Przesuńcie się, my tu pomieszkamy z dziesięć lat
Teściowa chwilę milczała, po czym wyznała:
Oj, Żaneto, Walentyna to jest typowa kobieta jak sobie coś ubzdura, to już ją żadne argumenty nie przekonają… Musisz ją zrozumieć, ona przecież chce Lidkę wykształcić, dać jej szansę…
Za moje pieniądze?! Żaneta zatrzymała się przed lustrem.
Z odbicia patrzyła na nią blada kobieta z roztrzepanymi włosami.
Pani Tamaro, niech je pani powstrzyma. Niech wysiądą na najbliższym przystanku i wracają do siebie. Ja ani ich nie odbiorę, ani mieszkania nie dam.
Ale jak ja je powstrzymam?! rozżaliła się teściowa. One już są w drodze. Wali się na kredyt zaciągnęła na studia, na mieszkanie nie mają kompletnie żadnych pieniędzy. Tak bardzo liczyły na twoją pomoc… Żaneta, wyeksmituj najemców, co ci szkodzi? Rodzina przecież jesteśmy…
Rodzina?! Tę waszą Lidię widziałam ze dwa razy w życiu! Mam ludzi na bruk wyrzucić, własnych rodziców pozbawić wsparcia, a córkę zajęć, bo twoja siostra tak sobie wymyśliła?!
W kieszeni zapiszczał Messenger. Żaneta, nie zdejmując płaszcza, wyjęła telefon. Wiadomość była od Walentyny, siostry teściowej.
„Żaneta, cześć! Już jedziemy pociągiem. Mamy bilety na 19:40, jutro rano będziemy w Warszawie Centralnej. Odbierz nas z Lidką.
Podeślij adres tej swojej kawalerki, bo ostatnio nie zapisaliśmy. Gdzie odebrać klucze?”
Żaneta zamarła. Przeczytała tekst trzy razy, łudząc się, iż to jakaś pomyłka. Jaka kawalerka? Jaka Lidka?
Mamo, czemu stanęłaś? Krysia wystawiła głowę z przedpokoju. Głodna jestem.
Już, kotku Żaneta machinalnie pogłaskała córkę po głowie, nie odrywając oczu od ekranu.
Wybrała numer Walentyny. Odebrano natychmiast, w tle brzęczały koła pociągu i jakieś piski śmiechu.
Halo, Żanetko! głos ciotki kipiał wymuszonym entuzjazmem. No i co, dostałaś info? Postanowiłyśmy zrobić niespodziankę, żebyś się nie zamęczała kuchnią, wszystko same kupimy!
Walentyno, chwileczkę, chyba czegoś nie rozumiem! Gdzie wy jedziecie?
Jak to gdzie? Do Warszawy! Lidia się dostała na studia, mówiłam ci już wiosną. Na bezpłatne nie wyszło, no i trudno, zapłacimy za naukę.
Paczki poskładane, jedziemy się urządzać w twojej kawalerce.
W mojej czym proszę? Żaneta oparła się plecami o ścianę. Do tego mieszkania, które od sześciu lat wynajmuję? Zwariowałyście?!
Oj, nie przesadzaj! ton Walentyny natychmiast się zaostrzył. Sześć lat temu, jak to od babci mieszkanie dostałaś, to siedziałyśmy przy stole, pamiętasz? Ja wtedy powiedziałam: „Lidka będzie miała gdzie mieszkać na studiach.” I się nie odezwałaś! Czyli się zgodziłaś. Żyłyśmy tym przez tyle lat.
Zamilkłam, bo myślałam, iż to był głupi dowcip! niemal krzyknęła Żaneta. Nie miałam zamiaru nikogo tam wpuszczać.
Tam mieszka rodzina z dzieckiem! Mamy umowę, płacą terminowo czynsz. Za te pieniądze moi rodzice codziennie mają na leki, a Krysia na zajęcia dodatkowe.
O czym wy w ogóle myślałyście, kupując bilety?!
Myślałyśmy, iż jesteśmy rodziną! wrzasnęła Walentyna. Albo warszawiaki całkiem wstyd straciły?
Chcesz zostawić siostrzenicę na dworcu? Mężowi dzwoniłaś? Wie, iż rodzinę na bruk wyrzucasz?
Mąż jest na delegacji w Białymstoku, ledwo ma zasięg. I to MOJE mieszkanie, Walentyno. Moje. Rozumiesz?
Kupiła mi je babcia i zostawiła w spadku. Andrzej nie ma z tym nic wspólnego.
