Miałam sześćdziesiąt trzy lata, kiedy zadzwonił do mnie zięć i powiedział, iż w internecie krążą jego słowa o mojej córce. Nazywam się Krystyna Wardęga, mieszkam w Radomiu od czterdziestu lat, w bloku na Gołębiowie, tym samym, w którym wychowałam Halinę. Halina zmarła w marcu, na raka jajnika, po dwóch latach chemii, którą przechodziła jak żołnierz — bez jednego dnia płaczu przy mnie, choć wiem, iż płakała po nocach, bo poduszka bywała mokra, kiedy przychodziłam rano robić jej herbatę z imbirem.
Jej mąż, Ryszard Boczek, prowadzi w Radomiu portal internetowy o nazwie „Głos Prawdy" — coś między blogiem a czasopismem, które od lat pisze, iż szczepionki to spisek, iż onkologia to biznes farmaceutyczny, a chemioterapia zabija szybciej niż nowotwór. Halina się z nim nie zgadzała. Wiem to, bo sama mi mówiła, siedząc na tym samym łóżku, na którym później umierała: „Mamo, on wierzy w swoje teorie bardziej niż we mnie".
Po jej śmierci Ryszard napisał na portalu tekst pożegnalny. Trzy tysiące znaków. Przeczytałam go dwa razy, bo pierwszy raz nie mogłam uwierzyć, iż to, co czytam, naprawdę tam jest.
W połowie tekstu, między wspomnieniem o ich ślubie w Kazimierzu Dolnym i opisem jej ostatnich dni, Ryszard napisał, iż gdyby Halina „posłuchała prawdy o medycynie konwencjonalnej", może żyłaby dłużej. Że system onkologiczny w Polsce „truje ludzi chemią, żeby zarabiać na kolejnych cyklach". Że jej choroba to dowód na to, o czym pisał od lat.
Zadzwoniła do mnie sąsiadka, pani Elżbieta, z dołu, ta co ma pieska, jamnika o imieniu Fasolka, który zawsze szczeka na windę. Powiedziała: „Krysia, widziałaś, co on napisał?" Nie widziałam. Otworzyłam telefon córki mojej wnuczki, bo sama nie mam Facebooka, i przeczytałam.
Pod tekstem było już ponad czterysta komentarzy. Większość — kondolencje, jak to bywa, ludzie piszący „łączymy się w bólu" bez czytania, co jest pod spodem. Ale był jeden komentarz, długi, podpisany przez pewnego lekarza z Krakowa, doktora Michała Sowę, onkologa, który napisał wprost: to nie jest żałoba, to jest wykorzystanie śmierci żony do promowania własnych poglądów antyszczepionkowych i antymedycznych. Napisał to spokojnym, chłodnym językiem faktów, z podaniem swojego numeru wykonywania zawodu, z linkiem do publikacji na temat leczenia tego typu nowotworu. Komentarz miał ponad sto polubień, kiedy portal lokalny — nie będę wymieniać nazwy, bo sprawa i tak trafiła już do sądu — napisał artykuł o „kontrowersyjnym redaktorze, który pochował żonę po ciężkiej chorobie". Artykuł cytował inny komentarz, krótszy, mniej merytoryczny, od znajomego Ryszarda. Komentarz doktora Sowy zignorowano całkowicie, choć był najbardziej czytany i najbardziej rzeczowy.
Przyszłam do Ryszarda tydzień po pogrzebie. Miał wtedy jeszcze świeży zapach kadzidła na ubraniu — takie rzeczy się nie zmywają od razu. Siedzieliśmy w kuchni, w tej samej, w której gotowałam dla Haliny rosół, kiedy jeszcze mogła jeść. Na stole stał termos z niedopitą kawą, chłodną już, bo nikt jej nie dopił.
— Ryszard — powiedziałam — czytałam twój tekst.
— To był pożegnanie dla mojej żony, Krystyno.
— To było pożegnanie zmienione w reklamę. Twoją reklamę.
Milczał. Nie odwrócił się, tylko przesunął łyżeczkę po talerzyku, tam i z powrotem, jak dziecko, które nie chce odpowiadać na pytanie.
— Ona się z tobą nie zgadzała — powiedziałam. — Sama mi to mówiła. Nie chciała, żeby jej choroba stała się twoim dowodem na to, w co wierzysz.
— Ty nie rozumiesz systemu medycznego, Krysiu.
— Rozumiem jedno: moja córka umierała dwa lata, a ty przez te dwa lata pisałeś na swoim portalu, iż chemia ją zabija, a nie rak. I ona to czytała. Wiesz, co mi powiedziała w styczniu? Że boi się powiedzieć ci, iż boli ją po zastrzyku, bo ty od razu napiszesz o tym artykuł.
