Potrzymajcie się, bo my tu pomieszkamy z dziesięć lat Teściowa przez chwilę milczała, po czym oznajmiła: — Oj, Żeniu, Wala to taka kobieta przebojowa… Jak coś sobie w głowie postanowi, to koniec. Ale postaraj się ją zrozumieć — ona przecież chce wykształcić Natalkę, przyszłość jej zapewnić… — Za moje pieniądze? — Żenia zatrzymała się przed lustrem. Spojrzała na odbicie bladej kobiety z rozczochranymi włosami. — Pani Tamaro, powstrzymajcie je. Niech wysiądą na najbliższej stacji i wrócą. Ja ich nie przyjmę. Kluczy nie udostępnię. — A jak ja mam je powstrzymać? — lamentowała matka męża. — One już są w drodze. Wala przecież wzięła kredyt na studia, nie mają ani grosza na mieszkanie. Tak liczyły na twoją pomoc. Żeniu, wyrzuć tych lokatorów, co ci szkodzi? Przecież to rodzina… — Rodzina? Tę Natalię, waszą siostrzenicę, widziałam raptem dwa razy w życiu! Mam wyrzucić ludzi z mieszkania na bruk, odebrać rodzicom pieniądze na życie, a córce zajęcia — bo twoja siostra tak sobie wymyśliła? Z kieszeni odezwał się komunikator. Żenia, nie zdejmując płaszcza, sprawdziła telefon. Przyszła wiadomość od Walentyny, siostry teściowej. „Cześć, Żenia! Już jedziemy pociągiem do Warszawy. Bilety mamy na 19:40, rano będziemy na Centralnym. Przyjedź z Natalią po nas! Podeślij adres do tej twojej kawalerki, bo nie zapisaliśmy ostatnio. Gdzie odebrać klucze?” Żenia zamarła. Jeszcze trzykrotnie czytała treść, mając nadzieję, iż to pomyłka. Jaka kawalerka? Jaka Natalia? — Mamo, czemu tak stoisz? — Krysia wychyliła się z przedpokoju. — Jestem głodna. — Już, kotek — Żenia odruchowo pogładziła córkę po głowie, nie odrywając wzroku od ekranu. Wybrała numer Walentyny. Odebrano niemal od razu, w tle brzęczały koła pociągu i czyjś beztroski śmiech. — Halo, Żeniu! — głos ciotki aż promieniał radością. — Dostałaś wiadomość? Zrobiliśmy niespodziankę, żebyś się nie fatygowała gotowaniem, wszystko sami kupimy! — Wala, poczekaj, nic nie rozumiem! Dokąd jedziecie? — Jak to dokąd? Do Warszawy! Natalka dostała się na studia, mówiłam ci wiosną. Na budżet się nie udało, ale trudno, będzie płatnie. Spakowane, jedziemy się urządzać w twoim mieszkanku. — W moim… czym? — Żenia oparła się plecami o ścianę. — W tym mieszkaniu, które od sześciu lat wynajmuję? Wala, rozum ci odjęło? — Oj tam! — ton Walentyny nagle spoważniał. — Sześć lat temu, gdy babcia ci to mieszkanie przepisała, przy stole wtedy siedzieliśmy, pamiętasz? Ja powiedziałam wtedy: „To Natalka będzie miała gdzie mieszkać, jak na studia przyjedzie”. A ty nic! Czyli się zgodziłaś. Całe lata na to liczyliśmy. — Milczałam, bo myślałam, iż to głupi żart! — niemal krzyknęła Żenia. — Nigdy nie zamierzałam nikogo tam wpuszczać. Tam mieszka rodzina z dzieckiem. Mamy umowę, płacą terminowo. Z tych pieniędzy żyją moi rodzice-emeryci i Krysia ma zajęcia. O czym wy w ogóle myślałyście, kupując bilety? — Myślałyśmy, iż jesteśmy rodziną! — wrzasnęła Wala. — Czy warszawiacy już w ogóle wstydu nie mają? Plemiennicę chcesz zostawić na dworcu? Mężowi już dzwoniłaś? Wie, iż rodzinę na bruk wywalasz? — Mąż ma delegację pod Suwałkami, kontakt słaby. Poza tym to moje mieszkanie, Wala. MOJE. Rozumiesz? Kupione przez moją babcię, przepisane na mnie. Igor z tym nic wspólnego nie