Przepis na szczęście…
Cała klatka schodowa obserwowała, jak wprowadzają się nowi lokatorzy do mieszkania na drugim piętrze. Była to rodzina kierownika produkcji dużego zakładu w naszym małym miasteczku.
I co oni w tej starej kamienicy się zadomowili? dopytywała emerytka pani Janina, rozmawiając z sąsiadkami. Przecież przy takich znajomościach to by pewnie swoje złotówki dorzucili i w nowym bloku dostali mieszkanie.
Mamo, nie oceniaj po sobie. Po co im nowy blok, skoro tu kamienica solidna wysokie sufity, duże osobne pokoje, ogromny przedpokój, a loggia jak dodatkowy pokój wytknęła jej córka, trzydziestoletnia i niezamężna Bogusia z wyrazistym makijażem. No i jeszcze mają od razu założony telefon. Wiesz, iż w naszym domu to tylko w trzech mieszkaniach z dziewięciu jest telefon?
Tylko żebyś ty nie latała do nich dzwonić, bo już wszyscy mają dość twoich rozmów przez telefon zganiła ją mama. I pamiętaj: nie narzucaj się nowym sąsiadom, to poważni ludzie.
Wcale nie tacy poważni. Młodzi są. Ich córka, Wioletta, ma dopiero dziewięć lat odpowiedziała Bogusia z wyrzutem w głosie. adekwatnie są prawie w moim wieku, najwyżej kilka lat starsi.
Okazało się, iż nowi sąsiedzi faktycznie byli uprzejmi i życzliwi. Ludmiła pracowała w szkolnej bibliotece, a Marek miał już ponad dziesięć lat przepracowane na zakładzie.
Bogusia zawsze chętnie dzieliła się nowinkami, gdy wieczorem mama z sąsiadkami siadała na ławeczce przed blokiem.
Skąd ty już wszystko wiesz? śmiały się inne kobiety. Ty to jak prokurator!
Wchodzę do nich, żeby zadzwonić. Nie to, co niektórzy… rzucała aluzję do sąsiadów, którzy nie lubili jej odwiedzin z powodu jej długich rozmów telefonicznych.
Tak gwałtownie zaprzyjaźniła się z nowymi, a telefon u nich stał się dla niej miejscem do pogaduszek z koleżankami i znajomymi z pracy. Odwiedzała ich w coraz to nowych strojach, czasem w szlafroku, wyraźnie szukając bliższych relacji z rodziną.
Pewnego razu zobaczyła jednak Marka, który wyraźnie zamknął drzwi do salonu, gdy zaczęła rozmowę. Później sytuacja się powtarzała. Bogusia niby się uśmiechała do Ludmiły i dziękowała, zaglądając do kuchni po rozmowie, ale Ludmiła zwykle tylko kiwnęła głową i prosiła, by zamknąć za sobą drzwi.
Nie mogę zamknąć sama, ręce mam w mące, a tu zamek sam się zatrzaskuje.
O, a co pieczecie? Znów drożdżówki? Tyle u was zawsze tych wypieków… A ja nie potrafię mówiła Bogusia.
Tak, będą rano twarożki do śniadania. Rano nie ma kiedy piec, więc robię teraz… odpowiadała Ludmiła, odwracając się z powrotem do swoich zajęć.
Bogusia wychodziła urażona, iż nikt nie chce z nią dłużej rozmawiać.
Ludmiło, rozumiem, iż trudno ci odmówić jej prosto w oczy zwrócił uwagę Marek. Ale nasz telefon co wieczór zajęty, koledzy nie mogą się do mnie dodzwonić, to przesada.
No tak, sama widzę, iż coraz śmielej się panoszy i gada przez telefon jak u siebie zgodziła się żona.
Tego wieczoru, Bogusia znów przysiadła w korytarzu i zaczęła rozmowę telefoniczną z przyjaciółką. Po dziesięciu minutach Ludmiła zapytała grzecznie:
Bogusiu, czy długo jeszcze będziesz rozmawiać? Czekamy na istotny telefon.
Bogusia skinęła głową i odłożyła słuchawkę, ale wręczyła Ludmile czekoladę:
Mam dzisiaj coś słodkiego! To może napijemy się herbaty na powitanie?
Weszła do kuchni, położyła czekoladę na stole.
Nie, nie trzeba. Wioletta zobaczy, a ona nie może jeść słodyczy ma alergię. U nas czekolada to tabu. Przykro mi, ale nie wypada.
Ale jak to tabu? obruszyła się Bogusia. Chciałam tylko się odwdzięczyć.
Naprawdę, nie trzeba nam podarków i lepiej już nie dzwoń do nas tak często tylko w razie nagłego wypadku, do lekarza, straży pożarnej to oczywiste, zawsze pomożemy, choćby w nocy. Ale po prostu nie możemy ciągle przerywać zajęć. Mąż dostaje pilne telefony z pracy, a Wioletta odrabia lekcje i nie może się skoncentrować Ludmiła z trudem wydusiła to z siebie.
Bogusia zabrała czekoladę i wyszła bez słowa. Wciąż nie rozumiała tego zimnego przyjęcia uznała, iż po prostu Ludmiła jest o nią zazdrosna.
Widzi, iż jestem młodsza i ładniejsza, więc się boi, iż odbiorę jej męża. Ja tylko chciałam po ludzku, choćby z czekoladą, a ona choćby herbaty nie dała żaliła się matce.
