiesząc. Nie było komu mówić: Basia, przynieś, nikt nie patrzył przez nią. Była ona i tort, który upiekła dla siebie.
Po raz pierwszy od lat.
Nie płakała. Myślała, iż popłacze się, bo w takich chwilach w filmach są łzy i smutna muzyka, ale płakać jej się nie chciało. Było inne uczucie. Spokój i twardość, ziemia pod nogami. Jakby po raz pierwszy od lat stała na czymś rzeczywistym, a nie na miękko trzęsącym się dywaniku.
Telefonu nie sprawdzała przez dwie godziny. Potem zajrzała.
Wiadomości sporo. Kasia napisała trzy razy: mamo zadzwoń, potem nie rozumiem co się stało, a na końcu czy jesteś cała?. Janek krótkie: To nie było w porządku. Ciocia Danuta nic, co zaskoczyło Barbarę. Kilka nieznanych numerów pewnie koledzy Marka, którym podała jej kontakt sąsiadka Irena: Basia, kiedy oddasz krzesła?.
Odpisała tylko Irenie: Jutro przyniosę, przepraszam.
Kasi: Ze mną ok, nie martw się. Pogadamy jutro.
Jankowi nie odpisała.
Potem posprzątała stół. Bez nerwów, powoli. Przełożyła żywność do pojemników, schowała do lodówki. Talerze zalała wodą. Wyrzuciła śmieci. Złożyła obrus. Zniosła krzesła do Ireny, która otwarła drzwi w szlafroku i patrzyła podejrzliwie, ale nie pytała. Mądra kobieta.
W domu wzięła kąpiel. Długą, z pianą, ciepłą. Leżała i patrzyła w sufit. Sufit miał plamę po starej zalewie od trzech lat mieli z Jankiem zamalować, ale nigdy nie było czasu. Teraz myślała: odwlekać malowanie sufitu trzy lata i odwlekać własne życie przez trzydzieści to adekwatnie to samo.
Janek przyszedł o dziesiątej. Słyszała, jak przekręca klucz, zdejmuje buty. wszedł do pokoju, przystanął przy drzwiach. Leżała w łóżku z książką.
Wiesz chociaż, co zrobiłaś? spytał.
Wiem powiedziała.
I?
I wszystko. Wiem.
Ciocia Danuta Marek będą skandale.
Wiem, Janku. Jestem zmęczona. Porozmawiamy jutro.
Pokręcił się jeszcze i wyszedł. Spał na kanapie w salonie, jak czasem po kłótni. Słyszała jego oddech, nie przyszła go przytulać.
Zgasiła lampkę. Leżała w ciemności.
Spała dziesięć godzin. Pierwszy raz od dawna.
Szóstego maja obudziło ją słońce wpadające szczeliną przez zasłony, śpiew wróbli i zapach kawy ustawionej wieczorem na timer. Wstała, zjadła kanapkę. Janek jeszcze spał, w salonie.
Otworzyła laptopa.
Chciała zobaczyć pogodę na tydzień. Ale w przeglądarce obok była stara zakładka otwarta miesiąc temu biuro podróży. Wycieczka po Mazurach. Pamiętała, iż weszła przez przypadek, zamknęła, bo nie było czasu.
Kliknęła na nią.
Giżycko, Mikołajki, Frombork, Malbork. Osiem dni, mała grupa, autokar, śniadania i zwiedzanie. Na zdjęciach jeziora, stare uliczki, kościoły, statki na Kanale. Nigdy tam nie była. Zawsze chciała. Janek nie znosił takich wyjazdów Po co się miotać, lepiej na działkę. Na działkę jeździli co lato od dwudziestu lat. Ziemniaki, grządki, ogórki.
Zadzwoniła do biura z samego rana, o dziewiątej.
Dzień dobry, dzwonię w sprawie wycieczki Mazury klasyczne, osiem dni? odezwał się miły kobiecy głos.
Tak powiedziała Barbara. Czy są miejsca na najbliższy termin?
Na czternastego maja jedno miejsce wolne.
Jedno? To dobrze. Tylko mi jedno trzeba.