ma. — A więc tak do nas mówisz! Natalka, słyszysz? Bratowa twojego ojca to już nas nie zna! Nic, porozmawiamy, jak przyjedziemy. Słaby zasięg, zobaczymy się na peronie. W słuchawce zapikały krótkie sygnały. Żenia wpadła w osłupienie. — Krysia, idź do kuchni, zapiekanka jest w lodówce, sama sobie podgrzej — krzyknęła do córki, a sama z drżącymi dłońmi wybrała numer teściowej. Tamara Stefańska nie odebrała od razu. — Tak, Żeniu, słucham cię. — Pani Tamaro, wiedziała pani, iż pani siostra z córką jadą do Warszawy z zamiarem zająć moje mieszkanie? — No… coś tam Wala wspominała… Myślałam, iż się dogadałyście — zaczęła się tłumaczyć teściowa. — Z kim się dogadałyśmy? — Żenia zaczęła nerwowo chodzić po korytarzu. — Od sześciu lat wynajmuję mieszkanie. Połowę pieniędzy wysyłam na leki rodzicom. Wiem pani, jak się żyje z jednej emerytury. Reszta — to kółka i basen Krysi. Dlaczego nie powiedziała pani im, iż to niemożliwe? — Nie krzycz na mnie… — w głosie teściowej zabrzmiały urażone nuty. — Ja nic do tego nie mam. Radźcie sobie same. I Igorowi nie dzwoń, nie denerwuj go, ważne negocjacje prowadzi, cały w nerwach. Żenia rzuciła telefon na kanapę. Mąż zawsze starał się trzymać z boku rodzinnych kłótni — ale gdy szło o mamę lub ciotkę, cudownie miękł. — No Żeniu, oni przecież z prowincji, inaczej patrzą na życie — mawiał. — Łatwiej czasem ustąpić… Spróbowała zadzwonić do męża. „Abonent poza zasięgiem”. Oczywiście. Gdy trzeba, zawsze poza zasięgiem. *** Awantura była na całe osiedle. Walentyna od piątej rano wydzwaniała, żądając natychmiastowego odbioru z dworca. — My zmęczone! Mamy jeść! Zimno tutaj, zmarzłyśmy! Ty śpisz, a my czekamy! Przyjeżdżaj w kwadrans! Żenia śpiąca nie od razu zrozumiała kto dzwoni. Jak pojęła — wrzasnęła: — Odczepcie się ode mnie! Nigdzie nie jadę! Do mojego mieszkania was nie wpuszczę. Mam dość! Po dziesiątym telefonie numer ciotki poleciał na czarną listę. Walentyna dzwoniła z numeru córki — on także trafił do blokady. Przez cały dzień Żenię do uszu dźgała też teściowa: prośby, nalegania, groźby „powiem synowi”… A wieczorem pojawił się Igor — wrócił z delegacji nagle. — Żeniu, co tu się dzieje? Mama płacze, mówi, iż wywaliłaś ciotkę Walę na ulicę! Żenia po uścisku i buziaku wyjaśniła: — Przyjechały bez ostrzeżenia. Żądały, by wyrzucić lokatorów i Natalię za darmo przynajmniej na pięć lat zameldować. Igor, to normalne? Naprawdę zero wstydu? A z tego, co wiem, doskonale rozgościły się już u twojej mamy. A ty czemu wróciłeś bez zapowiedzi? — Mama mnie wzywała… i Wala mi telefon urywała… Żeniu, może ustąpimy im na chwilę? Dopóki nie znajdą akademika… — Igor, nie ma żadnego akademika i nie będzie. choćby nie złożyły papiery, bo Wala była pewna, iż już czeka na nich moje mieszkanie! Widzisz tę bezczelność? One choćby nie szukały innych możliwości, po prostu przyjechały „do siebie”. — Mama mówi, iż obiecałaś sześć lat temu… — Milczałam, bo to były bzdury żałobne, miałam inne zmartwienia! — Wala tam w furii. Mówi, iż już dla niej nie istniejemy. Zresztą u mamy nie zostali, za daleko do uczelni. Dalem dziesięć tysięcy Walentynie, znalazły jakąś kwaterę… — I bardzo dobrze! — Żenia stuknęła w stół. — Najlepsza dziś wiadomość. choćby o te pieniądze się nie pokłócę. Mamy