Przesadziłyście już zupełnie — Natalka, ty przestałaś w ogóle odkurzać? Od tego kurzu aż mi oczy łzawią. Zobacz, już się dywan zrobił! Natalia zaciśniętymi pięściami pod stołem obserwowała, jak pani Olga znowu obchodzi mieszkanie niczym inspektor sanepidu. Teściowa zatrzymywała się w każdym kącie, krytycznie mierzyła półki wzrokiem, marszczyła brwi na „niewidzialny” kurz na parapecie i kręciła głową na widok rozrzuconych zabawek dzieci. Trzy lata takich wizyt zamieniły każde pojawienie się Olgi w prawdziwą udrękę dla Natalii. — Wczoraj sprzątałam, odkurzałam i ścierałam kurz — próbowała spokojnie odpowiadać Natalia. — Dzieci rano się bawiły. — Sprzątać trzeba nie wtedy, kiedy wygodnie, tylko kiedy trzeba. Ja w twoim wieku… Olga usiadła w fotelu niczym królowa, która z łaską schodzi do rozmowy z plebsem. Palcami sprawdzała podłokietnik pod kątem kurzu. — Za moich czasów podłogi aż lśniły! Można się było w nich przejrzeć i poprawić szminkę. Dzieci zawsze schludnie ubrane, na ubraniach ani jednej fałdki. I porządek, o jakim można śnić! Teść, niech spoczywa w pokoju, potrafił zrobić niespodziewaną kontrolę — i nigdy nie znalazł ani pyłku. Oho! Natalia słuchała w milczeniu, z zaciśniętymi zębami. Tę historię o lśniących podłogach słyszała już z pięćdziesiąt albo sześćdziesiąt razy… — A co dzisiaj dzieciom na obiad ugotowałaś? — Zupę jarzynową. — Stoi w lodówce? — Teściowa już się podnosiła i szła do kuchni. — Daj, zobaczę. Otworzyła garnek, powąchała, zamieszała i spróbowała z miną, jakby właśnie sprawdzała na sobie truciznę. — Przesoliłaś. I za dużo marchewki. Dzieci to nie króliki, po co im tyle marchewki? Ja Witkowi w dzieciństwie inaczej robiłam zupy — zjadał do ostatniej łyżki i jeszcze dokładkę prosił. Natalia nie odpowiadała. Szkoda słów. — A jaką kaszę dajesz na śniadanie? Znowu te sklepowe płatki? Przecież mówiłam — tylko naturalna kasza! Maja, żona Szymona, zawsze namacza kaszę wieczorem, rano gotuje świeżą. Ich dzieci nigdy nie chorują. Znów ta Maja. Idealna Maja z idealnymi dziećmi i perfekcyjnie zamoczoną kaszą… — Pani Olgo, płatki owsiane to też naturalny produkt. — Nie rozśmieszaj mnie! Wszystko przez wasz ten „fast food”… Za moich czasów choćby nikt nie wiedział, co to jest fast food. Wszystko gotowało się samemu, z sercem, po trzy godziny nad garami. Teściowa zajrzała do dziecięcego pokoju. — A spać o której chodzicie? Wczoraj o dziewiątej dzwoniłam, Maja jeszcze nie spała. — Około dziewiątej trzydzieści. — Za późno! Na wychowaniu dzieci trzeba trzymać rygor. Witek już o ósmej był w łóżku, nie marudził, nie kaprysił. Bo była dyscyplina. A wy tylko rozpieszczacie, niańczycie… Natalia przygryzła wargę. Miała ochotę powiedzieć, iż czasy się zmieniły, psychologowie rekomendują inne podejścia, iż jej dzieci to nie Witek sprzed trzydziestu lat… Ale po co? Olga słuchała tylko siebie. — A te wasze kółka… — ciągnęła teściowa, oglądając dziecięce rysunki. — Lepienie, malowanie… Fanaberia. Ja Witka zapisałam na pływanie i szachy. To była nauka! A malować można w domu, po co pieniędzmi szastać? — Majka lubi malować. Ma talent. — Talent?! — prychnęła Olga. — Tak ci w kółku powiedzieli, żeby wyciągnąć kasę. Co tam za talent w czterolatce? Usiadła