Szczęśliwe lata
- Na studiach mieliśmy zgraną grupę znajomych – wspomina Iga. – Wspólne imprezy, wyjazdy w góry, wypady do daczy rodziców nad jeziorem. Studiowaliśmy różne kierunki, ale łączyło nas mieszkanie w akademiku i relacje romantyczne. Przez te kilka lat wspaniale się bawiliśmy. Nie liczyło się to, co kto ma, bo nikt zbyt dużo nie miał. Ważne było to, iż się lubiliśmy i nikt nikogo nie krytykował. Każdy był akceptowany taki jaki był. I to było fajne. Uważałam, iż w przyszłości będziemy w kontakcie, ponieważ taka bezinteresowna relacja nie zdarza się często. Trzeba takie przyjaźnie cenić i pielęgnować.
Po obronach prac magisterskich kilka osób z tej „paczki” wzięło śluby, w tym Iga i Artur. Dziewczyna podkochiwała się w nim od pierwszego roku studiów. Zostali parą na ostatnim roku.
To był przełom lat 80 i 90 ubiegłego wieku. Bardzo ciekawy, dynamiczny czas. Upadał stary porządek, do Polski wchodził kapitalizm i wymarzona wolność. Przyjaciele rozjechali się po Polsce, ktoś choćby za granicę. Nadszedł czas by po beztroskich studiach, zmierzyć się z prawdziwym, dorosłym życiem.
- Byliśmy pełni nadziei, iż nasza przyszłość będzie lepsza, niż ta rodziców – wspomina Iga. - Każdy z nas chciał odnieść sukces zawodowy, dorobić się majątku, żyć tak jak na zachodnich filmach, które zalewały naszą telewizję i wypożyczalnie kaset video. Wszyscy oglądali serial „Dynastia”, „Miami Vice”, czy „Powrót do Edenu”. Te samochody, domy i stroje były wyznacznikiem sukcesu. Było o co walczyć.
Pokolenie Igi miało wielką szansę zmienić swój status, bo w gruzy padały dawne struktury władzy. Tworzyła się nowa klasa społeczna, biznesmeni. Wiele osób w końcu mogło otworzyć własną firmę, realizować pomysły na biznes.
- Wyrwaliśmy się z szarych bloków i zaczęliśmy harować na swoje marzenia – opowiada Iga. - Trafiłam do korporacji, to była zupełnie nowa kultura pracy. Byłam dumna, iż mogę pracować od rana do nocy, choćby w wolne dni, bo wierzyłam, iż sukces firmy będzie moim sukcesem. Na początku wierzyłam w regularne pranie mózgu, serwowane na częstych szkoleniach. Mój mąż nie chciał brać udziału w wyścigu szczurów. Preferował spokojną, analityczną pracę. Wybrał jeden z urzędów i zajął się prawem i finansami. Szczerze powiedział, iż nie zamierza robić kariery za wszelką cenę. Oświadczył, iż jeżeli chcę mocno zaangażować się w pracę i zarabianie większych pieniędzy, to on nie ma nic przeciwko temu. Nie oczekiwał „tradycyjnej żony w garach”. Na początku byłam rozczarowana, jego postawą. Ale przemyślałam sprawę i doszłam do wniosku, iż ma rację. Tak jak on nie zmusza mnie do bycia „kurą domową”, tak ja nie mam prawa zmuszać go, by był „maszynką do robienia pieniędzy”. Każdy z nas żył po swojemu i było nam dobrze. Mimo, iż nie zarabialiśmy wielkich pieniędzy.
Zderzenie z rzeczywistością
Iga ciężko pracowała i kończyła kolejne studia. Jej wynagrodzenie rosło, ale czuła się wypalona, bo stres był ogromny. W końcu odeszła z korpo, na spokojniejsze, mniej płatne stanowisko w państwowej instytucji. Mąż dalej pracował w swojej dziedzinie, został specjalistą, ale nie startował na stanowisko dyrektorskie. Wolał zajmować się domem i swoim hobby - historią. Para kupiła własne mieszkanie.
