11 marca
Dzisiaj znów przyjechała teściowa. Pani Jadwiga znowu przeszła przez nasze mieszkanie jak inspektor sanitarno-epidemiologiczny. Zatrzymywała się niemal przy każdym kącie, zaciskała usta na widok rzekomego kurzu na parapecie, przewracała oczami na rozrzucone zabawki dzieci. Trzy lata takich wizyt nauczyły mnie, iż każda z nich jest dla mnie jak sprawdzian bez możliwości zdania.
Martusiu, ty w ogóle już nie odkurzasz? Ja przez ten kurz zaraz dostanę uczulenia. Spójrz, tu już warstwa leży…
Zacisnęłam pięści pod stołem i milcząc obserwowałam, jak teściowa sprawdza półki i z niezadowoleniem kiwa głową.
Wczoraj sprzątałam i odkurzałam, dzieci od rana się bawiły odpowiedziałam spokojnie.
Sprzątać trzeba wtedy, kiedy jest potrzeba, a nie kiedy się zachce. Ja w twoim wieku…
Usiadła z godnością królowej, łaskawie pozwalając mi na rozmowę. Przesunęła palcem po podłokietniku, szukając kurzu.
U nas podłogi lśniły tak, iż można było się w nich przeglądać. A dzieci zawsze eleganckie, choćby fałdki na sukience równo. Porządek był! Mój mąż, świętej pamięci, mógł w każdej chwili kontrolę zrobić i nic nigdy nie znalazł!
Zaciskałam zęby i słuchałam. Tę opowieść o lśniących podłogach znałam już chyba na pamięć.
Co dzisiaj dzieci dostały na obiad?
Zupę jarzynową.
Jest w lodówce? już szła do kuchni, zanim zdążyłam odpowiedzieć. Pokaż.
Wyciągnęła garnek, powąchała, spróbowała z takim miną, jakby degustowała truciznę.
Za słona. I za dużo marchewki. Dzieci to nie króliki, po co im tyle marchewki? Michałowi to ja zupełnie inne zupy gotowałam, wszystko zjadał i prosił o dokładkę.
Nie odpowiedziałam. To nie miało sensu.
A na śniadanie co dałaś? Znów te sklepowe płatki? Mówiłam tylko naturalna kasza! Zosia, żona Roberta, zawsze nastawia kaszę na noc i rano gotuje świeżą. Jej dzieci nigdy nie chorują.
Zawsze ta Zosia. Idealna Zosia z idealną kaszą i dziećmi.
Ale płatki owsiane też są naturalne odparłam.
Ej, nie rozśmieszaj mnie! Tylko to wasze fast foody… Za moich czasów choćby słowa takiego nie było! Gotowało się z sercem, stało przy garnkach godzinami.
Teściowa ruszyła do pokoju dziecięcego.
A spać o której chodzicie? Wczoraj o dziewiątej dzwoniłam, a Anusia jeszcze nie spała.
Dziewiąta trzydzieści najczęściej.
Za późno! W dzieciństwie rytm dnia był świętością. Michał spał o ósmej i ani piśnięcia, ani grymaszenia. Bo była dyscyplina! Teraz to tylko rozpieszczacie…
Przygryzłam wargę, bo słowa o psychologach i nowych metodach wychowania nic by nie dały. Zresztą moje dzieci to nie Michał sprzed trzydziestu lat. Ale Jadwiga nie słucha nikogo poza sobą.
I te kółka plastyczne… Lepienie, rysowanie… Tylko głupoty. Michała to ja posyłałam na szachy i pływanie. A tu rysować i na to się kasę traci! W domu można rysować!
Ania bardzo to lubi. Ma talent.
Talent! parsknęła. To tam w pracowni ci tak mówią, żeby wyciągnąć pieniądze. Jaki talent w wieku czterech lat?!
Znowu usiadła, splatając ręce na kolanach.
Powiem ci jedno, Martusiu. Rozpuściłyście się wy, te dzisiejsze matki. Tylko telefony wam w głowie i internety. A porządek leży, dzieci niewychowane, mężowie głodni. Zosia, żona Roberta… i pracuje, i dom na błysk, i trójkę dzieci sama wychowuje. A ty dwójka i już nie dajesz rady.
Znów Zosia. Święta Zosia z aureolą wykrochmalonych firanek.
Ja też pracuję, pani Jadwigo.
Wiem, wiem. Siedzisz cały dzień przy komputerze, papiery przekładasz. To nie praca! Ja w twoim wieku… westchnęła, przymykając oczy trójka dzieci, działka, gospodarstwo. Wszystko ogarnięte. I teściową szanowałam, nigdy słowa przeciw.
Próbowałam tłumaczyć, iż praca jest odpowiedzialna, wymagająca skupienia i prowadzenia dużych projektów, ale moje słowa rozbijały się o jej pobłażliwy uśmiech.
Każda taka wizyta była egzaminem, który z góry miałam oblać. Teściowa krytykowała dosłownie wszystko: ręczniki nie tak złożone, herbata za gorąca, kwiaty na parapecie zwiędnięte, zasłony do prania. Trzy lata tych uwag doprowadziły mnie do granic wytrzymałości, ale milczałam dla Michała, dla spokoju.
Dziś Jadwiga miała wyjątkowo zły humor. Zaraz po wejściu ruszyła do kuchni, oburzyła się na widok niewymytej patelni.
Czteroletni Staś kręcił nosem nad zupą.
Nie chcę! Niesmaczne!