znowu w fotelu, ręce położyła na kolanach. — Powiem ci tak, Natalka. Rozpieszczone te wasze nowoczesne mamusie! Tylko telefony i internet głowie. W domu bałagan, dzieci rozpuszczone, mężowie głodni chodzą. Maja, żona Szymona — i pracuje, i ma porządek w domu, i trójkę dzieci sama prowadzi. Ty dwoje masz i choćby z tym sobie nie radzisz. Znów Maja. Święta Maja z aureolą wykrochmalonych prześcieradeł. — Ja też pracuję, pani Olgo. — Wiem, wiem. Siedzisz cały dzień przy komputerze, papiery przekładasz. To niby praca? Ja w twoim wieku… — teściowa rozmarzyła się, — trójka dzieci, ogródek, dom, wszystko ogarnięte. I teściową — też swoją szanowałam. Słowa złego nigdy nie powiedziałam. Natalia próbowała tłumaczyć, iż jej praca wymaga skupienia, iż zarządza poważnymi projektami, że… Ale to wszystko odbijało się od uśmiechu Olgi, która kiwała głową jak mądry mentor, znoszący głupią uczennicę. Każda wizyta była egzaminem, który Natalia z góry miała oblać. Teściowa znajdowała błędy we wszystkim: ręczniki nie tak złożone, herbata za gorąca, kwiaty na parapecie zwiędłe, firanki do prania. Trzy lata tego nacisku doprowadziły Natalię do kresu, ale milczała. Dla Witka. Dla spokoju w rodzinie. Tego dnia Olga była wyraźnie poirytowana. Od razu ruszyła do kuchni, zdegustowana spojrzała na niedomywaną patelnię w zlewie. Piotruś, czteroletni syn Natalii, kręcił nosem przy stole, bawiąc się łyżką w zupie. — Nie chcę! Niedobre! — No właśnie! — triumfowała Olga. — Widzisz? Dziecko nie je zupy, bo nie umiesz gotować. Zobacz, jak się robi dobrą zupę — bierzesz kurczaka, tylko wiejskiego, nie tę sklepową gumę… Coś w Natalii pękło. Cicho, bez dźwięku, ale poczuła, jakby w środku coś się rozerwało. Lata złośliwości, upokorzeń, nieustannych porównań z idealną Mają, aluzji do jej bezwartościowości, uwag, westchnień, kręcenia głową — wszystko naraz zawrzało. Ostatecznie i nieodwołalnie… Natalia powoli wstała od stołu. Spojrzała na teściową nowym, twardym, chłodnym wzrokiem. — Pani Olgo — powiedziała spokojnie. — Przyszła pani do domu swojego syna, czy do swojego? Teściowa zamarła z łyżką w połowie drogi do ust. Przez moment wyglądała, jakby zapomniała, jak się oddycha. — Co?.. — Pytam: kiedy pani wychodziła za mąż, to przyprowadziła pani męża do siebie, czy poszła do jego domu? — Do męża, oczywiście… — Olga zmieszała się. — Ale jakie to ma znacz… — Ja Witka przyprowadziłam do tego mieszkania. Trzy pokoje, kupione za moje pieniądze. Zarobione właśnie na tym przekładaniu papierów przed komputerem. Twarz Olgi zaczęła blednąć. — Więc tutaj ja decyduję, jaką gotuję zupę, o której dzieci idą spać i na jakie zajęcia chodzą. A jeszcze jedno mnie ciekawi: ile pani zarabiała? Czy całe życie siedziała pani na karku męża i tylko dom prowadziła? Olga aż poczerwieniała. — Jak ty… ja… Jak śmiesz mnie obrażać? — Nie obrażam, pytam tylko. Dla informacji: moja pensja to sto osiemdziesiąt tysięcy. Dwa razy więcej niż Witek. Więc jak następnym razem zechce mnie pani pouczać, proszę to sobie przypomnieć. W kuchni zapanowała cisza. Piotruś choćby przestał mieszać zupą i tylko patrzył to na mamę, to na babcię. Trzasnęły drzwi wejściowe. Witek wrócił z pracy, stanął w progu wyczuwając ciężką