Pierwszy Dzień Emerytury według Heleny

newsempire24.com 7 godzin temu

8:00 rano. Pobudka, kontrastowy prysznic, rozciąganie na macie.

9:00. Porządne śniadanie: twarożek z koperkiem, dwie kromki chleba razowego, cykoria z mlekiem.

10:00. Godzina dla siebie: maseczka, lekkie cieniowanie powiek, ułożenie włosów.

12:00. Spacer po parku, potem warzywniak — po świeżą pietruszkę, cytryny, kawałek dorsza.

14:00. Obiad: zupa jarzynowa, pierś z kurczaka gotowana na parze, kompot z suszonych jabłek.

16:00. Godzina produktywna: kurz, szafy, żelazko, pranie.

17:30. Podwieczorek, na tym koniec jedzenia na dzisiaj.

18:00. Czas twórczy: akwarele, szkicownik, może kaligrafia.

20:00. Książka o zdrowym starzeniu się.

22:00. Higiena, łóżko.

22:30. Sen.

Tak wyglądał plan. Kto to wymyślał, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Obudziłam się o jedenastej. Twarz jak poduszka, oczy jak szparki. Wczoraj wieczorem zjadłam śledzia, popiłam herbatą z miodem i obejrzałam do drugiej w nocy serial, który syn mi podrzucił, żebym „miała co robić na emeryturze”. Świętej pamięci mama mówiła, iż po śledziu pije się wodę, nie herbatę. Mama miała rację. Trudno.

Śniadanie jadłam o wpół do pierwszej. Mleko w kartonie było już lekko kwaśne, więc usmażyłam placuszki. Do tego dokończyłam otwartą śmietanę i słoik powideł, bo stały w lodówce od nie wiadomo kiedy. Trzeba było to zagospodarować. To nie obżarstwo, to porządek w lodówce.

Potem miał być spacer. Potem godzina dla siebie. Zamiast tego usiadłam z telefonem i zaczęłam przeglądać wiadomości od znajomych z pracy. Ela przysłała przepis na ciasto jogurtowe, Basia na sałatkę z brokuła, Kazek link do ćwiczeń na kręgosłup. Wszystko przeczytałam, wszystkie linki otworzyłam, po czym zasnęłam na kanapie z telefonem na brzuchu. Emerytura jest męcząca, nie ma co ukrywać.

O czwartej wstałam, zjadłam resztę czekolady, którą dostałam na pożegnanie od dziewczyn z księgowości. W notesie zapisałam: „Nigdy więcej czekolady. Ani jednej kostki”.

O szóstej wyszłam w końcu z domu. Doszłam do osiedlowej Biedronki i wróciłam z parówkami oraz ciastem czekoladowym, bo akurat była promocja. Dwie rzeczy w cenie jednej. Nie mogłam tego zostawić. Poza tym to przecież święto. Pierwszy dzień nowego życia. Ostatni raz. Absolutnie ostatni.

O siódmej zadzwoniła Grażyna, koleżanka z działu kadr. Też już na emeryturze. Gadałyśmy z godzinę. Opowiedziała mi o nowym tureckim serialu, iż to o miłości, zdradzie i zemście, iż wciąga od pierwszego odcinka. No to włączyłam. Tylko zerknę. Jeden odcinek.

Skończyłam o wpół do pierwszej w nocy. W międzyczasie zjadłam parówki, potem połowę ciasta, a potem otworzyłam kolejnego śledzia, bo jakoś tak wyszło. Podczas pierwszego odcinka chciało mi się pić. Podczas drugiego zgłodniałam. Podczas trzeciego znalazłam w lodówce śledzia i stwierdziłam, iż to zdrowsze niż czekolada. Trzeba przecież myśleć o zdrowiu.

Siedziałam w fotelu z pilotem w jednej ręce i kromką chleba ze śledziem w drugiej, i w pewnym momencie przyłapałam się na tym, iż kibicuję bohaterce, żeby rzuciła tego całego Mehmeta i wróciła do męża, chociaż mąż to drań. Serialowa logika.

A potem spojrzałam na swój plan dnia, ten idealny, rozpisany ołówkiem w nowym notesie z okładką w lawendowe paski. Leżał na stoliku, otwarty na dzisiejszej dacie. Wszystkie punkty czyste, eleganckie. Przy żadnym żadnego odhaczenia.

Zaśmiałam się na głos. Tak jakoś sama do siebie, w pokoju, przy świetle tylko z telewizora. Bo to przecież zabawne. Czterdzieści dwa lata wstawałam na budzik. Czterdzieści dwa lata planowałam, pilnowałam, rozliczałam. A teraz jedyne, co udało mi się zaplanować, to drzemka na kanapie.

Wzięłam długopis i na dole kartki napisałam:

„Sobota: kupić śledzia i mleko. I nie oglądać seriali po północy”.

A pod spodem, mniejszymi literami:

„Jutro na pewno wyjście z domu”.

Pogasiłam światła. Umówiłam się sama ze sobą, iż w niedzielę pójdę do kościoła na ósmą. Nie dlatego, iż muszę się pokazać. Po prostu tak. Żeby nie jeść śniadania w piżamie o wpół do dwunastej. Żeby zobaczyć ludzi. Żeby po kościele iść do piekarni po drożdżówkę i zjeść ją na ławce w parku, patrząc na gołębie.

Zegar w kuchni tykał. Gdzieś na klatce u sąsiada z dołu grała telewizja, pewnie teleturniej z lektorem. Zapach śledzia snuł się po pokoju, taki domowy, gęsty. Za oknem mrugała latarnia przy śmietniku, jak od lat, nikt jej nie naprawiał.

Nastawiłam budzik na ósmą. Wiedziałam, iż nie wstanę. Ale nastawiłam. Dyscyplina to dyscyplina.

A potem zamiast kolacji otworzyłam notes na nowej stronie i wypisałam plan na jutro. Taki normalny, bez kontrastowego prysznica.

Śniadanie. Spacer. Obiad. Serial, ale tylko jeden odcinek. I kupić pietruszkę, bo w lodówce została tylko choć jedna garść, jakaś taka smutna.

Zgasiłam lampę. W telewizorze napisy leciały dalej, zanim wyłączył się ekran. Jutro powiem, iż plan był dobry, tylko wykonanie kulawe.

A teraz spać.

Pachniał śledź. I było mi dobrze.

Idź do oryginalnego materiału