spokój! Igor westchnął głęboko. — Żeniu, wynajęły pokój w komunie. Wala narzeka, iż tam robactwo i pijani sąsiedzi… — Niech się przyzwyczai. Chcesz żyć w stolicy — trzeba się starać, nie liczyć, iż rodzina na tacy da wszystko, chociaż jej prawie nie znasz! I nie pamiętam, żeby chociaż raz urodziny wysłała ci życzenia! Żenia poszła do sypialni, Igor za nią. — Żeniu, głupio trochę… Jakbyśmy faktycznie skazali ich na łaskę losu. A jak coś się stanie? Jak sąsiedzi będą agresywni? — Igor, mam córkę, mam schorowanych rodziców, za nich odpowiadam. I mam mieszkanie, które ciężko wywalczyła moja babcia. Nie pozwolę nim rozporządzać, bo komuś się wydaje, iż mu się należy. Czemu adekwatnie to ja mam się litować? Mąż zamilkł. Żenia dodała: — Chcesz jeść? Odgrzeję kolację. I zamkniemy temat. Chcesz im pomagać — pomagaj ze swojej pensji. Ale mieszkanie wynajmuje się dalej. Kropka. — Dobrze. Masz rację. Chyba ja też bym nie był zadowolony, gdyby twoi rodzice przyjechali do moich na działkę i rzekli: „Potrzymajcie się, my tu pomieszkamy z dziesięć lat”. Po kolacji, gdy Igor wziął prysznic, Żenia sprawdziła telefon. Zalegała nieprzeczytana wiadomość od teściowej. „Żenia, nie można tak… Wala z nerwów się rozchorowała. Przywieź im chociaż zakupy, większe, na parę tygodni: mięso, warzywa, owoce, czekoladki, kawę, herbatę, środki czystości, olej. Może jeszcze rybę… Konserw nie bierz, Wala takich nie je. Adres: …”. Żenia zablokowała teściową. Niech parę dni posiedzi na czarnej liście. *** Noc minęła spokojnie — rodzina nie wydzwaniała. Walentyna zjawiła się z rana, równo o 7. Żenia obudziła się od głośnego walenia w drzwi. Igor spał, więc ona musiała otworzyć. Szwagierka od progu zaczęła pretensje: — A ty sobie śpisz w cieple na czystej pościeli? Nie chcesz się dowiedzieć, w jakich warunkach spałyśmy z Natalią? Okropnie! Robactwo na głowę spada, zimno, brudno, podłoga lodowata! Z jednej strony nocą ktoś fałszował „Szła dzieweczka do laseczka”, z drugiej awantury! Ty w ogóle masz sumienie? Pozwolisz rodzinie mieszkać w takich warunkach? Posłuchaj, ja nie mam ochoty się kłócić. Nie wyrzucisz lokatorów? Trudno. Przeprowadzamy się do was! Macie przecież trzy pokoje, jeden byście nam oddali, większy, bo przecież jesteśmy dwie! I nie przejmuj się, długo nie zabawię. 3-4 miesiące, może z pół roku. Potem wyjadę, gdy córka się przyzwyczai. Żenia zamarła. — Zapomnijcie o drodze tutaj. Naprawdę chcecie do końca popsuć relacje? Chcecie, żebym wezwała policję? Nie zawaham się. Ale po co wam te komplikacje? Walentyna zaczerwieniła się ze złości — Żenia aż się przestraszyła. — Ty… Ty… żebyś zdechła, zadufana warszawianko! Niech twoja córka całe życie sprząta, bez wykształcenia! Jeszcze zobaczysz, odwdzięczę się! Świat mały, życie śliskie! Przyjdzie czas, będziesz prosić mnie o pomoc. Nigdy nie wybaczę ci tego upokorzenia! Żenia po prostu zamknęła drzwi przed nosem dalszej krewnej. Wala jeszcze długo klęła na klatce, po czym odeszła. *** Awantura z Walą przekreśliła kontakty z teściową — Tamara Stefańska już do synowej się nie odzywa. Igor mamę odwiedza, dalej jej pomaga, czasem wnuczkę przywozi, ale do syna na mieszkanie Tamara już nie zagląda. Żenia choćby się cieszy — jeden problem mniej w życiu.