atmosferę. — Wituś! — Olga rzuciła się do syna. — Wiesz, co twoja żona mi powiedziała?! Upokorzyła! Obraziła mnie! — Stop. — Witek podniósł rękę. — Poczekaj. Natalko, co się stało? Natalia cicho, zmęczonym głosem opowiedziała o trzech latach. O nieustanych porównaniach, krytyce, aluzjach do swojej bezwartościowości jako żony i matki, o ciągłym wtrącaniu się w wychowanie dzieci. Witek słuchał bez słowa. Wiedziała, jak zmienia się wyraz jego twarzy — od zdziwienia przez zrozumienie do czegoś na kształt wstydu. Zaciskał szczękę i potarł nos gestem człowieka, który nagle zrozumiał coś bardzo nieprzyjemnego o samym sobie. — Witku, przecież nie wierzysz tej… tej… — próbowała Olga. — Jestem twoją matką! Wychowałam cię, wykarmiłam, po nocach nie spałam! — Mamo — Witek spojrzał na nią, a Natalia zauważyła, iż w jego oczach nie ma już tej dawnej łagodności. — Naprawdę przez trzy lata czepiałaś się Natalii? — Ja?! Czepiałam się?! Przecież tylko rady dawałam! A ona… — Rady — Witek powoli pokiwał głową. — O zupie. O kółkach. O tym, kiedy kłaść dzieci spać. O kurzu. Zawsze, tak? Olga otworzyła usta, ale syn nie dał jej dojść do słowa. — Zauważyłem. Widziałem, iż po twoich wizytach Natalia nie jest sobą. Myślałem, iż po prostu jest zmęczona. A ona, jak się okazuje, znosiła to wszystko w milczeniu. Dla nas – żebyśmy się nie kłócili przez ciebie. — Witek! — Mamo — westchnął. — jeżeli będziesz przez cały czas krytykować moją żonę — nie masz tu wstępu. Olga zamarła. Jej palce aż zbielały na stole. — Ty… ty mówisz poważnie? Przez nią? Przez tę…? — Przez moją żonę — poprawił Witek. — Matkę moich dzieci. Kobietę, która, tak na marginesie, kupiła to mieszkanie. I trzy lata milczała, gdy ją poniżałaś, żeby nie było między nami wojny. Więc tak, mamo. Zupełnie poważnie. Przez kilka sekund Olga patrzyła na syna, jakby zobaczyła go pierwszy raz w życiu. Potem gwałtownie zerwała torbę z wieszaka i ruszyła do wyjścia. Na progu odwróciła się, usta drżały jej ze złości i żalu, ale coś w twarzy Witka kazało jej milczeć. Pomachała ręką — nie było jasne, czy na pożegnanie, czy na odtrącenie — i wyszła. W ciszy słychać było tylko tykanie zegara w kuchni i Piotrusia, który zapomniał już o zupie. Witek objął żonę i przytulił do siebie. Natalia oparła czoło o jego pierś i dopiero wtedy poczuła, jak strasznie bolały ją ramiona — jakby trzy lata dźwigała coś nie do uniesienia. — Czemu tyle milczałaś? — spytał Witek cicho, gładząc ją po plecach. — Trzy lata, Natalka. Trzy lata to w sobie dusiłaś. — Nie chciałam was kłócić. To twoja mama. — Głuptas z ciebie — przytulił ją mocniej, a Natalia poczuła na skroni suche usta. — Ty jesteś moją rodziną. Ty i dzieci. A mama… Mama musi się z tym pogodzić. Albo nie zobaczy wnuków. Natalia spojrzała na Witka. Miała ochotę się śmiać. Pierwszy raz od trzech lat nie miała kamienia w piersiach, pierwszy raz od trzech lat mogła oddychać swobodnie. — Mamusiu, mamusiu! — zapiszczał Piotruś. — Babcia sobie poszła? A zupy nie muszę już jeść? Witek i Natalia spojrzeli na siebie – i wybuchnęli śmiechem. Jednocześnie, na głos, jak dawno im się to nie zdarzyło. — Zupę i tak trzeba zjeść — powiedziała Natalia. — Ale jutro ugotuję inną. Taką, jaką ty lubisz…

