Bałam się, iż po powrocie ze szpitala nie poradzę sobie sama. Lekarz zapewniał jednak, iż po kilku tygodniach rehabilitacji znów będę chodziła bez bólu.
— Dzieci na pewno pani pomogą — powiedziała pielęgniarka.
Nie odpowiedziałam. Córka mieszkała kilkanaście minut ode mnie, ale zawsze była zajęta. Syn dzwonił raz w miesiącu, najczęściej wtedy, gdy potrzebował pieniędzy.
Po zabiegu oboje pojawili się przy moim łóżku. Anna przyniosła sok, Piotr położył na szafce mandarynki. Byłam wzruszona. Pomyślałam, iż choroba przypomniała im, iż przez cały czas mają matkę.
— Nie martw się — powiedziała córka. — Wszystkim się zajmiemy.
Wieczorem dostałam silne leki przeciwbólowe. Leżałam z zamkniętymi oczami, ale nie spałam. Anna i Piotr stali przy oknie, przekonani, iż ich nie słyszę.
— Pośrednik mówił, iż mieszkanie można sprzedać w dwa miesiące — wyszeptała córka.
— Najpierw trzeba ją przekonać — odpowiedział syn. — Powiemy, iż nie da sobie rady na czwartym piętrze.
— A jeżeli odmówi?
— Podsunie się jej pełnomocnictwo razem z dokumentami ze szpitala. Nie będzie wszystkiego czytać.
Serce zaczęło mi walić szybciej niż po operacji.
Rozmawiali o moim mieszkaniu jak o rzeczy, którą już odziedziczyli. Piotr chciał spłacić kredyt. Anna planowała dołożyć swoją część do budowy domu. Dla mnie znaleźli niewielki prywatny dom opieki na obrzeżach miasta.
— Z emerytury pokryje większość pobytu — powiedziała córka. — Reszta zostanie dla nas.
Chciałam otworzyć oczy i krzyknąć, ale zabrakło mi siły. Leżałam nieruchomo, a łzy spływały mi po skroniach na poduszkę.
Następnego ranka poprosiłam pielęgniarkę o telefon. Zadzwoniłam do sąsiadki Basi, z którą znałyśmy się od trzydziestu lat. Przyjechała jeszcze tego samego dnia. Opowiedziałam jej wszystko.
Basia pomogła mi znaleźć rehabilitantkę oraz opiekunkę, która miała przychodzić przez kilka godzin dziennie. Skontaktowała mnie również z prawnikiem. Odwołałam stare pełnomocnictwo bankowe, zmieniłam testament i poprosiłam ślusarza o wymianę zamków przed moim powrotem.
Dzieci o niczym nie wiedziały.
W dniu wypisu przyjechały razem. Anna trzymała teczkę.
— Mamo, tutaj są dokumenty potrzebne do zorganizowania opieki — powiedziała. — Podpiszesz w samochodzie.
— Najpierw je przeczytam.
Córka zacisnęła usta.
— Nie komplikuj. Robimy to dla twojego dobra.
W teczce znajdowało się pełnomocnictwo pozwalające Annie reprezentować mnie między innymi przy sprzedaży mieszkania. Nie było tam ani słowa o rehabilitacji.
— Nie podpiszę.
Piotr westchnął.
— Mamo, bądź rozsądna. Nie możesz mieszkać sama.
— Lekarz twierdzi, iż za sześć tygodni będę samodzielna.
— A kto będzie cię przez ten czas mył, gotował i prowadził do toalety? — zapytała Anna. — My mamy własne życie.
— Dlatego zatrudniłam opiekunkę.
Zapadła cisza. Nie zapytali, ile będzie mnie to kosztowało ani czy potrzebuję pomocy. Piotr chciał wiedzieć tylko, skąd wezmę pieniądze.
— Ze swoich oszczędności. Tych, które zamierzaliście podzielić razem z mieszkaniem.
Zbladł. Anna zaczęła krzyczeć, iż podsłuchiwanie jest obrzydliwe. Odpowiedziałam, iż znacznie gorsze jest planowanie sprzedaży domu matki przy jej szpitalnym łóżku.
Do mieszkania wróciłam z Basią. Rehabilitacja była bolesna, ale po kilku tygodniach zaczęłam chodzić o lasce. Dzieci nie odwiedziły mnie ani razu. Zadzwoniły dopiero wtedy, gdy dowiedziały się o zmianie testamentu.
Nie odebrałam.
Po operacji potrzebowałam ich przez sześć tygodni. Oni nie mogli poświęcić mi choćby jednego.
Za to moje mieszkanie potrafili podzielić, zanim zdążyłam samodzielnie wstać z łóżka.








