Papierosy ojca, które pamiętam inaczej niż ona

newsempire24.com 1 tydzień temu

Mam na imię Dariusz, mam pięćdziesiąt sześć lat i od trzydziestu dwóch palę. Nie chowam się z tym, nie udaję, iż to coś, czego powinienem się wstydzić przed własnym wnukiem. Po prostu tak jest.

Moja córka Patrycja urodziła syna w marcu. Mieszkają w Bydgoszczy, w bloku na Wyżynach, trzy przystanki tramwajem od nas. Odwiedzamy ich co niedzielę, czasem w środku tygodnia, jeżeli coś trzeba przynieść — pieluchy, bo akurat były w promocji w Biedronce, albo zupę od żony, bo Patrycja po porodzie prawie nie gotowała.

I od pierwszego dnia w tym domu obowiązuje rytuał. Wchodzisz, witasz się, idziesz do łazienki, mydło w kostce, ręcznik w kropki wisi na haczyku specjalnie dla gości. Dopiero potem wolno ci wziąć dziecko na ręce. jeżeli wcześniej pogłaskałeś ich psa — owczarka o imieniu Borys, który śpi na macie w kuchni — to samo mydło jeszcze raz. A jeżeli paliłeś, choćby na balkonie, choćby jednego papierosa, to już w ogóle nie podchodź, dopóki nie zmienisz koszulki albo nie umyjesz się porządnie.

Rozumiem higienę. Sam mam dwoje dzieci wychowanych w czasach, kiedy nikt nie mierzył temperatury w aptece termometrem bezdotykowym. Ale jest różnica między "umyj ręce" a tym, co ja czuję, kiedy wchodzę do tego mieszkania i czekam, aż moja własna córka oceni, czy jestem wystarczająco czysty, żeby podejść do wnuka.

Tamtej niedzieli, pierwszej w maju, wyszedłem na klatkę schodową, bo Patrycja nie znosi dymu w domu — to rozumiem, nie palę tam nigdy. Zapaliłem jednego papierosa na schodach, słuchałem, jak sąsiadka z drugiego piętra gra coś na pianinie, chyba Chopina, zawsze w niedzielę po obiedzie. Wróciłem, umyłem ręce w łazience jak zawsze, wziąłem wnuka na ręce i powiedziałem: "No, chodź do dziadka."

Patrycja weszła z kuchni z ręcznikiem w ręku i powiedziała, iż jeszcze pachnę dymem, iż koszulka jest przesiąknięta, iż miałem przynajmniej ją zmienić. Powiedziałem jej to, co mówię od miesięcy: wychowałem troje dzieci, paląc całe życie, i wszyscy żyjecie, zdrowi, dorośli. Ona i jej dwaj bracia. Nikomu nic się nie stało od tego, iż dziadek pachniał Marlboro.

Teściowa mojej żony, moja teściowa adekwatnie, śmiała się wtedy z tego całego zamieszania. A mój syn Bartek powiedział coś o tym, iż dziecko wychowuje się w bańce. Ja po prostu usiadłem i przez chwilę nic nie mówiłem, bo czułem się, jakby ktoś mi powiedział, iż jestem niebezpieczny dla własnej rodziny. Że moje ręce, które trzymały Patrycję, kiedy miała trzy dni, teraz są czymś, od czego trzeba dziecko chronić.

Największa kłótnia wybuchła na obiedzie z okazji chrztu, w czerwcu, u nas w domu w Fordonie. Byłem na balkonie, paliłem, bo akurat wszyscy jedli, a ja wyszedłem na chwilę odetchnąć od gwaru. Moja siostra Ewa trzymała wnuka w salonie i, nie pytając nikogo, podała mi go, kiedy wszedłem z powrotem. Nie zdążyłem choćby umyć rąk, bo dziecko już było w moich ramionach, uśmiechało się, a ja po raz pierwszy od miesięcy poczułem, iż to normalne — dziadek trzyma wnuka, bez pytania, bez formularza.