twojacena.pl 11 godzin temu

11 marca

Dzisiaj znów przyjechała teściowa. Pani Jadwiga znowu przeszła przez nasze mieszkanie jak inspektor sanitarno-epidemiologiczny. Zatrzymywała się niemal przy każdym kącie, zaciskała usta na widok rzekomego kurzu na parapecie, przewracała oczami na rozrzucone zabawki dzieci. Trzy lata takich wizyt nauczyły mnie, iż każda z nich jest dla mnie jak sprawdzian bez możliwości zdania.

Martusiu, ty w ogóle już nie odkurzasz? Ja przez ten kurz zaraz dostanę uczulenia. Spójrz, tu już warstwa leży…

Zacisnęłam pięści pod stołem i milcząc obserwowałam, jak teściowa sprawdza półki i z niezadowoleniem kiwa głową.

Wczoraj sprzątałam i odkurzałam, dzieci od rana się bawiły odpowiedziałam spokojnie.
Sprzątać trzeba wtedy, kiedy jest potrzeba, a nie kiedy się zachce. Ja w twoim wieku…

Usiadła z godnością królowej, łaskawie pozwalając mi na rozmowę. Przesunęła palcem po podłokietniku, szukając kurzu.

U nas podłogi lśniły tak, iż można było się w nich przeglądać. A dzieci zawsze eleganckie, choćby fałdki na sukience równo. Porządek był! Mój mąż, świętej pamięci, mógł w każdej chwili kontrolę zrobić i nic nigdy nie znalazł!

Zaciskałam zęby i słuchałam. Tę opowieść o lśniących podłogach znałam już chyba na pamięć.

Co dzisiaj dzieci dostały na obiad?
Zupę jarzynową.
Jest w lodówce? już szła do kuchni, zanim zdążyłam odpowiedzieć. Pokaż.

Wyciągnęła garnek, powąchała, spróbowała z takim miną, jakby degustowała truciznę.

Za słona. I za dużo marchewki. Dzieci to nie króliki, po co im tyle marchewki? Michałowi to ja zupełnie inne zupy gotowałam, wszystko zjadał i prosił o dokładkę.

Nie odpowiedziałam. To nie miało sensu.

A na śniadanie co dałaś? Znów te sklepowe płatki? Mówiłam tylko naturalna kasza! Zosia, żona Roberta, zawsze nastawia kaszę na noc i rano gotuje świeżą. Jej dzieci nigdy nie chorują.

Zawsze ta Zosia. Idealna Zosia z idealną kaszą i dziećmi.

Ale płatki owsiane też są naturalne odparłam.
Ej, nie rozśmieszaj mnie! Tylko to wasze fast foody… Za moich czasów choćby słowa takiego nie było! Gotowało się z sercem, stało przy garnkach godzinami.

Teściowa ruszyła do pokoju dziecięcego.

A spać o której chodzicie? Wczoraj o dziewiątej dzwoniłam, a Anusia jeszcze nie spała.
Dziewiąta trzydzieści najczęściej.
Za późno! W dzieciństwie rytm dnia był świętością. Michał spał o ósmej i ani piśnięcia, ani grymaszenia. Bo była dyscyplina! Teraz to tylko rozpieszczacie…

Przygryzłam wargę, bo słowa o psychologach i nowych metodach wychowania nic by nie dały. Zresztą moje dzieci to nie Michał sprzed trzydziestu lat. Ale Jadwiga nie słucha nikogo poza sobą.