To go dotknęło. Zobaczyłam, jak zesztywniała mu szczęka, ale nie powiedział nic.
Halina miała mieszkanie własnościowe w Radomiu, przy ulicy Wośnickiej, kupione za pieniądze, które zarobiła jako księgowa w firmie budowlanej — czterdzieści dwa metry, jedyne, co po niej zostało oprócz teczki dokumentów, którą przechowywałam u siebie od czasu, kiedy trafiła do hospicjum, bo bała się, iż Ryszard „coś z tym zrobi". To były jej słowa, dosłownie: „Mamo, schowaj to u siebie, na wszelki wypadek".
W teczce był testament, spisany u notariusza przy Żeromskiego, dwa lata przed diagnozą, jeszcze kiedy była zdrowa i przewidująca. Mieszkanie zapisała w połowie mnie, w połowie swojej córce z pierwszego małżeństwa, dziewiętnastoletniej Julii, która akurat wtedy zaczynała studia farmacji w Lublinie — ironia, której Ryszard pewnie nie zauważył. Ryszard w testamencie nie miał nic, bo brali osobność majątkową, o czym też wiedziałam, bo byłam świadkiem u notariusza.
Miesiąc po pogrzebie Ryszard zadzwonił i powiedział, iż „jako mąż" ma prawo do mieszkania, iż nie wypada wyrzucać wdowca na bruk, iż przecież mieszkał tam z Haliną siedem lat. Powiedział to takim tonem, jakby robił mi łaskę, iż mnie o tym informuje, a nie pytał.
Poszłam do tej samej kancelarii przy Żeromskiego, do notariusza, który znał już sprawę. Zabrałam teczkę — brązową, tekturową, z odciśniętym w rogu numerem aktu notarialnego, którą Halina nosiła w płóciennej torbie z targu na Kilińskiego, bo nie chciała, żeby ktoś w domu ją zobaczył. Notariusz otworzył akt, sprawdził rozdzielność majątkową, potwierdził zapis testamentowy. Zapłaciłam za wypis, sto osiemdziesiąt złotych, i pojechałam do zarządu spółdzielni mieszkaniowej na Wośnickiej.
Tam, w okienku numer trzy, urzędniczka o imieniu Basia — znałam ją, bo razem chodziłyśmy na gimnastykę do ośrodka kultury — sprawdziła dokumenty i powiedziała, iż przepisanie własności na mnie i na Julię potrwa do trzech tygodni. Zapytała, czy pan Boczek wie. Powiedziałam, iż się dowie, kiedy przyjdzie list.
List przyszedł w kwietniu. Ryszard przyjechał do mnie tego samego dnia, wściekły, z listem w ręku, zmiętym na rogach, jakby go po drodze kilka razy ścisnął w pięści.
— Wyrzucasz mnie z domu, w którym mieszkałem z twoją córką!
— Nie ja cię wyrzucam. Testament ją wyrzuca. Ona to podpisała, kiedy jeszcze była zdrowa i wiedziała, co robi.
— To był nasz dom.
— To był jej dom. Kupiony przez nią, zapisany przez nią. Ty masz swój portal, swoje teksty, swoich czterysta komentarzy pod nekrologiem. Masz cały internet, w którym mówisz o prawdzie. Ja mam tylko to, co ona zostawiła na papierze — i to jest jedyna prawda, która mnie interesuje.
Stał w drzwiach mojego mieszkania na Gołębiowie, tam gdzie na wycieraczce leży od piętnastu lat ten sam napis „Witamy", wyblakły od słońca. Nie wpuściłam go dalej.
— Masz trzydzieści dni na wyprowadzkę, zgodnie z pismem ze spółdzielni. Julia przyjeżdża z Lublina w maju, będzie mieszkać w tym pokoju, w którym twoja żona umierała, bo ono jest teraz jej, tak jak było zapisane.
Wyszedł bez słowa. Usłyszałam, jak na dole zaszczekała Fasolka pani Elżbiety, bo winda znowu zaskrzypiała.
Trzy tygodnie później dostałam telefon od Julii — powiedziała, iż przeprowadziła się już do mieszkania na Wośnickiej, iż w szafie znalazła stary sweter matki, ten szary, w który Halina zawsze się owijała, kiedy było jej zimno od chemii, i iż go zatrzyma. Zapytała, czy mogę przyjechać w niedzielę na obiad, bo chce ugotować taki rosół, jaki robiłam dla jej matki.
Powiedziałam, iż przyjadę. Zabrałam ze sobą teczkę — już nie musiałam jej nikomu chować.