twojacena.pl 3 godzin temu

Przesuńcie się, my tu pomieszkamy z dziesięć lat

Teściowa chwilę milczała, po czym wyznała:
Oj, Żaneto, Walentyna to jest typowa kobieta jak sobie coś ubzdura, to już ją żadne argumenty nie przekonają… Musisz ją zrozumieć, ona przecież chce Lidkę wykształcić, dać jej szansę…
Za moje pieniądze?! Żaneta zatrzymała się przed lustrem.
Z odbicia patrzyła na nią blada kobieta z roztrzepanymi włosami.
Pani Tamaro, niech je pani powstrzyma. Niech wysiądą na najbliższym przystanku i wracają do siebie. Ja ani ich nie odbiorę, ani mieszkania nie dam.
Ale jak ja je powstrzymam?! rozżaliła się teściowa. One już są w drodze. Wali się na kredyt zaciągnęła na studia, na mieszkanie nie mają kompletnie żadnych pieniędzy. Tak bardzo liczyły na twoją pomoc… Żaneta, wyeksmituj najemców, co ci szkodzi? Rodzina przecież jesteśmy…
Rodzina?! Tę waszą Lidię widziałam ze dwa razy w życiu! Mam ludzi na bruk wyrzucić, własnych rodziców pozbawić wsparcia, a córkę zajęć, bo twoja siostra tak sobie wymyśliła?!
W kieszeni zapiszczał Messenger. Żaneta, nie zdejmując płaszcza, wyjęła telefon. Wiadomość była od Walentyny, siostry teściowej.

„Żaneta, cześć! Już jedziemy pociągiem. Mamy bilety na 19:40, jutro rano będziemy w Warszawie Centralnej. Odbierz nas z Lidką.
Podeślij adres tej swojej kawalerki, bo ostatnio nie zapisaliśmy. Gdzie odebrać klucze?”

Żaneta zamarła. Przeczytała tekst trzy razy, łudząc się, iż to jakaś pomyłka. Jaka kawalerka? Jaka Lidka?

Mamo, czemu stanęłaś? Krysia wystawiła głowę z przedpokoju. Głodna jestem.
Już, kotku Żaneta machinalnie pogłaskała córkę po głowie, nie odrywając oczu od ekranu.

Wybrała numer Walentyny. Odebrano natychmiast, w tle brzęczały koła pociągu i jakieś piski śmiechu.

Halo, Żanetko! głos ciotki kipiał wymuszonym entuzjazmem. No i co, dostałaś info? Postanowiłyśmy zrobić niespodziankę, żebyś się nie zamęczała kuchnią, wszystko same kupimy!
Walentyno, chwileczkę, chyba czegoś nie rozumiem! Gdzie wy jedziecie?
Jak to gdzie? Do Warszawy! Lidia się dostała na studia, mówiłam ci już wiosną. Na bezpłatne nie wyszło, no i trudno, zapłacimy za naukę.
Paczki poskładane, jedziemy się urządzać w twojej kawalerce.
W mojej czym proszę? Żaneta oparła się plecami o ścianę. Do tego mieszkania, które od sześciu lat wynajmuję? Zwariowałyście?!
Oj, nie przesadzaj! ton Walentyny natychmiast się zaostrzył. Sześć lat temu, jak to od babci mieszkanie dostałaś, to siedziałyśmy przy stole, pamiętasz? Ja wtedy powiedziałam: „Lidka będzie miała gdzie mieszkać na studiach.” I się nie odezwałaś! Czyli się zgodziłaś. Żyłyśmy tym przez tyle lat.
Zamilkłam, bo myślałam, iż to był głupi dowcip! niemal krzyknęła Żaneta. Nie miałam zamiaru nikogo tam wpuszczać.
Tam mieszka rodzina z dzieckiem! Mamy umowę, płacą terminowo czynsz. Za te pieniądze moi rodzice codziennie mają na leki, a Krysia na zajęcia dodatkowe.
O czym wy w ogóle myślałyście, kupując bilety?!
Myślałyśmy, iż jesteśmy rodziną! wrzasnęła Walentyna. Albo warszawiaki całkiem wstyd straciły?
Chcesz zostawić siostrzenicę na dworcu? Mężowi dzwoniłaś? Wie, iż rodzinę na bruk wyrzucasz?
Mąż jest na delegacji w Białymstoku, ledwo ma zasięg. I to MOJE mieszkanie, Walentyno. Moje. Rozumiesz?
Kupiła mi je babcia i zostawiła w spadku. Andrzej nie ma z tym nic wspólnego.
Czyli tak z tobą gadka? Lidka, słyszysz?! Żona twojego stryja nas nie chce znać! Zobaczymy jutro na peronie.
Połączenie zostało przerwane. Żaneta zbaraniała.