I te kółka plastyczne… Lepienie, rysowanie… Tylko głupoty. Michała to ja posyłałam na szachy i pływanie. A tu rysować i na to się kasę traci! W domu można rysować!
Ania bardzo to lubi. Ma talent.
Talent! parsknęła. To tam w pracowni ci tak mówią, żeby wyciągnąć pieniądze. Jaki talent w wieku czterech lat?!

Znowu usiadła, splatając ręce na kolanach.

Powiem ci jedno, Martusiu. Rozpuściłyście się wy, te dzisiejsze matki. Tylko telefony wam w głowie i internety. A porządek leży, dzieci niewychowane, mężowie głodni. Zosia, żona Roberta… i pracuje, i dom na błysk, i trójkę dzieci sama wychowuje. A ty dwójka i już nie dajesz rady.

Znów Zosia. Święta Zosia z aureolą wykrochmalonych firanek.

Ja też pracuję, pani Jadwigo.
Wiem, wiem. Siedzisz cały dzień przy komputerze, papiery przekładasz. To nie praca! Ja w twoim wieku… westchnęła, przymykając oczy trójka dzieci, działka, gospodarstwo. Wszystko ogarnięte. I teściową szanowałam, nigdy słowa przeciw.

Próbowałam tłumaczyć, iż praca jest odpowiedzialna, wymagająca skupienia i prowadzenia dużych projektów, ale moje słowa rozbijały się o jej pobłażliwy uśmiech.

Każda taka wizyta była egzaminem, który z góry miałam oblać. Teściowa krytykowała dosłownie wszystko: ręczniki nie tak złożone, herbata za gorąca, kwiaty na parapecie zwiędnięte, zasłony do prania. Trzy lata tych uwag doprowadziły mnie do granic wytrzymałości, ale milczałam dla Michała, dla spokoju.

Dziś Jadwiga miała wyjątkowo zły humor. Zaraz po wejściu ruszyła do kuchni, oburzyła się na widok niewymytej patelni.

Czteroletni Staś kręcił nosem nad zupą.

Nie chcę! Niesmaczne!
No widzisz! triumfowała teściowa. Dziecko zupy nie je, bo nie umiesz gotować. Już ci pokażę, jak zrobić zupę dla dziecka. Bierzesz kurczaka, ale tylko wiejskiego…

Coś we mnie pękło. Cicho, niewidocznie, ale poczułam, jakby wewnątrz zerwała się napięta struna.

Lata przykrych uwag, porównań do idealnej Zosi, sugestii mojej bezwartościowości, krytyki wybuchły na dobre…

Powoli podniosłam się od stołu i spojrzałam na teściową z chłodem, na który sama się nie spodziewałam.

Pani Jadwigo. Przyszła pani do domu syna czy swojego?

Zamarła z łyżką w ręku. Przez sekundę wyglądała, jakby zapomniała oddychać.

Słucham?..
Pytam: gdy pani wychodziła za mąż, mąż przyszedł do pani, czy pani do niego?
Do męża oczywiście… zająknęła się. Ale co to ma…
Ja Michała sprowadziłam tutaj. Do tego mieszkania. Trzypokojowego, kupionego za moje pieniądze. Zarobione, proszę pani, tym samym przekładaniem papierów.

Twarz teściowej poszarzała.

Więc w tym domu ja decyduję, kiedy się gotuje zupę, o której idą dzieci spać i jakie wybierają zajęcia. A jeszcze zapytam: ile pani kiedyś zarabiała? Może cały czas na garnuszku męża, tylko gospodarstwo?

Jadwiga zbladła.