Czyli tak z tobą gadka? Lidka, słyszysz?! Żona twojego stryja nas nie chce znać! Zobaczymy jutro na peronie.
Połączenie zostało przerwane. Żaneta zbaraniała.
Krysia, idź, w lodówce jest zapiekanka, podgrzej sobie zawołała do córki i trzęsącymi się rękami wykręciła numer teściowej.
Tamara odebrała po dłuższej chwili.
Tak, Żanetko, słucham.
Pani Tamaro, czy pani wiedziała, iż pani siostra z córką jadą do Warszawy z zamiarem zająć moje mieszkanie?
No coś mówiła Walentyna Myślałam, iż się dogadałyście wydukała teściowa.
Z kim się dogadałyśmy?! Ja od sześciu lat je wynajmuję. Połowę czynszu daję rodzicom na lekarstwa. Pani dobrze wie, ile kosztuje życie na emeryturze. Druga połowa to zajęcia Krysi.
Czemu im pani nie powiedziała, iż to nierealne?
Nie krzycz na mnie w głosie teściowej zabrzmiała uraza. Ja tu w ogóle nie mam nic do gadania. Róbcie, co chcecie.
Tylko Andrzejowi nie dzwoń nie denerwuj go, ma tam ważne negocjacje, nerwów nie potrzebuje.
Żaneta rzuciła telefon na kanapę. Jej mąż zwykle starał się nie mieszać w rodzinne burze, ale jeżeli chodziło o mamę i ciotkę, cudownie miękł.
No już, Żaneto, oni przecież z prowincji, mają inne podejście do życia mawiał. Prościej ustąpić…
Wypróbowała numer męża. Abonent poza zasięgiem. Oczywiście. Jak jest potrzebny, nigdy nie odbiera.
***
Zrobiła się z tego niezła afera. Walentyna już o piątej rano domagała się, by Żaneta natychmiast po nie przyjechała.
Padnięte jesteśmy! Głodne! Lodowato tu, zmarzłyśmy! Jeszcze śpisz?! Wstawaj! Masz być za kwadrans pod dworcem!
Żaneta zaspana nie od razu ogarnęła, z kim rozmawia. Wszystko sobie uświadomiwszy, fuknęła:
Odczepcie się ode mnie! Nigdzie nie jadę i mieszkania wam nie dam. Mam dość. Do widzenia.
Po dziesiątym telefonie numer ciotki wylądował na czarnej liście.
Walentyna zaczęła dzwonić z numeru córki ten też poszedł na blokadę.
Przez cały dzień Żanetę zasypywała Tamara: prosiła, przekonywała, groziła, iż się obrazi i wszystko powie synowi…
A wieczorem zjawił się Andrzej mąż wrócił z delegacji bez żadnego uprzedzenia.
Żaneta, co tu się wydarzyło? zapytał od progu. Mama płacze w słuchawce, mówi, iż ciotkę Walentynę wystawiłaś na ulicę!
Żaneta, po pocałunku i przytuleniu, wyjaśniła:
Przyjechały bez ostrzeżenia, od razu zażądały, żebym wyrzuciła najemców i Lidkę przyjęła za darmo na co najmniej 5 lat!
Normalni ludzie tak robią? A, z tego co wiem, już wygodnie rozsiadły się u twojej mamy.
A ty czemu tu jesteś?
Bo mama mnie ściągnęła westchnął mąż. I ciotka Walentyna zawalała mi telefon.
Żaneto, a może im jednak ustąpimy? Do czasu aż znajdą akademik…
Żaneta pokręciła głową:
Andrzej, akademika nie będzie. choćby nie złożyły papierów, bo Walentyna była pewna, iż mają własne mieszkanie. MOJE!
Wiesz, jaka to bezczelność? Nie szukały żadnych opcji, tylko jechały do swojej kawalerki.
Mama mówi, iż obiecałaś sześć lat temu…
Siedziałam cicho wtedy na stypie, Andrzej. Wtedy każdy gadał głupoty, w ogóle tego nie brałam na poważnie.
Ciotka tam się gotuje z nerwów. Mówi, iż dla niej nie istniejemy. A u mojej mamy nie zostały za daleko na uczelnię.
Wysłałem im cztery tysiące złotych, coś tam wynajęły…
I chwała Bogu! Żaneta uderzyła dłonią w stół. To najlepsza wiadomość dnia! choćby się o te pieniądze z tobą nie pokłócę. Spokój, i już!
Andrzej westchnął ciężko i spuścił głowę.
