Przepis na szczęście
Cała klatka schodowa obserwowała, jak do mieszkania na drugim piętrze wprowadzała się nowa rodzina. Byli to Kowalscy szanowana rodzina: on brygadzista z miejscowej fabryki mebli, ona bibliotekarka w podstawówce, no i ich córka.
I po co im stare budownictwo? pytała swoje koleżanki emerytka Zofia, podpierając się mopem. Przy ich kontaktach to by pewnie i w nowym bloku mieszkanie dostali.
Oj, mamusiu, nie mierz wszystkich swoją miarą wzdychała jej trzydziestoletnia, wiecznie niezamężna córka Bogusia, w ostrej szmince i lokach. W końcu tu porządna kamienica, oryginalne parkiety, wysokie sufity, duże pokoje, a balkon wielkości kawalerki. I telefon już podłączony! U nas w kamienicy to ledwo trzy telefony na dziesięć mieszkań
Tobie to tylko do telefonu głowa zgromiła ją matka. Już sąsiadów zamęczyłaś. Pamiętaj, do tych nowych to nie włócz się z gadaniem, oni poważni ludzie, zajęci
No, aż tacy poważni to nie są, młodzi są przecież, ich córa to może z dziewięć lat ma, Agatka jej na imię zgryźliwie odpowiedziała Bogusia. Sami swoi, pewnie z pięć lat starsi ode mnie.
Sąsiedzi okazali się bardzo mili i uśmiechnięci. Lidia pracowała w szkolnej bibliotece, a Jan miał już dziesięć lat na karku w fabryce. Bogusia relacjonowała ich życie na bieżąco podczas wieczornego przesiadywania z matką przed blokiem.
Skąd ty wszystko wiesz? dziwiły się sąsiadki. Ty to chyba śledczy, nie dziewczyna!
A bo ja dzwonić do nich chodzę. W przeciwieństwie do niektórych, pozwalają rzucała z przekąsem, mając na myśli sąsiadki, które zaczęły już zamykać drzwi na widok Bogusi z notesem.
W ten sposób Bogusia zacieśniała znajomość z nowymi, coraz swobodniej dzwoniła to do koleżanki z pracy, to do kuzynki w Białymstoku i w ogóle nie krępowała się przesiadywać u nich na korytarzu na pufie z telefonem przy uchu. Przychodziła to w dresie, to znowu w ciuchach jak na bal, wyraźnie próbując zaprzyjaźnić się z Kowalskimi.
Aż tu pewnego razu zauważyła, jak Jan demonstracyjnie zamyka drzwi od pokoju z telewizorem, kiedy tylko Bogusia wchodziła. Potem stało się to już normą. Uśmiechała się szeroko do Lidki, dziękowała uprzejmie, ale Lidia tylko kiwała głową i prosiła, żeby zamknęła za sobą drzwi.
Nie dam rady zamknąć, mam ręce w mące pokazywała Lidia. A mamy taki dziwny zamek, francuski. Sam się zatrzaskuje.
O matko, znowu pani coś piecze? Zawsze tu u was coś pachnie Ja nie umiem piec westchnęła Bogusia.
Tak, dziś rano będą serniczki. Rano nie mam czasu, więc piekę teraz uśmiechnęła się Lidia i zajęła swoim ciastem.
Bogusia kręciła nosem i wychodziła niezadowolona, iż na dłuższe pogaduchy nie ma tam szans.
Słuchaj, Lidka, wiem, niezręcznie ci odmówić jej tłumaczył mąż. Ale nasz telefon wieczorami ciągle zajęty. Moim kumplom się nie da dodzwonić. Bez przesady!
Zauważyłam, iż Bogusia już prawie z butami wchodzi, coraz śmielej przesiaduje jak u siebie zgodziła się Lidia.
Wieczorem Bogusia, wystrojona, z paznokciami świeżo pomalowanymi, znów siadła w korytarzu na pufie i rozmawiała przez telefon.
Bogusia, długo jeszcze będzie rozmówka? Czekamy na istotny telefon zasugerowała po dziesięciu minutach Lidia.
Już kończę, kochana odparła Bogusia i odłożyła słuchawkę, po czym wyjęła z torebki czekoladę. Dzisiaj wpadłam z czymś słodkim. Może kawka na powitanie?
Weszła do kuchni i z triumfem położyła na stole czekoladę.
Proszę nie stawiać, Agatka zaraz zobaczy, a jej nie wolno słodyczy, alergia. U nas z czekoladą to tabu. Przepraszam, ale na kawę się nie załapiesz rzuciła Lidia grzecznie, ale stanowczo.
Że co?! Bogusia aż poczerwieniała. Chciałam się odwdzięczyć, a tu taki afront!
Naprawdę nie trzeba. Tylko proszę też nie korzystać z telefonu do pogaduszek z koleżankami codziennie. Gdyby coś pilnego, lekarz czy straż pożarna jasna sprawa, choćby w nocy. Ale tak, to niestety Mąż czeka na ważne rozmowy, a Agatka się uczy. Musimy pilnować spokoju.
Bogusia upchnęła czekoladę do torebki i wyszła nadąsana. Nie rozumiała tej niechęci i doszła do wniosku, iż Lidia po prostu jej zazdrości.
