Nazywam się Barbara Kowalczyk, mam sześćdziesiąt trzy lata i od jedenastu jestem lekarzem weterynarii w gabinecie przy ulicy Kolejowej w Rzeszowie. Ten mały punkt zawsze przynosi jakąś historię, ale tej sprzed dwóch miesięcy nie zapomnę prędko.
Była środa, początek kwietnia, deszcz zacinał ukośnie i pachniało mokrym asfaltem oraz frytkami z budki obok. Na siódmą siedemnaście miałam wpisaną wizytę domową — pies po operacji, szwy do sprawdzenia. Adres: osiedle Baranówka, czwarte piętro bez windy. Otworzyła mi kobieta koło trzydziestki, w za dużym swetrze, z kubkiem herbaty w ręce, który już dawno wystygł, sądząc po tym, jak niedbale go trzymała.
— Pani doktor, dzięki, iż pani przyszła, bo mąż dziś wraca późno z pracy, a Fasolka po prostu leży i skowyczy.
Zapytałam, jak długo mieszkają w mieście. Sześć lat, odpowiedziała, wcześniej wynajmowali kawalerkę na Załężu, teraz mają własne mieszkanie, kupione za gotówkę, bez kredytu. Powiedziała to z dumą, jakby to była jedyna dobra rzecz, jaka się jej ostatnio przytrafiła. I od razu dodała, iż mąż nie chciał brać kredytu, bo bał się, iż przy każdej gorszej pensji będą się bać, czy starczy na ratę.
Zbadałam Fasolkę — mieszankę po jakimś jamniku, dziesięć lat, po usunięciu guza na łapie. Szwy się trzymały, gorączki nie było, po prostu bolało ją leżeć na twardej podłodze. Poradziłam koc złożony we czworo i tabletkę przeciwbólową wieczorem.
Pakowałam już sprzęt do torby, kiedy usłyszałam, jak trzasnęły drzwi wejściowe. Wszedł mężczyzna, przemoczony, w kurtce firmy kurierskiej — jak się później okazało, dorabiał wieczorami do etatu w magazynie. To był Marek, mąż. Przywitał się, zapytał o psa, a potem, nie zdejmując butów, usiadł na progu kuchni i powiedział coś, co nie było do mnie skierowane, ale usłyszałam każde słowo.
— Kasia, dzwoniła twoja mama. Znowu pytała, czy widzieliśmy to mieszkanie na Wilkowyi. Mówi, iż dziadek Zenon umiera i iż trzeba gwałtownie decydować, bo inaczej wszystko przepadnie.
Kasia — tak miała na imię ta kobieta z kubkiem — usiadła naprzeciwko niego przy stole i przez chwilę nic nie mówiła, tylko obracała łyżeczkę w herbacie, której nikt już nie zamierzał pić. Ja stałam w progu przedpokoju, udając, iż wciąż szukam czegoś w torbie, bo — powiem szczerze — nie chciałam wychodzić w środku czegoś, co wyglądało na istotną rozmowę, a jednocześnie nie wypadało mi wtrącać się w cudze sprawy.
— Marek, ja nie chcę tego mieszkania. Wiesz, dlaczego.
— Wiem. Ale to trzy pokoje za pół ceny. Sami nigdy tyle nie uzbieramy.
Zrozumiałam z urywków — bo naprawdę tylko z urywków, bo nikt mi tego nie tłumaczył — iż chodzi o mieszkanie po dziadku Kasi, staruszku, który mieszkał tam sam od śmierci żony i teraz trafił do szpitala z zapaleniem płuc. Cena rzeczywiście była śmiesznie niska jak na trzy pokoje w Rzeszowie. Ale Kasia powtarzała, iż coś jej w tym nie gra, iż matka za bardzo się spieszy, iż dziadek jeszcze żyje, a już mówi się o kupnie, jakby to był pewnik.