Patrycja wyszła z kuchni i zobaczyła to. Podeszła, zabrała dziecko bez słowa na początku, a potem powiedziała, iż właśnie paliłem, iż wie, iż nie chce, żebym trzymał malca zaraz po papierosie. Czułem, jak twarz mi płonie przy wszystkich. Powiedziałem, iż mnie upokarza przy całej rodzinie, iż traktuje mnie, jakbym miał jakąś chorobę zakaźną. Ewa próbowała ją uspokoić, powiedziała, iż trochę zapachu dymu dziecku nie zaszkodzi. Patrycja odwróciła się i na nią też się zezłościła, powiedziała, iż jeżeli ustaliła zasadę, to nie rozumie, czemu ktokolwiek ją omija, kiedy nie patrzy.

Powiedziałem wtedy: "Dobrze. Więcej go nie będę brał na ręce." I wyszedłem na balkon dopalić, choć papierosa już nie miałem w ręku, tylko stałem i patrzyłem na parking, na sąsiada myjącego samochód, na to, jak zwyczajnie wygląda świat, w którym nikt nie musi się tłumaczyć z tego, iż jest dziadkiem.

Od tamtej pory każda wizyta to jakaś uwaga. jeżeli Patrycja mówi "umyjcie ręce, zanim weźmiecie dziecko", ktoś zawsze odpowie, iż kiedyś jedliśmy piasek z podwórka i nic nam nie było. Ja wracam do tego samego zdania, zawsze: "Paliłem, odchowując was, i nic wam się nie stało." Ona mówi, iż to nie o to chodzi. Że teraz jest inaczej. Że to jej dziecko i jej dom.

Przez całe lato prawie nie jeździłem do Bydgoszczy na Wyżyny. Żona jeździła, ja wymyślałem powody — naprawa w ogrodzie, mecz w telewizji, ból w kolanie. Prawda była taka, iż nie umiałem wejść do tego mieszkania i czuć się jak gość, który musi zdać egzamin z czystości, żeby dotknąć własnej krwi.

We wrześniu zadzwoniła do mnie sama, bez matki, bez braci. Powiedziała, iż chce ze mną pogadać, tylko we dwoje, i zaprosiła mnie na kawę do cukierni na rogu, tej z pączkami, w której mama kupowała mi urodzinowy tort, kiedy byłem dzieckiem.

Siedzieliśmy przy stoliku pod oknem. Zamówiła dla mnie kawę po turecku, tak jak piję od lat, pamiętała. Powiedziała, iż wie, iż to dla mnie trudne, iż nie chce mnie traktować jak zagrożenie, ale iż dla niej, jako matki, to pierwsze miesiące, kiedy wszystko wydaje się ważyć więcej, niż waży naprawdę. Powiedziała, iż nie chce, żebym przestał przychodzić, iż to ją bardziej boli niż zapach dymu na koszulce.

Nie powiedziałem jej, iż ma rację. Nie powiedziałem też, iż się myli. Powiedziałem, iż spróbuję, iż będę gasić papierosa dwadzieścia minut wcześniej i przynosić czystą koszulkę w torbie, jak kiedyś przynosiłem jej balony na urodziny.

W październiku, w zeszłą niedzielę, przyszedłem z tą koszulką w siatce z Biedronki. Zmieniłem się w łazience, umyłem ręce dwa razy, zanim wyszedłem. Wnuk spał, ale kiedy się obudził, wziąłem go pierwszy, zanim ktokolwiek inny zdążył sięgnąć po niego. Patrycja stała w drzwiach kuchni z ręcznikiem przewieszonym przez ramię i nic nie powiedziała. Nie musiała. Zobaczyłem tylko, iż odłożyła ten ręcznik na blat, zamiast podawać mi go jak kwit kontrolny, i wróciła do garnka na kuchence.

Idź do oryginalnego materiału