Krysia, idź, w lodówce jest zapiekanka, podgrzej sobie zawołała do córki i trzęsącymi się rękami wykręciła numer teściowej.
Tamara odebrała po dłuższej chwili.
Tak, Żanetko, słucham.
Pani Tamaro, czy pani wiedziała, iż pani siostra z córką jadą do Warszawy z zamiarem zająć moje mieszkanie?
No coś mówiła Walentyna Myślałam, iż się dogadałyście wydukała teściowa.
Z kim się dogadałyśmy?! Ja od sześciu lat je wynajmuję. Połowę czynszu daję rodzicom na lekarstwa. Pani dobrze wie, ile kosztuje życie na emeryturze. Druga połowa to zajęcia Krysi.
Czemu im pani nie powiedziała, iż to nierealne?
Nie krzycz na mnie w głosie teściowej zabrzmiała uraza. Ja tu w ogóle nie mam nic do gadania. Róbcie, co chcecie.
Tylko Andrzejowi nie dzwoń nie denerwuj go, ma tam ważne negocjacje, nerwów nie potrzebuje.

Żaneta rzuciła telefon na kanapę. Jej mąż zwykle starał się nie mieszać w rodzinne burze, ale jeżeli chodziło o mamę i ciotkę, cudownie miękł.

No już, Żaneto, oni przecież z prowincji, mają inne podejście do życia mawiał. Prościej ustąpić…

Wypróbowała numer męża. Abonent poza zasięgiem. Oczywiście. Jak jest potrzebny, nigdy nie odbiera.

***

Zrobiła się z tego niezła afera. Walentyna już o piątej rano domagała się, by Żaneta natychmiast po nie przyjechała.
Padnięte jesteśmy! Głodne! Lodowato tu, zmarzłyśmy! Jeszcze śpisz?! Wstawaj! Masz być za kwadrans pod dworcem!
Żaneta zaspana nie od razu ogarnęła, z kim rozmawia. Wszystko sobie uświadomiwszy, fuknęła:
Odczepcie się ode mnie! Nigdzie nie jadę i mieszkania wam nie dam. Mam dość. Do widzenia.
Po dziesiątym telefonie numer ciotki wylądował na czarnej liście.

Walentyna zaczęła dzwonić z numeru córki ten też poszedł na blokadę.

Przez cały dzień Żanetę zasypywała Tamara: prosiła, przekonywała, groziła, iż się obrazi i wszystko powie synowi…

A wieczorem zjawił się Andrzej mąż wrócił z delegacji bez żadnego uprzedzenia.
Żaneta, co tu się wydarzyło? zapytał od progu. Mama płacze w słuchawce, mówi, iż ciotkę Walentynę wystawiłaś na ulicę!
Żaneta, po pocałunku i przytuleniu, wyjaśniła:
Przyjechały bez ostrzeżenia, od razu zażądały, żebym wyrzuciła najemców i Lidkę przyjęła za darmo na co najmniej 5 lat!
Normalni ludzie tak robią? A, z tego co wiem, już wygodnie rozsiadły się u twojej mamy.
A ty czemu tu jesteś?
Bo mama mnie ściągnęła westchnął mąż. I ciotka Walentyna zawalała mi telefon.
Żaneto, a może im jednak ustąpimy? Do czasu aż znajdą akademik…
Żaneta pokręciła głową:
Andrzej, akademika nie będzie. choćby nie złożyły papierów, bo Walentyna była pewna, iż mają własne mieszkanie. MOJE!
Wiesz, jaka to bezczelność? Nie szukały żadnych opcji, tylko jechały do swojej kawalerki.
Mama mówi, iż obiecałaś sześć lat temu…
Siedziałam cicho wtedy na stypie, Andrzej. Wtedy każdy gadał głupoty, w ogóle tego nie brałam na poważnie.
Ciotka tam się gotuje z nerwów. Mówi, iż dla niej nie istniejemy. A u mojej mamy nie zostały za daleko na uczelnię.
Wysłałem im cztery tysiące złotych, coś tam wynajęły…
I chwała Bogu! Żaneta uderzyła dłonią w stół. To najlepsza wiadomość dnia! choćby się o te pieniądze z tobą nie pokłócę. Spokój, i już!