Zamówiła i opłaciła wyjazd kartą od ręki. Potem siedziała i patrzyła przez okno. W środku czuła spokój. Nie radość, nie euforię tylko zwykły spokój, jak zawsze, gdy człowiek podejmie dobrą decyzję i czuje to w środku.
Zadzwoniła Kasia. Była ostrożna, jakby szła po lodzie.
Mamo, jak się trzymasz?
Dobrze odparła Barbara.
Musimy porozmawiać. Ciocia Danuta jest wściekła. Marek ma żal. Nie spodziewaliśmy się tego Czy mogłabyś zadzwonić do cioci i przeprosić? Byłoby spokojniej.
Nie, Kasiu Barbara odparła stanowczo.
Cisza.
Co znaczy nie?
Nie będę przepraszać za to, iż poprosiłam ludzi o opuszczenie mojego domu w moje własne imieniny.
Ale mamo…
Kasia, posłuchaj. Chcę ci coś powiedzieć i proszę, żebyś nie słuchała jak córka Marka albo cioci, tylko jak osoba. Mam pięćdziesiąt lat od wczoraj. Przeżyłam ten dzień jak obsługa na cudzej imprezie. Byłam wykończona, trzęsły mi się ręce, nie zjadłam obiadu, wszystkim przeszkadzałam, nikt nie złożył mi życzeń tylko usłyszałam zabierz śmietanę, bez proszę, bez dziękuję, bez spojrzenia w oczy. I wiesz, co mnie najbardziej uderzyło? Że sama na to pozwoliłam. Sama urządziłam ten stół i zaprosiłam tych ludzi. Dwadzieścia lat żyłam, nie pozwalając nikomu zapytać, jak się czuję. Bo udawałam, iż to nieważne.
Zamilkła. Za oknem przejechał autobus, gołąb usiadł na parapecie i odleciał.
Mamo powiedziała Kasia cicho. Było w tym coś nowego, nie obronnego, po prostu ludzkiego. Masz rację. Ale to takie nagłe.
Wiem. Dla mnie też.
I co teraz? Zawsze tak już będzie?
Barbara się uśmiechnęła.
Nie wiem, czy zawsze. Ale kupiłam wycieczkę.
Jaką wycieczkę?
Mazury klasyczne. Osiem dni. Wyjeżdżam czternastego.
Długa pauza.
Sama?
Sama.
Mamo odezwała się Kasia ledwo słyszalnie.
Kasiu, to pierwszy wyjazd w życiu, który planuję tylko dla siebie. Pierwszy raz od pięćdziesięciu lat. Chyba w końcu mogę.
Córka nie odpowiedziała. W końcu tylko: Dobrze. Zadzwoń potem.
Janek dowiedział się o wycieczce przy obiedzie. Przyszedł do kuchni, Barbara gotowała zupę. Powiedziała spokojnie: kupiłam wyjazd, wyjeżdżam czternastego, osiem dni Mazur.
Spojrzał na nią długo.
A mnie się nie spytałaś.
Nie.
Co to znaczy?
Co chcesz, Janku.
Barbara, na pewno wszystko w porządku? Może do lekarza?
Posoliła zupę i spróbowała łyżką. Trochę doprawiła.
W porządku. Zupa za dwadzieścia minut.
Wyszedł z kuchni. Słyszała jak łaził jeszcze po mieszkaniu, potem włączył telewizor. Życie płynęło dalej.
Kolejne dni były niespokojne. Janek raz milczał, raz się tłumaczył, czasem obrażał. Mówił, iż oszalała, kiedyś byłaś inna, normalni ludzie tak nie robią. Słuchała bez sprzeciwu. Nie tłumaczyła się. To było dla niej nowe: wcześniej tłumaczyła się za wszystko, choćby za to, na co nie miała wpływu. Teraz już jej się nie chciało.
Kasia zadzwoniła znów po trzech dniach. Oznajmiła, iż ciocia Danuta zarzeka się, iż już jej nogi w tym domu więcej nie będzie. Barbara: W porządku. Kasia się tego nie spodziewała wyraźnie szukała innej reakcji.
Mamo, nie szkoda ci?
Nie.
Ale to rodzina
Kasiu, ciocia Danuta nie jest moją rodziną. To krewni Marka. To różnica. Moja rodzina, Barbara zawahała się na moment to ty i Janek. I myślę o tym, jak nas nauczyć żyć inaczej. Nie o Danucie.
