Porozmawiaj ze mną, Pączku

twojacena.pl 6 dni temu

Porozmawiaj ze mną, Pączusiu

Nie bój się, Pączusiu! Wszystko jest dobrze! Jeszcze chwilę pokrzyczą i zaraz się uspokoją… Chyba…

Mała Hania jeszcze mocniej przytuliła swojego wiernego przyjaciela i zamknęła oczy. Nie powinna się bać. W końcu jest już duża. Tak mówiła babcia Teresa. Skoro ma już pięć lat, to znaczy, iż jest dużą dziewczynką. Dla wszystkich stała się nagle taka dorosła. choćby płakać przestała, gdy musiała dostać zastrzyk. Wstyd było! Tylko z Pączusiem mogła być taka jak dawniej malutką Hanną. On widział ją już we wszystkich możliwych odsłonach. Mama podarowała jej Pączusia na pierwsze urodziny. Śmieszny, trochę niezdarny miś był jej najlepszym przyjacielem. Można mu było opowiedzieć o wszystkim. I nie poszedłby, jak koleżanka Zuza, od razu donieść pani wychowawczyni. Po prostu spojrzałby swoimi okrągłymi oczami i milczał. Ale na pewno zrozumiałby wszystko. A gdy było strasznie, jak właśnie teraz, to potrafił choćby pocieszyć. Z nim było dobrze, miękko i swojsko. Mama z tatą też byli swoi, ale kiedy tak krzyczeli na siebie, stawali się cali kolczaci. Hania nie umiała tego wytłumaczyć, ale miała wrażenie, iż w całym mieszkaniu nagle wyrastają krzaki z kolcami, jak w bajce o Śpiącej Królewnie. I już nikt nie mógł podejść blisko, a krzyczenie do nikogo nie docierało. Nie rozumiała, czemu rodzice się kłócą. Przecież są dorośli! Czego oni mogą mieć do siebie żal? Dorośli powinni się dogadać, dogadać się… jak to mówiła babcia. Jezyk znaleźć. Tylko jaki? Babcia Teresa zawsze powtarzała, iż wszystko można załatwić rozmową. Może to nie są takie zwykłe dziecięce żale tylko dorosłe, wielkie urazy? Wielkich urazów Hania jeszcze nie znała, ale skoro małe, te od Zuzki, potrafiły zniszczyć dzień tak, iż choćby na loda nie miała ochoty, to te duże muszą być straszne.

Hania otworzyła oczy i nasłuchiwała. Chyba już… Było cicho to znaczy, iż mama poszła płakać do łazienki, a tata siedzi nadąsany w kuchni. Czas Hani. Dziewczynka podniosła się zza łóżka i westchnęła. Ogólnie jej pokój był bardzo ładny. Mama długo wybierała tapety i meble, pytała Hanię, co by chciała. Białe łóżeczko z różową narzutą, piękna szafa na ciuszki i półki na zabawki, których już miała tyle, iż sama czasem nie pamiętała, jakie ma. Nie chciała stąd wychodzić. Tu było dobrze. Teraz, gdy zrobiło się cicho choćby spokojnie. Ale Pączuś patrzył na nią takim smutnym wzrokiem, iż Hania pociągnęła nosem:

Wszystko wiem! Już idę! Ty tu chwilkę posiedzisz, ja muszę sama.

Ułożywszy misia na poduszce, Hania wyszła z pokoju. Najpierw do mamy. Z nią zawsze było trudniej. Drzwi do łazienki zamknięte, jak zwykle. Hania delikatnie zapukała:

Mamusiu?

Tak?

Mogę wejść?

Drzwi uchyliły się. Mama siedziała na brzegu wanny, zapłakana, tak jak zazwyczaj.

Co się stało, Haniu? Do toalety?

Nie… Przyszłam do Ciebie. Hania nabrała powietrza i przestąpiła próg. Strasznie nie lubiła tej części. Mama zaraz będzie jeszcze bardziej płakać, przytulać ją, obiecywać, iż wszystko będzie dobrze. I ona też będzie płakać już nie z żalu, tylko dlatego, iż wie, iż nie będzie dobrze. Bo tak jest zawsze. Dobre trwa krótko jak powiedziała kiedyś Zuza. I miała rację! Po dobrej chwili zawsze pojawiają się krzaki z kolcami i wszystko znowu boli.

Hania wytarła oczy i spojrzała poważnie na mamę.

Po co?

Co po co, maleńka?