No widzisz! triumfowała teściowa. Dziecko zupy nie je, bo nie umiesz gotować. Już ci pokażę, jak zrobić zupę dla dziecka. Bierzesz kurczaka, ale tylko wiejskiego…
Coś we mnie pękło. Cicho, niewidocznie, ale poczułam, jakby wewnątrz zerwała się napięta struna.
Lata przykrych uwag, porównań do idealnej Zosi, sugestii mojej bezwartościowości, krytyki wybuchły na dobre…
Powoli podniosłam się od stołu i spojrzałam na teściową z chłodem, na który sama się nie spodziewałam.
Pani Jadwigo. Przyszła pani do domu syna czy swojego?
Zamarła z łyżką w ręku. Przez sekundę wyglądała, jakby zapomniała oddychać.
Słucham?..
Pytam: gdy pani wychodziła za mąż, mąż przyszedł do pani, czy pani do niego?
Do męża oczywiście… zająknęła się. Ale co to ma…
Ja Michała sprowadziłam tutaj. Do tego mieszkania. Trzypokojowego, kupionego za moje pieniądze. Zarobione, proszę pani, tym samym przekładaniem papierów.
Twarz teściowej poszarzała.
Więc w tym domu ja decyduję, kiedy się gotuje zupę, o której idą dzieci spać i jakie wybierają zajęcia. A jeszcze zapytam: ile pani kiedyś zarabiała? Może cały czas na garnuszku męża, tylko gospodarstwo?
Jadwiga zbladła.
Jak… możesz mnie tak obrażać?!
Nie obrażam. Pytam. Dla porządku: zarabiam siedemnaście tysięcy złotych na rękę. Dwa razy tyle, co Michał. Więc przy następnej chęci dawania mi lekcji, proszę to pamiętać.
W kuchni zapadła cisza. choćby Staś zastygł z łyżką, patrząc to na mnie, to na babcię.
Nagle odezwały się drzwi. Michał wrócił z pracy, rozejrzał się i od razu poczuł napiętą atmosferę.
Michałku! rzuciła się do syna pani Jadwiga. Wiesz, co twoja żona mi nagadała?! Uraziła mnie! Opluła!
Stop Michał podniósł rękę. Poczekaj. Marto, co się stało?
Opowiedziałam cicho o tych trzech latach. O porównaniach, krytyce, ciągłych sugestiach, iż jestem złą matką i gospodynią. O tym, jak ingerowała w wychowanie.
Michał słuchał w milczeniu. Widziałam, jak jego twarz się zmienia od zdziwienia, przez zrozumienie, po… coś na kształt poczucia winy. Zacisnął szczękę, przetarł czoło.
Michałku, nie wierz tej… tej…
Mamo spojrzał na nią bez cienia dawnej łagodności. Ale naprawdę przez trzy lata tak dręczyłaś Martę?
Ja? Co ty! Ja tylko dobre rady dawałam! Ona…
O te rady: o zupę, kółka, kurzy pył. Zawsze, co?
Teściowa otworzyła usta, ale Michał nie dopuścił jej do słowa.
Zauważyłem, wiesz? Że Marta po twoich wizytach chodzi przygaszona. Myślałem może zmęczona. Ale ona po prostu musiała to znosić. Żebyśmy się nie kłócili.
Michał…
Mamo westchnął ciężko. jeżeli jeszcze raz będziesz mieć pretensje pod adresem mojej żony drzwi do tego domu masz zamknięte.
Jadwiga wcisnęła palce w blat stołu.
Naprawdę? Przez nią? Przez tę…
Przez moją żonę poprawił go cicho Michał. Matkę moich dzieci. Kobietę, która kupiła ten dom. I przez trzy lata milczała dla mojego spokoju, podczas gdy ją upokarzałaś. Więc tak, mamo. Zupełnie poważnie.
Patrzyła na syna, jakby go pierwszy raz widziała. Wreszcie chwyciła torebkę, poszła do wyjścia. Na progu odwróciła się, wargami trzęsącymi od złości, ale widok Michała uciszył ją. Tylko machnęła ręką nie wiem, czy na pożegnanie, czy w geście rezygnacji i wyszła.
W ciszy dało się słyszeć tykanie zegara i szuranie Stasia zapomniałego o swojej zupie.
Michał przyciągnął mnie do siebie. Oparłam czoło o jego koszulę i dopiero wtedy poczułam, jak bardzo mam spięte plecy jakbym przez te trzy lata dźwigała ciężar ponad siły.
Czemu tak długo milczałaś? szepnął mi do włosów, delikatnie głaszcząc po plecach. Trzy lata, Marto.
Nie chciałam was poróżnić. To przecież twoja mama.
Moja głuptasko przytulił mnie mocniej, a jego suchy pocałunek dotknął mojego skroni. Ty i dzieci to moja rodzina. Mama musi to zaakceptować. Albo nie widzieć wnuków.
Spojrzałam na Michała i aż chciało mi się śmiać. Po raz pierwszy od trzech lat poczułam swobodę w klatce piersiowej, po raz pierwszy mogłam oddychać.
Mamo! Mamo! wtrącił Staś. Babcia już poszła? A zupę muszę jeść?
Wymieniliśmy z Michałem spojrzenie i wybuchliśmy śmiechem. Dawno nie śmialiśmy się razem tak szczerze.
Ale zupę, Stasiu, trzeba zjeść. A jutro ugotuję taką, jaką Ty lubisz.













