Peron trzeci, siedemnaście lat czekania

newskey24.com 5 dni temu

Peron trzeci, list, którego nie wysłała

Barbara Nowicka pracowała w kasie biletowej na dworcu w Tarnowie od tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego drugiego roku. Znała rozkład jazdy na pamięć, znała zapach smaru i mokrego betonu na peronie drugim, gdzie zawsze cieknie z dachu, kiedy pada. Najlepiej znała jednak ludzi, którzy przez ten dworzec przechodzili — bo każdy z nich wsiadał gdzieś i wysiadał gdzieś, a ona widziała tylko ten jeden kawałek ich drogi, między kasą a peronem.

Tego dnia, dwunastego września, do okienka podeszła kobieta w wełnianym płaszczu, z torebką przyciśniętą do brzucha tak mocno, jakby bała się, iż ktoś jej ją wyrwie. Powiedziała, iż nazywa się Krystyna Wesołowska i iż chce kupić bilet do Krakowa — na pociąg, który odjeżdża za czterdzieści minut. Bilet kosztował dwadzieścia trzy złote osiemdziesiąt groszy. Krystyna otworzyła portmonetkę, wysypała monety na blachę pod okienkiem i zaczęła je liczyć, ale palce jej się rozjechały, jedna dziesięciogroszówka spadła i potoczyła się pod ławkę. Kobieta patrzyła na nią, jakby nie miała siły się po nią schylić.

— Ja poszukam — powiedziała Barbara, wyszła z kasy, uklękła i wyjęła monetę spomiędzy nóg ławki. Kiedy wstawała, zobaczyła, iż Krystyna trzyma resztę pieniędzy w zaciśniętej dłoni, nieruchomo, jak coś, co może wybuchnąć.

— Jedzie pani do syna? — zapytała, bo to pytanie zadawała setki razy dziennie, z przyzwyczajenia, nie oczekując adekwatnie żadnej odpowiedzi.

— Jadę na pogrzeb męża. Umarł w poniedziałek. Mieliśmy razem czterdzieści jeden lat.

Barbara odłożyła monetę na blachę. Za oknem kasy przejechał wózek z workami pocztowymi, jeden z pracowników zaklął, bo koło się zacięło. Zwyczajny hałas dworca, który nie wie, iż komuś właśnie skończył się świat.

— Niech pani usiądzie na chwilę — powiedziała Barbara i wskazała ławkę pod tablicą odjazdów. — Pociąg jeszcze nie podstawiony.

Krystyna usiadła, postawiła torebkę na kolanach i zaczęła ją otwierać i zamykać, otwierać i zamykać, jakby sprawdzała, czy bilet nie zniknął.

— Poznałam Tadeusza w osiemdziesiątym, na weselu kuzynki w Bochni — powiedziała, nie patrząc na Barbarę, patrząc na zatrzask torebki. — Rok później pobraliśmy się. Agnieszka, potem Marcin. Mieszkaliśmy przy Lwowskiej, do dziś rośnie tam grusza, którą posadził, jak się urodziła Agnieszka. Kłóciliśmy się o pieniądze, o teściową, o to, kto ma wyjść z psem.

Zamknęła torebkę na dobre i przycisnęła ją do siebie.

— W poniedziałek rano nie wstał z łóżka. Serce.

Wyjęła z kieszeni płaszcza zmiętą paczkę chusteczek, ale nie użyła żadnej, tylko obracała ją w rękach.

— Ostatnie, co mu powiedziałam wieczorem, to iż zapomniał wynieść śmieci. Tak mu powiedziałam. O śmieciach.

Głośnik nad ich głowami zatrzeszczał, zapowiadając spóźnienie pociągu do Krynicy. Krystyna podskoczyła, jakby to była zapowiedź jej pociągu, i chusteczka wypadła jej z rąk na peron.

Barbara pomyślała o ojcu, który dwadzieścia lat temu wysiadł z jej życia bez pożegnania, na przystanku, którego nikt się nie spodziewał. Podniosła chusteczkę i podała Krystynie.

— Nie wszystko da się dokończyć — powiedziała. — Ale to nie znaczy, iż nie było między wami dobrze.

Pociąg do Krakowa podstawiono na tor drugi. Krystyna wstała, wygładziła płaszcz, wzięła bilet z blachy i poszła w stronę peronu, tym razem nie przyciskając torebki, tylko trzymając ją w opuszczonej ręce.

Barbara wróciła do okienka. Student jadący do Warszawy na egzamin, para jadąca nad morze, staruszek, który trzy razy pytał o godzinę odjazdu i trzy razy nie dowierzał odpowiedzi. Zwykły dzień na zwykłym dworcu.

Wieczorem, zamykając kasę, wyjęła telefon i wybrała numer córki, która mieszkała we Wrocławiu. Nie rozmawiały od trzech tygodni, od kłótni, której powodu Barbara już choćby nie umiała dokładnie odtworzyć. Telefon zadzwonił dwa razy, Barbara odłożyła słuchawkę, zanim ktoś zdążył odebrać. Postała chwilę z ręką na aparacie, potem wybrała numer jeszcze raz.

— Tak? — głos córki był krótki, urzędowy, jakby odbierała telefon od kogoś nieznajomego.

— To ja. Chciałam tylko usłyszeć twój głos.

Cisza w słuchawce trwała chwilę dłużej, niż powinna.

— Wszystko w porządku, mamo?

— Wszystko w porządku. A u ciebie?

Rozmawiały czterdzieści minut, zaczynając od zdań krótkich i ostrych jak odłamki, o pracy córki, o sąsiadce, która znowu zalała balkon, o przepisie na barszcz, którego Barbara nigdy nie potrafiła nauczyć się na pamięć. W połowie rozmowy głos córki złagodniał, jakby ktoś odkręcił zawór.

Nazajutrz Barbara przyszła do pracy wcześniej niż zwykle. Otworzyła szufladę biurka, w której trzymała stare zdjęcia, i wyjęła jedno: ojciec na tym samym peronie drugim, w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym ósmym roku, z walizką w jednej ręce i papierosem w drugiej, w prochowcu, który pamiętała lepiej niż jego twarz. Otarła fotografię rękawem od pyłu i postawiła ją przy kasie, obok kalendarza, tak żeby było widać ją z okienka.

Kilka minut później do szyby zapukała starsza kobieta, pytając o bilet do Krynicy. Barbara odsunęła zdjęcie o centymetr, żeby zrobić miejsce dla kwitka, i zaczęła wybijać bilet.

Idź do oryginalnego materiału