Po co wy się ciągle kłócicie? jeżeli się nie kochacie, to może lepiej trzymać się z daleka? Tak mówiła babcia Teresa. Jak się z Zuzą pokłóciłyśmy, to babcia powiedziała: jak będziecie trzymały się od siebie z daleka to nie pokłócicie się więcej.

Anna znieruchomiała, patrząc na córkę. Nigdy Hania nie mówiła o tym, co się dzieje w domu. Annie wydawało się, iż ich kłótnie z Marcinem przechodzą obok dziecka. Była jeszcze taka mała… Co może rozumieć?

Haniu… Ty naprawdę myślisz…

Mamusiu, nie udawaj. Przecież jakbyś tatę kochała, to byś na niego nie krzyczała. Ani on na ciebie. Na mnie nie krzyczysz, prawda?

Anna zaniemówiła. Jak wytłumaczyć dziecku, iż w małżeństwie bywa różnie? Że krzyk nie zawsze oznacza nienawiść… Ale czy na pewno? Proste pytanie dlaczego? Jak jej odpowiedzieć?

Może trzeba posiedzieć i przemyśleć swoje zachowanie, o! Tak mówi babcia Teresa tłumaczyła Hania, głaszcząc mokrą twarz mamy.

Babcia też tak mówi? uśmiechnęła się przez łzy Anna.

Tak! I miała rację. Bo z Zuzą się pogodziłam. I teraz mniej się kłócimy. Tylko jak idzie na mnie kablować pani Jadwidze.

Jakaś ty już duża… Anna przytuliła Hanię.

Nie, jeszcze jestem mała. Bo gdybym była naprawdę duża Hania odsunęła się i szeptem dokończyła to bym się tak nie bała.

Czego się boisz? zapytała poważnie Anna.

Że następnym razem pokrzyczycie do siebie i odejdziecie.

Gdzie odejdziemy?

Tam, gdzie jest cicho. Przecież nie można cały czas być tam, gdzie źle… Tobie tu źle, mamo?

Zdarza się… Poczekaj! Myślisz, iż was z tatą zostawimy? Boisz się tego?

Tak… tym razem Hania rozryczała się już zupełnie. …i zostanie mi tylko Pączuś! A jak znowu się zgubi? Jak wtedy! I zostanę sama! Pytałam babcię Teresę. Ona powiedziała, iż jest już za stara, by być mamą!

Haniuś! Córeczko! Co ty, nigdy cię nie zostawię! Jesteś moim dzieckiem!

Ale jak krzyczycie, to chyba o mnie nie pamiętacie?

Oczywiście, iż pamiętamy… przerwała Anna. A przecież córka miała rację. O nikim wtedy się nie myśli. Uraza zżera duszę i przysłania rozum. Skąd tyle przykrych słów? Kiedy taka się stała?

Z Marcinem poznali się na drugim roku studiów. Anna pędziła przez korytarz, spóźniona na egzamin, i wpadła na jakiegoś wysokiego, chudego chłopaka. Okulary mu się roztrzaskały, ona ledwo zdążyła krzyknąć Przepraszam!… i pobiegła dalej. Egzamin zdała na piątkę i w drodze do wyjścia lekko już tańczyła z radości. Wszystko się układa!

Okularnik podszedł do niej ze zmrużonymi oczami.

Hej, pociągu ekspresowy! Teraz też pędzisz według rozkładu?

Zaczął ją tak potem nazywać mój parowozik. Zwłaszcza, gdy się dąsała.

Tak śmiesznie prychasz, iż nie mogę się naprawdę gniewać!

A pielęgniarki podczas porodów pokładały się ze śmiechu, gdy Marcin wołał:

Nie prychaj, Parowoziku! Przyciskaj!

Kiedy przestał ją tak nazywać? Kiedy zaczął naprawdę się irytować? Kiedy to się zaczęło?

Mamusiu?

Co, kochanie?

Tak bardzo jest wam źle razem?

Anna bawiła się loczkami córki, cała ojca. Gdy była w ciąży, marzyła tylko, by mała miała złote kręciołki po Marcinie.

Byle nie moje piórka! śmiała się.

Przestań. Masz ładne włosy.

Mam dobrą fryzjerkę i udaną fryzurę. Wyobrażasz sobie ją z twoimi włosami i moimi oczami? Chłopaki będą głupieć.