Andrzej westchnął ciężko i spuścił głowę.
Żaneto, wynajęły jakiś pokój w starej kamienicy. Ciotka jęczy, iż robaki i gospodarze pędzą bimber.
Niech się przyzwyczajają. Chcesz żyć w stolicy musisz kombinować, a nie czekać na gotowe od dawno niewidzianej rodziny. Która, nawiasem mówiąc, choćby ci nie składa życzeń na urodziny!
Żaneta weszła do sypialni, Andrzej potoczył się za nią.
Żaneto, głupio jakoś wyszło. Jakbyśmy ich naprawdę zostawili na lodzie…
A jeżeli coś im się stanie? Jak sąsiedzi się awanturują? Jak ktoś je napadnie?
Serio, nie żal ci ciotki Walentyny?
Żaneta obróciła się gwałtownie:
Andrzej, mam córkę, mam rodziców, za których odpowiadam. Mam mieszkanie, które moja babcia odłożyła kosztem lat ciężkiej pracy. Nie dam go rozwalić dlatego, iż ktoś 600 km dalej stwierdził, iż jemu się bardziej należy!
Dlaczego akurat ja mam się litościć? Powiedz mi?!
Mąż zamilkł, Żaneta dodała jeszcze:
Kolację zjesz? Chodź, odgrzeję ci żurek. I zamknijmy temat. Jak chcesz im pomagać pomagaj ze swoich pieniędzy. Ale mieszkanie się wynajmuje dalej. Kropka.
Dobrze, masz rację. Też bym się nie ucieszył, jakby twoi rodzice wparowali do moich na działkę i stwierdzili: „Przesuńcie się, my tu pomieszkamy z dziesięć lat”.

Po kolacji, gdy Andrzej poszedł pod prysznic, Żaneta zajrzała do telefonu. Wciąż nieprzeczytana wiadomość od teściowej:

„Żaneta, no tak nie można. Walentyna rozchorowała się z nerwów. Zawieź im coś do jedzenia.
Nakup dużo, żeby starczyło na parę tygodni. Koniecznie mięso, warzywa, owoce, czekoladki. Kawa, herbata, mydło, olej. Może ryby. Konserw nie kupuj, Walentyna nie je. Adres:”

Żaneta zablokowała teściową. Niech chociaż przez dwa dni posiedzi na czarnej liście.

***

Noc minęła spokojnie rodzina nie dzwoniła.

Walentyna zjawiła się o siódmej rano. Żaneta obudziła się na hałas dobiegający z korytarza.
Andrzej spał, więc musiała sama otworzyć drzwi.
Od progu ciotka zaatakowała:
Ty sobie śpisz pod kocykiem, a my z Lidką? Wiesz, jak my spałyśmy? Koszmar! Robaki na czole, zimno, brud, podłoga jak lód!
Z prawej ktoś darł się całą noc, po lewej kłócili się, przeklinając. Ty w ogóle sumienie masz? Chcesz, żeby bliska rodzina żyła w takich warunkach?
Słuchaj, moja droga, ja się kłócić nie chcę. Nie chcesz eksmitować najemców? Nie trzeba! To my z Lidką wprowadzamy się do ciebie.
Masz przecież trzy pokoje dasz jeden dla nas. Większy poproszę, nas jest dwie!

Nie martw się, długo tu nie zabawimy. Z 3-4 miesiące, może pół roku. A potem, jak córka się przyzwyczai, wrócimy do siebie.

Żaneta szczęka opadła.
Proszę was, zapomnijcie, gdzie mieszkam! Nie pogorszajmy już sytuacji. Mam zadzwonić po policję? Zadzwonię, nie ma problemu.
Po co wam takie kłopoty?
Ciotka poczerwieniała na całej twarzy aż Żaneta się przestraszyła.
Ty… Ty… Żeby cię tak szlag trafił, zarozumiała warszawianko!
Niech twoja córka do końca życia sprząta u innych!
Poczekaj, jeszcze się spotkamy. Świat mały, a karma wraca!

Żaneta po prostu zamknęła drzwi przed nosem krewniaczki. Walentyna jeszcze kilka minut krzyczała na klatce, po czym poszła.

***

Kłótnia z Walentyną zepsuła relacje z teściową Tamara zerwała kontakt z synową.
Andrzej odwiedza matkę, pomaga jak może, czasem zabiera Krysię na herbatkę, ale Tamara nie wchodzi już do mieszkania syna.

Żanecie to choćby odpowiada przynajmniej o jeden problem mniej.

Idź do oryginalnego materiału