Bo ona ma świadomość, iż jestem młodsza i ładniejsza! żaliła się matce. Chciałam po ludzku, a choćby na herbatę nie zaprosiła… i to mimo iż swoją czekoladę przyniosłam!
Ty to naprawdę, uparta i naiwna pokiwała głową pani Zofia. Może źle cię wychowałam. Nie pchaj się do cudzej rodziny. Ich życie, ich sprawa. Tam nie szukają plotek ani pogaduszek.
Ostatnią próbę zaprzyjaźnienia się z Lidką Bogusia podjęła, przychodząc z notesem po przepis na serniczki.
Mam do pani ogromną prośbę. Może mi pani dyktować, jak zrobić ciasto na serniczki? Aż wstyd, w moim wieku nie umieć!
Najlepiej spytać mamę, nasze mamy wiedzą wszystko! Poza tym ja zawsze robię na oko, nigdy miary nie spisuję. Ręka sama już wie, ile czego. No i niestety spieszę się, muszę lecieć. Mama doradzi! odpowiedziała z półuśmiechem Lidia.
Bogusia zaczerwieniła się, wróciła do siebie. Doskonale wiedziała, iż gdzieś głęboko w kuchennej szafce jej mama trzyma wytartego zeszyta, pełnego przepisów jej babci: sałatki, kotlety, zupy, choćby karp w galarecie. adekwatnie większość była o wypiekach kiedyś jej mama piekła jak szalona, zanim zaczęła walczyć z nadwagą.
Mimo wszystko Bogusia wyciągnęła zeszyt i bez entuzjazmu przeglądając, znalazła dokładnie to, czego szukała, czym niezwykle zaskoczyła mamę.
Ty coś upiec chcesz?! aż jęknęła pani Zofia.
A niby czemu się dziwisz? Bogusia zatrzasnęła zeszyt, zagniatając potrzebną kartkę.
Może to z tym twoim, tym… Sławkiem coś się jednak dzieje? Myślałam, rozeszliście się jak zwykle dopytywała matka.
Niby czemu mielibyśmy? Chcesz to jeszcze za mną będzie latał! obruszyła się córka.
To nie gadaj, tylko się postaraj. Może to twój moment! mówiła matka, wyraźnie rozbawiona.
Dwa dni później, gdy matka wracała z wieczornego spaceru, w domu rozchodził się zapach drożdżowego.
No gdzie to słyszano, co za niespodzianka! Tu ciasto pachnie! krzyknęła Zofia. Ty się przypadkiem nie zakochałaś?!
Cicho, bo słyszą na całej klatce! zaśmiała się Bogusia. Chodź, spróbuj serniczków domowej roboty.
Na stole stał czajnik, dzbanek herbaty i talerz gorących, złocistych serniczków z krateczką na wierzchu. Mama usiadła, spróbowała i przyznała:
No rewelacja! Myślałam, iż już wszystko zapomniałaś, a tu proszę. Masz rękę!
Nie przesadzasz czasem? dopytywała się Bogusia.
Przestań filozofować, dziewczyno, tylko jedz! zganiła ją mama i dodała: Twój ojciec, jak jeszcze żył, mówił zawsze: To jest jadalne! i to była najwyższa pochwała!
No to wystarczy, jeszcze tylko Sławkowi upiekę takie, może i on nie będzie marudził!
No pewnie! Całego ojca na takie serniczki wzięłam za serce. Piecz, zapraszaj, a ja na ten czas idę do sąsiadki serial oglądać. Bo z samymi kieckami i lokami facetów nie przyciągniesz!
Od tej pory Sławek zaczął częściej wpadać. choćby kłócili się mniej, a Zofia zaczęła przyzwyczajać się, iż córka wiecznie okupuje kuchnię razem z chłopakiem.
Kiedy któregoś dnia Bogusia oznajmiła, iż składają z Sławkiem wniosek o ślub w urzędzie, Zofii łezka się w oku zakręciła. W końcu…
Bogusia zmieniła się. Schudła parę kilo, szykowała się do ślubu. Sławek żartował:
Już serniczków nie robisz? Ale na wesele muszą być!
Na rodzinne przyjęcie całą robotę wzięły na siebie trzy kobiety: Bogusia, jej mama i ciotka. Gotowały przez dwa dni, choć gości miało być góra dwadzieścia osób.
Młodzi dostali największy pokój w trzypokojowym mieszkaniu. A po roku wszystkim w bloku podłączono telefony. Bogusia była szczęśliwa. Dzwoniła teraz do wszystkich naraz, ale już nie wisiała na linii godzinami gwałtownie kończyła.
No cześć, Reniu, więcej nie mogę rozmawiać! Sławek wraca, a ciasto mi rośnie! Pa!
Spieszyła się do kuchni, gdzie ciasto drożdżowe już wypychało się z miski. Była w ósmym miesiącu, ale ciągle gotowała i piekła. I lubiła te swoje domowe serniczki, oj lubiła! A Sławek to już w niej przepadał, szczególnie gdy w całym domu rozchodził się ten niesamowity zapach O, taki to przepis na szczęście w bloku i trochę mąki, i kapka miłości.