Wyszło tak, jak marzyła. Złote puchate loki i oczy niebieskie jak Bałtyk. Hania będzie śliczna. Już jest! Anna złapała się na uśmiechu. Jak to mama mówiła? Ważne, wybrać dobrego ojca dla dziecka. Marcin był dobrym tatą. Dla Hani był najważniejszą osobą na świecie. To był właśnie problem dla niego córka była w centrum. Anna skrzywiła się w duchu. Głupio tak czuć zazdrość do własnego dziecka… Ale czasami tak właśnie się czuła. Hania miała rację.

Anna przypomniała sobie, jak Marcin po powrocie do domu całował ją rutynowo, jakby od niechcenia, i od razu wołał:

Gdzie jest moja księżniczka! Haniuś, mam dla ciebie czekoladkę!

A potem, jak pobawił się z córką, włączał film i w słuchawkach przenosił się do swojego świata, zupełnie nie zwracając uwagi na Annę. Jak śmiał się, śpiewając z Hanią w samochodzie, gdy Anna próbowała coś mówić i kompletnie jej nie słuchał. Jak potem dopytywał i wszystko musiała od początku tłumaczyć. Jak pierwszy raz na nią nakrzyczał wtedy, gdy Hania dostała gorączkę…

To był wieczór, nerwy Annę puściły, nie mogła zbić temperatury, płakała z bezsilności. Marcin wtedy krzyknął:

Po co płaczesz? Co z tego? Weź się w garść! Co z ciebie za matka?

Przestała wtedy płakać, nie z powodu spokoju, tylko rozpaczy. Coś w niej pękło. Poczuła się najgorszą matką świata. Nawet, gdy Hani temperatura spadła, ona nie mogła odgonić uczucia bezużyteczności. Uraza? Tak.

Hania patrzyła na mamę, cicho, poważnie. Nie płakała już. To znaczy, iż czas na tatę.

Idę do taty.

Dziewczynka wyswobodziła się z matczynych ramion i otworzyła drzwi.

Mamo, nie płacz już, dobrze?

Anna nie odpowiedziała. Pogrążona w myślach, analizowała swoje życie z Marcinem. Czy naprawdę było więcej złego niż dobrego? Gdzie są te dobre wspomnienia?

Były.

Ich randki przed ślubem. Te spojrzenia Marcina zza szkieł, gdy spotykali się wzrokiem…

Tak dziwnie na mnie patrzysz.

Jesteś bardzo piękna. Tylko nie mogę się nadziwić… Dlaczego ja?

Dlaczego cię wybrałam?

No właśnie.

Ty wcale nie gorszy! żartowała, a potem widziała, jak blask wracał Marcinkowi do oczu.

Dlaczego wtedy wiedziała, co powiedzieć, a teraz nie wie?

Pierwsze kroki Hani, pierwsze słowo, pierwszy wspólny urlop. Jej sukcesy w pracy po powrocie z macierzyńskiego. Upiekł jej wtedy tort choć w kuchni poruszał się jak słoń w składzie porcelany. Tort był okropnie za słodki, płakała wyrzucając resztki do śmieci.

Zrobię ci nowy, nie płacz. Tym razem dam mniej cukru…

Kupno mieszkania. Siedzieli na podłodze, bo na meble nie starczyło pieniędzy, jedli kolację i patrzyli, jak córeczka śpi na dmuchanym materacu.

Będziesz musiała mieć drugą dziewczynkę. Powiedział, ściskając jej rękę.

Drugiego dziecka nie udało im się mieć. Lekarze mówili, iż wszystko w porządku, ale problemów zaczęło przybywać. Coraz częstsze kłótnie, coraz mniej czułości. Anna była coraz bardziej obojętna. Czuła, iż między nimi zamiast słów rosną cierniste ściany, tak ostre, iż ranią aż do serca.

Odetchnęła. Dobre i złe przeszło przez jej życie falami. Hania miała rację jeżeli żal bierze górę, nic się nie uda. Albo się dogadać, albo się rozstać. Na chwilę wyobraziła sobie życie bez Marcina… Zadrżała.

Hania poszła do kuchni, pchnęła drzwi. Tata siedział przy stole, patrząc przez okno.

Tato?

Haniuś! Czemu nie śpisz?

Przecież jest wcześnie! wgramoliła się tacie na kolana. Kłóciliście się…

Przepraszam.

Po co?

Po co się kłóciliśmy?

No.

Nie wiem… Tak wyszło.

Ty też się gniewasz na mamę? uważnie patrzyła na twarz taty. Trzeba było im wcześniej wszystko powiedzieć, a nie siedzieć z Pączusiem i nic nie robić. Głupio! Gdy pokłóciła się z Zuzą, pani Jadwiga posadziła je na krzesełkach i kazała wszystko dokładnie opowiedzieć. A potem spytała, czy naprawdę chcą już nie być przyjaciółkami.