- Cieszyliśmy się tym, co mamy – przyznaje Iga. – Nowym samochodem, wakacjami nad morzem, czy wyprawą szlakiem polskich zamków.
To były już czasy gdy wiele osób, organizacji i różnych placówek o społecznym charakterze nie radziło sobie na kapitalistycznym rynku. Państwo nie miało na tyle funduszy, by zaspokoić wszystkie potrzeby. Polska jeszcze nie weszła do Unii Europejskiej. Nie można było ubiegać się o fundusze.
- Była bieda, zaczęły rozwijać się akcje charytatywne – wspomina Iga. – Ruszył i świetnie sobie radził Jerzy Owsiak ze swoją Orkiestrą, powstawały inne akcje, jak ta w Lublinie –„ Pomóż dzieciom przetrwać zimę”. Było dużo potrzebujących i coraz więcej pomagających.
Do Polaków docierała świadomość, która od lat funkcjonuje w kapitalistycznych ustrojach, nie każdy może być milionerem, każdego może spotkać nieszczęście. Na bogatych lub zamożnych ludziach, spoczywa niepisana odpowiedzialność za tych, którzy mieli mniej szczęścia lub nie są w stanie sami sobie poradzić.
- jeżeli masz pieniądze, szczególnie, gdy pokazujesz bogactwo „na lewo i prawo”, to w dobrym tonie jest udzielać wsparcia tym co mają gorzej. Charytatywne bale, aukcje czy inne imprezy zbierające datki na szczytne cele, są czymś normalnym w świecie zachodnim. Polacy pamiętający jeszcze PRL, gdzie państwo socjalistyczne z zasady miało opiekować się każdym, dopiero uczyli się nowych reguł. Na państwo nie zawsze można liczyć. Na ulicach pojawiły się starsze babcie, które żebrały o pieniądze na wykupienie leków. Pamiętam wstrząsającą sytuację w centrum miasta. Starsza pani, posługująca się piękną polszczyzną, bardzo szczupła i skromnie, ale elegancko ubrana, pokazała mi zeszyt z całym wykazem jej codziennych wydatków i kwotą skromniutkiej emerytury. Prosiła o pieniądze na jedzenie, od wczoraj nie miała nic w ustach. Serce mi się kroiło z żalu – wspomina Iga. - Ta wiekowa kobieta, całe życie pracowała zawodowo jako skromna urzędniczka, nie miała bliskich. Rachunki za czynsz, media oraz leki, pochłaniały prawie wszystko co dostawała. Dałam co miałam w portfelu, niestety kilka tego akurat było. Już nigdy więcej nie spotkałam tej pani, wielka szkoda. Zamierzałam jakoś się z nią umówić i dawać jej regularne wsparcie. Do dzisiaj prześladuje mnie jej widok i upokorzenie, które musiała znosić prosząc obcych o grosze.
Iga wróciła do domu. Opowiedziała o tym mężowi. Też był wstrząśnięty. Choć nie mieli dużych dochodów, postanowili co miesiąc płacić jakąś kwotę na różne charytatywne cele. Miedzy innymi na posiłki dla ludzi bezdomnych i potrzebujących oraz na ogród zoologiczny. Wybrali zoo ponieważ oboje kochają zwierzęta.
Klasy się nie kupi
Czas płynął, dawni przyjaciele utrzymywali przez cały czas kontakty. Ci, którzy mieszkali w bliskiej odległości często spotykali się na imprezach czy wypadach do pubów. Każdy opowiadał, co u niego i dzielił się wiadomościami o innych członkach grupy. Wszyscy sobie jakoś radzili, pojawiały się dzieci. Więc było o czym rozmawiać. Po wielu latach od ukończenia studiów, ktoś z dawnej paczki wpadł na pomysł aby zrobić zjazd. Najlepiej dwudniowy, z noclegiem w jakimś przyjemnym miejscu turystycznym. To było to. Każdy chciał się spotkać na żywo.
- Cieszyliśmy się, iż znowu razem się zobaczymy – opowiada Iga. – Zarezerwowaliśmy pensjonat nad jeziorem. Nie mogłam się doczekać spotkania z tymi świetnymi ludźmi.