Jesteś uparta i głupiutka skwitowała pani Janina. W cudzie rodziny się nie wchodzi, ile razy tłumaczyłam. Tam nie jest dom otwarty dla wszystkich. Jak cię wyproszono, to trudno, nie czuj się urażona. Znajdź sobie męża, załóż własny telefon, niech wtedy do ciebie przychodzą sąsiedzi dzwonić, i wtedy będziesz mogła ich gościć.
Ostatnią próbę zbliżenia do Ludmiły podjęła Bogusia, gdy poprosiła o przepis na drożdżówki.
Mam do pani prośbę, podyktuje mi pani przepis na te wasze drożdżówki? Też muszę się w końcu czegoś nauczyć. Zapiszę i pójdę próbować rzekła z bloczkiem w dłoni.
A to u mamusi zapytaj, nasze mamy umiały robić wszystko. Ja zawsze robię na oko, wagi nie używam, ręce wiedzą ile trzeba dosypać odparła ze śmiechem Ludmiła. Poza tym śpieszę się, muszę zaraz wyjść.
Bogusia wróciła do domu czerwona ze złości. Dobrze wiedziała, iż w kuchennym kredensie mama trzyma pognieciony zeszyt z przepisami napisanymi ślicznym drobnym pismem. Były tam sałatki, kotlety, zupy, choćby ryba po żydowsku. Najwięcej przepisów dotyczyło wypieków, które mama dawniej piekła często.
Nie bardzo jej się jednak chciało piec samodzielnie, a mama już dawno z wypieków zrezygnowała, odkąd musiała pilnować diety.
Mimo wszystko, Bogusia sięgnęła po zeszyt i po chwili znalazła dokładnie tę recepturę, jakiej potrzebowała.
Co, chcesz coś upiec? zdziwiła się pani Janina.
Czemu cię to dziwi? Bogusia zamknęła zeszyt, zakładając kartkę na stronie z przepisem.
Coś ci się znowu układa ze Sławkiem? Myślałam, iż już po wszystkim. Jak z resztą twoich adoratorów.
Skąd wiesz? Może będzie chciał wrócić! srogo odpowiedziała Bogusia.
No to spróbuj. Najwyższy czas. Co tam wertowałaś w zeszycie? Powiedz, pomogę ci.
Nie trzeba, sama chcę spróbować odparła.
Kilka dni później, gdy mama wróciła ze spaceru, w domu unosił się zapach pieczonych ciast.
A to gdzie się podziało takie pachnienie? Wyrosły drożdżówki! ucieszyła się matka. No proszę, chyba zakochałaś się, iż aż sama się do pieczenia wzięłaś!
Cicho, mamo, nie urządzaj mi koncertów na całą klatkę zaśmiała się córka. Lepiej chodź i spróbuj. To nie ciasto, to właśnie twoje tradycyjne drożdżówki z twarogiem.
Na kuchni stał czajnik, świeżo przykryty obrus, zastawa i talerz drożdżówek, lśniących jak małe słońca.
Masz rękę do wypieków pochwaliła matka. Myślałam, iż już wszystko zapomniałaś, ale widzę, iż wcale nie! Naprawdę świetnie ci wyszły.
Nie zagaduj, mamo, tylko spróbuj i powiedz szczerze odpowiedziała z uśmiechem Bogusia.
Próbuj, to bardzo dobre rzuciła mama. Przypomniałem sobie wtedy ojca zawsze powtarzał: To jest bardzo dobre, to była jego najwyższa pochwała.
No tak, zaraz zaproszę Sławka na herbatę i na takie drożdżówki. Myślisz, iż mu posmakują?
Bez dwóch zdań! Twój tata też je uwielbiał. Piekłam, a on wracał i mówił, iż tylko to mogę piec codziennie zaśmiała się.
Od tego czasu Sławek zaczął pojawiać się częściej. Kłócili się już mniej, a matka przywykła do tego, iż córka o wiele więcej czasu spędza w kuchni, a Sławek chętnie jej pomagał i można było usłyszeć ich wspólny śmiech.
Gdy Bogusia oznajmiła, iż ze Sławkiem składają dokumenty w urzędzie na ślub, pani Janina choćby się rozpłakała w końcu…
Bogusia się zmieniła. Zaczęła dbać o linię, szykując się do ślubu. Sławek śmiał się, pytając:
Tak się odchudzasz, iż już nie pieczesz drożdżówek? Ale na wesele to napełnisz stół wypiekami!
Przed ich domowym weselem przygotowania trwały dwa dni. Pomagała mama i siostra mamy, ciocia Genowefa. Gości miało być ledwie dwadzieścia osób, ale praca szła w najlepsze.
Młodzi zamieszkali w dużym pokoju trzypokojowego mieszkania. A iż w następnym roku wszystkim w bloku założono telefony, Bogusia mogła dzwonić już do wszystkich jednak teraz zwięźle i zwięźle kończyła rozmowy.
Reniu, już kończę, ciasto mi rośnie, Sławek zaraz wraca z pracy. Pa!
Spieszyła wtedy do kuchni, gdzie już wyrastało ciasto, a ona będąc w ciąży i szykując się na urlop macierzyński stale gotowała i piekła, by zadowolić męża i siebie. Uwielbiała te domowe drożdżówki z twarogiem. Sławek też. A w takich drobiazgach poczułem, iż dom to właśnie to wspólna codzienność, zapach świeżych wypieków i czułość. Tak cudownie proste okazuje się szczęście.