Mama mówiła, iż się gniewa na ciebie?

Nie. Sama wiem.

Skąd?

Jak się kochacie, to się przytulacie i uśmiechacie. A jak się gniewacie, to krzyczycie. Tak?

Marcin uważnie spojrzał na córkę.

Ale urosłaś!

Mama też tak mówiła.

I co jeszcze powiedziała?

Że cię kocha. I mnie też.

Hania patrzyła, jak zmienia się twarz taty. Już nie był groźny. Skinęła głową, zeszła z kolan.

Idę do Pączusia, bo jemu tam smutno samemu.

Jasne! Marcin zamyślił się. Kiedy to się wszystko zaczęło? Kiedy ich kłótnie zrobiły się tak ostre, iż choćby córka o tym śmiało mówi? Nie pamiętał. Jakoś samo się stało. Coraz większy dystans po narodzinach Hani. Najpierw wszystko kręciło się wokół dziecka, potem dom, kredyt… Gdzie się podziała ta ciepła Ania, którą tak uwielbiał?

Uzmysłowił sobie Anna przestała być czuła. choćby proste życie domowe obracała w pretensje, jakby na każdym kroku mu coś wytykała. Nie miał już tej serdecznej żony, na którą czekał codziennie po pracy. Zamiast przytulać się, rozmawiali półsłówkami, krótko, jak współlokatorzy. Starał się, denerwował, próbował wszystko naprawić, ale czuł, iż nie daje rady. Zapał do poprawy relacji prysł po pamiętnej nocy z gorączką Hani. Poczuł do siebie odrazę za tamte słowa, które padły. A potem powiedział coś, co przekreśliło wszystko:

Łączy nas tylko Hania. Bez niej…

Zobaczył wtedy w oczach Anny pustkę. Od tego momentu Anna rozmawiała tylko w sprawach dziecka. Wściekłość, smutek i obojętność. Wspólnota ich łączyła się tylko w Hani.

Marcin westchnął. W domu było cicho. Woda w łazience już nie lała się Anna kładła właśnie Hanię spać. Gapiąc się na światła w oknach sąsiednich bloków, nagle pomyślał za tym każdym oknem też ludzie mają swój świat. Lepszy, gorszy inny. Ale jego świat bez Ani i Hani byłby pusty. Jak jaskinia. Nie miałby już sensu. Przypomniała mu się rozmowa z własną mamą, miał wtedy piętnaście lat. Pytał wtedy jak postępować z dziewczynami.

Zawsze bierz odpowiedzialność. Każda kobieta to doceni.

Ale jak to?

Często, jeżeli kobieta się odwraca, zapytaj siebie co zrobiłeś źle. W rodzinie odpowiedzialność jest większa po stronie mężczyzny. To on powinien dbać, by żona czuła się ważna i kochana.

I co jeszcze?

Wolne ręce żony raz dziennie, przynajmniej na godzinę, to twoje szczęście. No i najlepiej traktować ją po ślubie tak, jak przed jak najcenniejszy skarb.

Marcin przejechał ręką po twarzy. Dzięki, mamo… uśmiechnął się cicho pod nosem.

Hania długo nie mogła zasnąć. Jedną ręką tuliła Pączusia, drugą obejmowała mamę, która już spała, zmęczona i smutna. Dziewczynka gładziła palcem zmarszczkę między brwiami mamy. Dawniej jej nie było. Anna śmignęła przez sen, wtedy zmarszczka zniknęła. Hania ścisnęła mocniej mamę i zamknęła oczy. Chciała, żeby jutro był dobry dzień. Ile to razy słyszała: będzie piękny dzień a wcale nie był.

Budzik w sypialni Anna oczywiście przespała. Obudziła się, spojrzała na śmieszny zegarek w kształcie kota u Hani i jęknęła. Do przedszkola już byli spóźnieni, do pracy też. Dobrze, iż rano nie było pilnych rzeczy. Z kuchni słychać było brzdęk łyżeczki o filiżankę. Zdziwiona, Anna pomyślała, czy Marcin jeszcze jest w domu. Cicho weszła do kuchni. On krzątał się przy kuchence, gdzie w turku kipiała kawa.

Cześć… Marcin spojrzał na nią. Wyglądał, jakby nie spał całą noc. Czerwone oczy, ciemne cienie.