W sumie zapowiedziało się około dwudziestu osób, wszyscy byli z partnerami. Niektórzy dopiero się poznali z resztą starej grupy. Każdy pojawił się w nieformalnym stroju, bo to był z założenia, wypad na łono natury. Impreza się zaczęła, brakowało tylko najbogatszej pary - Judyty i Alberta, którzy dorobili się dużego majątku na handlu hurtowym. Minęło pół godziny, każdy był głodny i chciał się napić, więc dłużej nie czekano na spóźnialskich.
- Przybyli z prawie dwugodzinnym poślizgiem, zdziwieni, iż już zjedliśmy główne danie bez nich – opowiada Iga. – W sumie, mieli do tego miejsca najbliżej, do tego pojawili się strojach balowych. Byliśmy zaskoczeni takimi eleganckimi kreacjami, część z nas była w jeansach albo dresach. Poczuliśmy się trochę głupio. Judyta oświadczyła, iż to u nich normalne. Zawsze muszą elegancko wyglądać, tego wymaga od nich biznes. A poza tym, zwykle się spóźniają, ponieważ mają non stop dużo ważnych spotkań i spraw do załatwienia. Wyglądało na to, iż nasze prace to jakiś żart.
Po niezręcznej sytuacji impreza trwała dalej. Każdy rozmawiał z każdym, lało się piwo, pojawiła się atmosfera jak za dawnych lat. Robiło się coraz weselej.
- Nagle Albert zaczął nas, dosłownie, wypytywać ile kto zarabia – mówi Iga. – Z mężem stwierdziliśmy, iż stać nas na jedzenie i coś ponad to. Chcieliśmy obrócić sytuację w żart. Ale gdzie tam. Albert, jak jakiś księgowy, dopytywał wszystkich nadal. Nie czuł, iż to są cudze, prywatne sprawy. To był kiedyś bardzo wesoły i sympatyczny facet. Nie było wiadomo, czy to dla zabawy, czy on tak na serio robi finansowy wywiad.
Ludzie zaczęli się tłumaczyć, dlaczego nie rzucili kiepskiej pracy i nie prowadzą swoich firm, jak Albert i Judyta. Iga z Arturem widzieli, jak robi się niezręcznie. Chcieli zmienić temat, na mniej żenujący.
- Artur zaczął opowiadać, iż od kilku lat sponsorujemy zwierzę w zoo – relacjonuje Iga. – Wyjaśnialiśmy ludziom, iż każdy może adoptować, ponieważ kwota zależy od wielkości i gatunku. To miała być ciekawostka, mała promocja na szczytny cel. Ale takiej reakcji się nie spodziewaliśmy. Nagle odezwała się Judyta i oświadczyła, iż gdyby oni chcieli to by kupili całe to zoo! Wszyscy zamilkliśmy. adekwatnie to nie bardzo było co odpowiedzieć na takie pogardliwe słowa. To był jakiś kosmos, jak nasi, wydawałby się normalni znajomi „odlecieli” z powodu pieniędzy.
Po tym zajściu, spotkanie toczyło się już wokół bogatego małżeństwa z hurtownią. Każdy wysłuchiwał co już kupili, gdzie byli i co mają zamiar jeszcze kupić i gdzie pojechać.
- To było nasze pierwsze i ostatnie spotkanie z tymi nowymi milionerami – przyznaje Iga. – przez cały czas pomnażają majątek, mają kilka hurtowni, ale my unikamy kontaktu z osobami, którymi się stali. Wiemy od innych, iż odmówili zatrudnienia naszego dawnego kolegi, który stracił pracę i bardzo potrzebował pieniędzy. Innemu, też staremu kumplowi, znakomitemu fachowcowi, zaproponowali angaż za minimalną kwotę, plus rozliczenia „pod stołem”. Naturalnie ich wyśmiał. Oczywiście, nie zostali sponsorami zoo, mimo iż „mogą je kupić”. Jedynie co robią, to przeznaczają duże kwoty na reklamy swojej firmy. Mają do tego prawo, bo to ich pieniądze. Ale, jak widać choćby duże pieniądze, to jednak nie wszystko.