Kasia: aha. Chwila przerwy, potem zapytała o szczegóły wycieczki jaki szlak, gdzie noclegi. To był mały, ale krok. Barbara to poczuła i opowiadała.
Trzynastego maja, dzień przed wyjazdem, pakowała walizkę. Niewielką, lekką, żeby sama sobie poradziła. Układała rzeczy i dziwiła się, jak dawno tego nie robiła. Ostatni raz byli z Jankiem nad morzem siedem lat temu, ale wtedy pakowała całą rodzinę jego ubrania, swoje, apteczkę, jedzenie na drogę. Teraz tylko swoje rzeczy. Wzięła też niebieską sukienkę, niech jedzie.
Janek wszedł, zobaczył walizkę, przysiadł na łóżku.
Ty naprawdę wyjeżdżasz powiedział.
Naprawdę.
Osiem dni.
Osiem.
Przetarł czoło. Westchnął.
Jest coś do zjedzenia? Bo nie umiem gotować.
Janku odpowiedziała miękko. Jesteś dorosłym mężczyzną. W lodówce masz jedzenie na trzy dni, gotowe, tylko podgrzać. Potem, albo ugotujesz, albo zamówisz coś z dowozem. Poradzisz sobie.
Patrzył chwilę. Wyglądał, jakby chciał coś złośliwego powiedzieć, ale się powstrzymał. Widocznie widział w niej coś innego niż kiedyś.
No dobrze powiedział. Jedź.
Tylko jedź. Bez miłego wypoczynku, bez uważaj na siebie. Ale i bez zwariowałaś. To już coś.
Zamknęła walizkę.
Wieczorem zadzwoniła przyjaciółka, Grażyna, znana jeszcze z podstawówki. Mieszkały w innych dzielnicach, nie widywały się, ale dzwoniły, zwłaszcza gdy coś się działo.
Słyszałam od Ireny, co ty zrobiłaś na imieninach zaczęła Grażyna. Wszystkich wyrzuciłaś.
Poprosiłam tylko, żeby wyszli sprostowała Barbara.
Basia. Brawo.
Pauza.
Serio?
Znam cię trzydzieści lat. Zawsze ciągnęłaś wszystkich, nigdy ani słowa. Cieszę się, iż wreszcie
Grażka, bez patosu, proszę zaśmiała się Barbara.
Dobra, bez patosu. Gdzie jedziesz?
Na Mazury. Sama.
Sama! Grażyna umilkła. Zawsze chciałam tam pojechać.
To jedź.
Mój by nie puścił.
Grażka, wiesz, nie puści to jak masz osiem lat. Jak masz pięćdziesiąt, nie puści znaczy sama nie idziesz.
Grażyna się zaśmiała, poważniejąc zaraz.
Jesteś już inną osobą, Basia.
Nie wiem. Może. Po prostu zmęczyłam się byciem wygodną.
Każdy się męczy. Ale ty pierwsza coś z tym zrobiłaś.
Może nie pierwsza. My o tym tylko nie mówimy. Wstydzimy się.
Ty się wstydzisz?
Barbara spojrzała w okno. Ciemno, w sąsiednich mieszkaniach paliło się światło. W jednym kobieta zmywała naczynia, gdzie indziej migał telewizor, a ktoś kręcił się tam i z powrotem.
Nie. Już nie.
Czternastego maja Barbara wstała o wpół do szóstej. Janek jeszcze spał. Przygotowała sobie kawę, kanapki na drogę, sprawdziła dokumenty. Ubrała się, chwyciła walizkę. Niebieską sukienkę założyła od razu, bo czemu nie. Bo w wieku pięćdziesięciu lat można mieć ładną sukienkę choćby o szóstej rano.
Stała w przedpokoju, patrząc na swoje mieszkanie: trzy pokoje, dziewiąte piętro, widok na lipy. Plama na suficie, starszy ręcznik z kogutami, wszystko znane, swojskie. Wychodziła z tego mieszkania kimś innym niż dotąd. I czuła, iż to prawda.
Z kuchni dobiegł szelest. Janek wyszedł, w podkoszulku, spodnie dresowe, rozczochrane włosy. Spojrzał na nią, na walizkę.