Anna zamarła. Na stole stał tort z okropnymi, ale własnoręcznie zrobionymi różyczkami z kremu. To niemożliwe. Po co to? jeżeli robił go Marcin, pewnie pół nocy nie spał. I jeszcze odnalazł te końcówki do rękawa cukierniczego, które ona gdzieś schowała i od miesiąca nie mogła znaleźć.

Spojrzała na męża pytająco, a on podszedł.

Przepraszam cię. Za wszystko. Jestem najgorszym mężem świata. Wszystko, co zrobiłem źle, było wyłącznie moją winą. Jesteś najlepszym, co mi się w życiu przydarzyło. Ty i Hania. Bez ciebie nie byłoby jej. Nie da się wszystkiego naprawić, ale… może chociaż rozważysz? Daj mi szansę?

Anna patrzyła głęboko w oczy męża. Potem podeszła do niego i położyła mu dłoń na ustach.

Oboje zawiniliśmy. Muszę poważnie wszystko przemyśleć.

Jak długo?

Jeszcze jakieś siedem miesięcy Anna uśmiechnęła się tajemniczo.

Marcin patrzył, zdezorientowany.

Co tak na mnie patrzysz? Dobrze zrozumiałeś.

Właśnie wtedy wpadła Hania, trzymając Pączusia i przecierając oczka.

Pogodziliście się już?

Rodzice spojrzeli na siebie z uśmiechem.

O, tort! zauważyła Hania. Ale czy wolno go jeść na śniadanie?

Dziś wszystko wolno! Marcin przytulił żonę i szepnął jej do ucha: Kocham cię! Daj mi szansę.

Ty mi też! odpowiedziała Anna i zwróciła się do córki: Ale nieumytej dziewczynce nie dajemy tortu.

To lecę się umyć! postawiła misia na krześle. Dwa kawałki poproszę, dla mnie i dla Pączusia.

Misie tortu nie jedzą.

Od czego mają przyjaciół? Pomogę.

Kilka lat później Anna będzie pchać wózek po alejce parku, spiesząc się po Hanię do szkoły. Mały Władziu obudzi się nie w porę i zacznie marudzić. Anna już pochyli się nad wózkiem, gdy nagle obejmą ją ciepłe, znajome ramiona.

Daj, wezmę go. Marcin podniesie synka, kiwnąc żonie. Poczekamy tutaj.

Anna uśmiechnie się i pójdzie do szkoły. Od jutra Hania ma już wakacje. Bilety nad morze dawno kupione, walizki spakowane, a Władziu pierwszy raz zobaczy Bałtyk. Anna na chwilę zatrzyma myśli. Ile się w tych trzech latach wydarzyło! Próby układania wszystkiego od nowa, czas rozłąki, dzięki mamie Marcina Teresie i jej wsparciu. Jej odejście, narodziny Władzia, jego pierwsze kroki, pierwsze słowo… Anna uśmiechnie się pod nosem. Chłopiec pierwszy raz powiedział nie mama, tylko tata. Marcin dumny, żartował z żony i puszczał oczko do synka: Uhonorowałeś mnie, synku! Tata!

Hania na pierwszym swoim rozpoczęciu roku, poważna i trochę wystraszona. Była przez chwilę blada jak jej wielkie kokardy, ale podołała i weszła do szkoły bez odwracania się za siebie.

Mamusiu!

Haniuś! Jak poszło?

Najlepiej! Pani Irena powiedziała, iż tylko ja i Zuza jesteśmy idealne.

Brawo! Anna przytuliła córeczkę.

A gdzie tata i Władzio?

Czekają w parku.

A Pączuś?

Jakże, bez niego się nie ruszamy! Anna się roześmiała. Siedzi w wózku.

Hania odetchnęła. Oddała miśka bratu, bo z najbliższymi trzeba się dzielić tym, co najlepsze. Ale i tak tęskniła. Tylko mamie mogła o tym powiedzieć.

Patrząc, jak rodzice idą przed nią, przekazując sobie Władzia i żywo rozmawiając, Hania nachyliła się do wózka, w którym siedział miś.

Jak myślisz, Pączusiu, czy teraz już będzie dobrze?

Pączuś patrzył na nią swoimi okrągłymi oczami i milczał. Ale Hania była pewna, iż już zna odpowiedź.

Dla mnie, jako ojca i męża, ta historia nauczyła mnie jednego czasem wystarczy zacząć mówić i słuchać naprawdę. Najtrudniej jest przyznać się do winy i poprosić o nowy początek. Ale jeżeli jeszcze mamy kogoś, kogo możemy objąć to znaczy, iż nie wszystko stracone.

Idź do oryginalnego materiału