Nazywam się Dariusz Wolak, mam pięćdziesiąt trzy lata i od jedenastu lat pracuję jako strażnik przy bramie głównej szpitala w Radomiu. Widziałem już różne rzeczy na tym dyżurze – karetki przyjeżdżające o czwartej nad ranem, ludzi płaczących na schodach, pijanego mężczyznę, który próbował wjechać rowerem prosto do izby przyjęć. Ale tego, co wydarzyło się tamtej jesieni, nie zapomnę do końca życia.
To był poniedziałek, początek października. Chłodno, mgła jeszcze się nie rozeszła nad parkingiem, a ja piłem kawę z termosu, bo automat przy portierni znowu się zepsuł. Koło południa zauważyłem, iż pod schodami przy wejściu głównym leży pies. Potem drugi. Potem jeszcze cztery. Sześć bezpańskich kundli, różnej maści, różnej wielkości, usiadło naprzeciwko szklanych drzwi i po prostu tam zostało.
Pomyślałem, iż to zwykła sfora, która znalazła sobie ciepłe miejsce – rury od ogrzewania biegną tam pod chodnikiem, więc bruk jest cieplejszy. Machnąłem ręką, wróciłem do budki. Ale one nie odeszły. Ani po godzinie, ani po dwóch.
Następnego dnia siedziały w tych samych miejscach, co do metra. Dwa leżały przy schodach, trzy skupiły się bliżej wejścia, a jeden, chudy, czarno-biały, siedział z boku, osobno, i nie odrywał oczu od drzwi. Nie szczekał. Nie warczał. Nie gonił gołębi, które przelatywały tuż nad nim. Zachowywał się, jakby czekał na kogoś konkretnego.
Pani Ewa, pielęgniarka z oddziału internistycznego, wyniosła im miski z wodą i resztkami kanapek z bufetu.
– Biedactwa, pewnie zdechlaki z głodu – powiedziała, stawiając miski na chodniku.
Żaden pies choćby nie podszedł. Woda stała nietknięta do wieczora.
Zaczęły się skargi od pacjentów i rodzin, które przychodziły w odwiedziny. Ktoś się bał, ktoś mówił, iż to niehigieniczne. Dyrektor administracyjny kazał mi je przegonić. Klaskałem, tupałem, choćby próbowałem je spłoszyć miotłą – odsuwały się o kilka metrów i po chwili wracały dokładnie na to samo miejsce, jakby ktoś im wyznaczył posterunek.
Minął tydzień. Personel zaczął gadać między sobą na korytarzach.
– Może kogoś stracili?
– Bezpańskie psy nie tracą nikogo, są bezpańskie – ucinała pani Ewa, choć palce, którymi wykręcała ścierkę przy zlewie na dyżurce, robiły to wolniej niż zwykle.
Ja też miałem swoją teorię, głupią zresztą – iż może przed nami stał kiedyś budynek, w którym ktoś je karmił, i teraz wracają z przyzwyczajenia. Nie chciałem się mieszać bardziej, niż musiałem – mam dyżury po dwanaście godzin, nogi bolą, a jeszcze trzeba było tłumaczyć się dyrekcji, czemu "zwierzęta nie są przepędzone zgodnie z procedurą".
Prawda wyszła na jaw przez przypadek, dziesiątego dnia. Na oddział paliatywny przyjęto starszego mężczyznę, pana Bogdana Kaczmarka, siedemdziesięcioośmioletniego wdowca z Wolanowa, sprowadzonego karetką po ciężkim zawale. Jego sąsiadka, pani Krystyna, która pojechała z nim do szpitala, rozpoznała czarno-białego kundla siedzącego z boku.
– To przecież Burek! – krzyknęła w holu, tak iż słyszała ją cała recepcja. – Pan Bogdan karmił go codziennie od lat, razem z całą tą bandą. On je dokarmiał na działce i pod sklepem, wszystkie go znały.
Okazało się, iż pan Kaczmarek, samotny emeryt, od dawna dokarmiał lokalną sforę bezpańskich psów przy swojej działce niedaleko cmentarza komunalnego. Codziennie o tej samej porze wychodził z miską i workiem suchej karmy. Tego poniedziałku, kiedy nie przyszedł, psy poszły za zapachem – dokładnie tą samą drogą, którą jeździła karetka, aż do szpitala. I usiadły przy drzwiach, którymi zniknął.
Kiedy to się wyjaśniło, na korytarzu zrobiło się jakoś inaczej cicho, niż bywa zwykle po dyżurze. Lekarz prowadzący, doktor Michał Sowiński, zszedł na dół i długo stał w progu, wpatrując się w tego czarno-białego psa. Nie powiedział nic, tylko wrócił do środka, zapinając fartuch po drodze, jakby chciał zająć czymś ręce.
Stan pana Bogdana się nie poprawiał. Trzynastego dnia zmarł nad ranem. Pamiętam, bo miałem wtedy nocną zmianę i to ja, jako pierwszy z personelu, zauważyłem, iż wszystkie sześć psów naraz wstało z ziemi. Bez żadnego sygnału, bez hałasu w budynku, który mogłyby usłyszeć. Po prostu wstały, jeden po drugim odwróciły się od drzwi i odeszły w stronę ulicy Wolanowskiej – tej samej, którą przyjechała karetka.
Nie wróciły już nigdy pod nasze wejście.
Pani Krystyna, sąsiadka, przyszła później do szpitala po dokumenty i zaświadczenie o zgonie. Rozmawiałem z nią przy portierni, bo pytała, czy nie wiem, gdzie się podziały psy. Powiedziała, iż zaopiekuje się nimi sama, iż pan Bogdan zostawił w testamencie prośbę do niej – niewielką sumę, dwa tysiące złotych, konkretnie na karmę dla sfory, zapisaną w zwykłym zeszycie, który znaleziono w jego stole. Nie miał dzieci, nie miał bliskiej rodziny – tylko te psy i sąsiadkę, która obiecała dokończyć to, co on zaczął.
Trzymała tę kopertę oburącz, przyciśniętą do siatki z zakupami, jakby bała się, iż coś z niej wypadnie. Poszła w stronę przystanku, żeby wsiąść w dziewiątkę i wrócić na Wolanów.
Automat przy portierni naprawili tego samego tygodnia. Ja wróciłem na swój posterunek przy szklanych drzwiach, tam gdzie jeszcze przez parę dni dało się znaleźć w błocie ślady sześciu par łap i stała, nietknięta już przez nikogo, miska pani Ewy.