Już wychodzisz powiedział.
Tak, taksówka czeka.
Kiwnął głową. Pokręcił się, spojrzał.
Sto lat, Basia. Nie powiedziałem wtedy.
Spojrzała na niego. Pięćdziesiąt cztery lata, zmęczona twarz, siwe pasma. Mężczyzna, z którym przeżyła dwadzieścia siedem lat. Nie wiedziała, co dalej z nimi będzie. Czy coś się zmieni po powrocie, czy znowu wszystko zamilknie. Życie to nie serial, w którym po ośmiu dniach wszystko wraca do porządku.
Dziękuję, Janku odpowiedziała po prostu.
Otworzyła drzwi i wyszła.
Taksówka stała już pod blokiem. Wpakowała walizkę, siadła z tyłu. Kierowca, młody chłopak, spytał: Dworzec Główny? Tak, na dworzec odpowiedziała.
Poznań budził się. Ulice jeszcze ciche, mało aut. Majowy ranek, światło jasne i trochę chłodne. Drzewa tonęły w soczystej zieleni, aż Barbara patrzyła i dziwiła się, jak dawno nie widziała takich prostych rzeczy: liście na drzewach, błękitne niebo, wschodzące słońce.
Na dworcu gwarno, ludzie z walizkami, zapach drożdżówek, zapowiedzi przez megafon. Normalny ruch. Znalazła tor, stanęła w kolejce.
Pociąg przyjechał punktualnie.
Zajęła miejsce, dolna leżanka przy oknie, dobrze się trafiło. W przedziale współpasażerowie starsze osoby, od razu się przedstawili. Kobieta naprzeciw wyjęła termos z herbatą i poczęstowała. Barbara podziękowała, na później.
Pociąg ruszył.
Poznań poszedł za oknem: bloki, drzewa, garaże; potem pola, lasy, większe niebo. Barbara patrzyła w okno, nie myśląc o niczym. Po prostu patrzyła. Dawała sobie ten czas, żeby tylko patrzeć, nie planując obiadu, nie licząc wydatków, nie myśląc, komu czego brakuje.
Telefon w kieszeni. Milczał, albo nie, ale nie patrzyła.
Myślała o tym, iż Giżycka nigdy nie widziała. W Mikołajkach podobno kościoły i jeziora, a w Fromborku stara katedra. W Malborku ten zamek czerwony czytała o nim dwadzieścia lat temu, zapamiętała.
Dwadzieścia lat czekała, żeby zobaczyć. Teraz jedzie.
Kobieta naprzeciw zapytała: Daleko pani jedzie?
Barbara uśmiechnęła się.
Na Mazury odparła.
Dobra rzecz skinęła sąsiadka. Sama?
Sama.
Odważnie podsumowała sąsiadka z uznaniem.
Wie pani powiedziała Barbara nie uważam. Po prostu już dawno trzeba było.
Pociąg jechał, nabierał tempa. Pola mijały lasy, niebo szerokie, błękitne chmury. Oparła się o zagłówek i zamknęła oczy. Nie spała, po prostu tak dla siebie.
Telefon zawibrował. Spojrzała. Kasia napisała: Mamo, wszystko ok? Jesteś już w drodze?
Odpisała: Jestem w pociągu. Wszystko dobrze. Nie martw się.
Drugą wiadomość dostała od nieznanego numeru. Otworzyła: Dzień dobry, tu pilotka wycieczki, Katarzyna. Powitam panią w Giżycku z tabliczką. Udanego wyjazdu!
Odpisała: Dziękuję. Już jadę.
Odłożyła telefon. Spojrzała znów przez szybę.
Pociąg jechał na północ. Za oknem Polska: szeroka, zielona, białe brzozy na skraju lasu. Barbara Zielińska patrzyła przez okno i myślała, iż jeżeli ktoś jeszcze kiedyś powie jej przynieś śmietanę takim tonem, po prostu się uśmiechnie. Uprzejmie. I powie nie.
To małe słowo. Trzy litery.
Wypowiedziała je wczoraj po raz pierwszy na serio.
Można się tego uczyć.
Nigdy nie jest za późno, by zacząć naprawdę żyć.