Żaneto, wynajęły jakiś pokój w starej kamienicy. Ciotka jęczy, iż robaki i gospodarze pędzą bimber.
Niech się przyzwyczajają. Chcesz żyć w stolicy musisz kombinować, a nie czekać na gotowe od dawno niewidzianej rodziny. Która, nawiasem mówiąc, choćby ci nie składa życzeń na urodziny!
Żaneta weszła do sypialni, Andrzej potoczył się za nią.
Żaneto, głupio jakoś wyszło. Jakbyśmy ich naprawdę zostawili na lodzie…
A jeżeli coś im się stanie? Jak sąsiedzi się awanturują? Jak ktoś je napadnie?
Serio, nie żal ci ciotki Walentyny?
Żaneta obróciła się gwałtownie:
Andrzej, mam córkę, mam rodziców, za których odpowiadam. Mam mieszkanie, które moja babcia odłożyła kosztem lat ciężkiej pracy. Nie dam go rozwalić dlatego, iż ktoś 600 km dalej stwierdził, iż jemu się bardziej należy!
Dlaczego akurat ja mam się litościć? Powiedz mi?!
Mąż zamilkł, Żaneta dodała jeszcze:
Kolację zjesz? Chodź, odgrzeję ci żurek. I zamknijmy temat. Jak chcesz im pomagać pomagaj ze swoich pieniędzy. Ale mieszkanie się wynajmuje dalej. Kropka.
Dobrze, masz rację. Też bym się nie ucieszył, jakby twoi rodzice wparowali do moich na działkę i stwierdzili: „Przesuńcie się, my tu pomieszkamy z dziesięć lat”.
Po kolacji, gdy Andrzej poszedł pod prysznic, Żaneta zajrzała do telefonu. Wciąż nieprzeczytana wiadomość od teściowej:
„Żaneta, no tak nie można. Walentyna rozchorowała się z nerwów. Zawieź im coś do jedzenia.
Nakup dużo, żeby starczyło na parę tygodni. Koniecznie mięso, warzywa, owoce, czekoladki. Kawa, herbata, mydło, olej. Może ryby. Konserw nie kupuj, Walentyna nie je. Adres:”
Żaneta zablokowała teściową. Niech chociaż przez dwa dni posiedzi na czarnej liście.
***
Noc minęła spokojnie rodzina nie dzwoniła.
Walentyna zjawiła się o siódmej rano. Żaneta obudziła się na hałas dobiegający z korytarza.
Andrzej spał, więc musiała sama otworzyć drzwi.
Od progu ciotka zaatakowała:
Ty sobie śpisz pod kocykiem, a my z Lidką? Wiesz, jak my spałyśmy? Koszmar! Robaki na czole, zimno, brud, podłoga jak lód!
Z prawej ktoś darł się całą noc, po lewej kłócili się, przeklinając. Ty w ogóle sumienie masz? Chcesz, żeby bliska rodzina żyła w takich warunkach?
Słuchaj, moja droga, ja się kłócić nie chcę. Nie chcesz eksmitować najemców? Nie trzeba! To my z Lidką wprowadzamy się do ciebie.
Masz przecież trzy pokoje dasz jeden dla nas. Większy poproszę, nas jest dwie!
Nie martw się, długo tu nie zabawimy. Z 3-4 miesiące, może pół roku. A potem, jak córka się przyzwyczai, wrócimy do siebie.
Żaneta szczęka opadła.
Proszę was, zapomnijcie, gdzie mieszkam! Nie pogorszajmy już sytuacji. Mam zadzwonić po policję? Zadzwonię, nie ma problemu.
Po co wam takie kłopoty?
Ciotka poczerwieniała na całej twarzy aż Żaneta się przestraszyła.
Ty… Ty… Żeby cię tak szlag trafił, zarozumiała warszawianko!
Niech twoja córka do końca życia sprząta u innych!
Poczekaj, jeszcze się spotkamy. Świat mały, a karma wraca!
Żaneta po prostu zamknęła drzwi przed nosem krewniaczki. Walentyna jeszcze kilka minut krzyczała na klatce, po czym poszła.
***
Kłótnia z Walentyną zepsuła relacje z teściową Tamara zerwała kontakt z synową.
Andrzej odwiedza matkę, pomaga jak może, czasem zabiera Krysię na herbatkę, ale Tamara nie wchodzi już do mieszkania syna.
Żanecie to choćby odpowiada przynajmniej o jeden problem mniej.