Jak… możesz mnie tak obrażać?!
Nie obrażam. Pytam. Dla porządku: zarabiam siedemnaście tysięcy złotych na rękę. Dwa razy tyle, co Michał. Więc przy następnej chęci dawania mi lekcji, proszę to pamiętać.

W kuchni zapadła cisza. choćby Staś zastygł z łyżką, patrząc to na mnie, to na babcię.

Nagle odezwały się drzwi. Michał wrócił z pracy, rozejrzał się i od razu poczuł napiętą atmosferę.

Michałku! rzuciła się do syna pani Jadwiga. Wiesz, co twoja żona mi nagadała?! Uraziła mnie! Opluła!
Stop Michał podniósł rękę. Poczekaj. Marto, co się stało?

Opowiedziałam cicho o tych trzech latach. O porównaniach, krytyce, ciągłych sugestiach, iż jestem złą matką i gospodynią. O tym, jak ingerowała w wychowanie.

Michał słuchał w milczeniu. Widziałam, jak jego twarz się zmienia od zdziwienia, przez zrozumienie, po… coś na kształt poczucia winy. Zacisnął szczękę, przetarł czoło.

Michałku, nie wierz tej… tej…
Mamo spojrzał na nią bez cienia dawnej łagodności. Ale naprawdę przez trzy lata tak dręczyłaś Martę?
Ja? Co ty! Ja tylko dobre rady dawałam! Ona…
O te rady: o zupę, kółka, kurzy pył. Zawsze, co?

Teściowa otworzyła usta, ale Michał nie dopuścił jej do słowa.

Zauważyłem, wiesz? Że Marta po twoich wizytach chodzi przygaszona. Myślałem może zmęczona. Ale ona po prostu musiała to znosić. Żebyśmy się nie kłócili.
Michał…
Mamo westchnął ciężko. jeżeli jeszcze raz będziesz mieć pretensje pod adresem mojej żony drzwi do tego domu masz zamknięte.

Jadwiga wcisnęła palce w blat stołu.

Naprawdę? Przez nią? Przez tę…
Przez moją żonę poprawił go cicho Michał. Matkę moich dzieci. Kobietę, która kupiła ten dom. I przez trzy lata milczała dla mojego spokoju, podczas gdy ją upokarzałaś. Więc tak, mamo. Zupełnie poważnie.

Patrzyła na syna, jakby go pierwszy raz widziała. Wreszcie chwyciła torebkę, poszła do wyjścia. Na progu odwróciła się, wargami trzęsącymi od złości, ale widok Michała uciszył ją. Tylko machnęła ręką nie wiem, czy na pożegnanie, czy w geście rezygnacji i wyszła.

W ciszy dało się słyszeć tykanie zegara i szuranie Stasia zapomniałego o swojej zupie.

Michał przyciągnął mnie do siebie. Oparłam czoło o jego koszulę i dopiero wtedy poczułam, jak bardzo mam spięte plecy jakbym przez te trzy lata dźwigała ciężar ponad siły.

Czemu tak długo milczałaś? szepnął mi do włosów, delikatnie głaszcząc po plecach. Trzy lata, Marto.
Nie chciałam was poróżnić. To przecież twoja mama.
Moja głuptasko przytulił mnie mocniej, a jego suchy pocałunek dotknął mojego skroni. Ty i dzieci to moja rodzina. Mama musi to zaakceptować. Albo nie widzieć wnuków.

Spojrzałam na Michała i aż chciało mi się śmiać. Po raz pierwszy od trzech lat poczułam swobodę w klatce piersiowej, po raz pierwszy mogłam oddychać.

Mamo! Mamo! wtrącił Staś. Babcia już poszła? A zupę muszę jeść?

Wymieniliśmy z Michałem spojrzenie i wybuchliśmy śmiechem. Dawno nie śmialiśmy się razem tak szczerze.

Ale zupę, Stasiu, trzeba zjeść. A jutro ugotuję taką, jaką Ty lubisz.

Idź do oryginalnego materiału