Skończyłam wizytę, zapisałam dawkowanie na kartce przyklejonej do lodówki magnesem w kształcie ananasa — zapamiętałam ten ananas, bo w tym mieszkaniu, pełnym napięcia, był jedyną rzeczą, która wyglądała na wesołą. Wychodząc, zerknęłam do kuchni jeszcze raz. Kasia trzymała w dłoniach telefon i patrzyła na ekran, nie dotykając go.
Wróciłam tam dopiero po trzech tygodniach, bo Fasolka miała kontrolę pooperacyjną. Drzwi otworzył sam Marek, sam w domu, pies pod pachą. Zapytałam odruchowo, czy sprawa z mieszkaniem dziadka się jakoś rozwiązała. Spojrzał na mnie tak, jakby się zastanawiał, czy w ogóle powinien mi cokolwiek mówić obcej osobie — ale chyba potrzebował komuś to opowiedzieć, bo powiedział.
Okazało się, iż matka Kasi, pani Grażyna, przez ostatnie miesiące odwiedzała dziadka Zenona codziennie, gotowała mu, robiła zakupy — ale też, jak się później wyjaśniło, załatwiała coś w kancelarii notarialnej przy ulicy 3 Maja. Kasia pojechała do szpitala odwiedzić dziadka i zastała go przytomnego, mówiącego całkiem sensownie. Zapytała wprost, czy chce sprzedać mieszkanie. Staruszek zdziwił się i powiedział, iż nikomu nic nie sprzedaje i iż nie rozumie, o czym wnuczka mówi.
Wtedy Kasia poszła do notariusza. Nie miała pełnomocnictwa, ale poprosiła o informację, czy w ostatnich tygodniach sporządzano jakiekolwiek dokumenty dotyczące mieszkania dziadka. Notariusz, oczywiście, nie mógł zdradzić szczegółów — tajemnica zawodowa — ale zasugerował, żeby wnuczka porozmawiała z dziadkiem osobiście o wszelkich pełnomocnictwach, które mógł podpisać, będąc w szpitalu, pod wpływem leków przeciwbólowych.
Kasia wróciła do szpitala z kartką i długopisem. Poprosiła dziadka, żeby na spokojnie, słowo po słowie, przypomniał sobie, co podpisywał w ostatnim miesiącu. Okazało się, iż przed dwoma tygodniami pani Grażyna przyniosła mu dokument, mówiąc, iż to zgoda na leczenie w prywatnej klinice rehabilitacyjnej, i iż trzeba to podpisać szybko, bo miejsce czeka. Zenon, słabo widzący bez okularów, które akurat leżały w domu, podpisał, nie czytając.
To było pełnomocnictwo notarialne, upoważniające córkę do sprzedaży mieszkania w jego imieniu.
Kasia natychmiast zadzwoniła do kancelarii i zgłosiła, iż dziadek nie miał świadomości, co podpisuje, iż dokument uzyskano podstępem, wykorzystując jego stan zdrowia i słaby wzrok. Poprosiła o formalne odwołanie pełnomocnictwa — a jako iż dziadek żył i był w pełni władz umysłowych, mógł to zrobić sam, na miejscu, w obecności notariusza wezwanego do szpitala.
Zenon podpisał odwołanie pełnomocnictwa jeszcze tego samego dnia. Kasia zapłacła za wizytę notariusza w szpitalu sto osiemdziesiąt złotych z własnej kieszeni i nie powiedziała o tym matce ani słowa — po prostu przyniosła jej kopię dokumentu w kopercie, kiedy ta przyszła następnym razem na kolację.
— I co matka? — zapytałam, choć wiedziałam, iż pytam o rzecz, która mnie nie dotyczy.
— Krzyczała, iż to jej ojciec, iż ona się nim opiekuje, iż to jej się należy. Kasia powiedziała tylko, iż dziadek żyje i sam decyduje, komu zostawi mieszkanie, i iż dopóki żyje, nikt nic nie sprzeda bez jego wiedzy.
Zenon wyszedł ze szpitala trzy tygodnie później, wrócił do siebie, do mieszkania na Wilkowyi. Kasia zaczęła go odwiedzać co niedzielę, sama, bez matki. Marek mówił, iż teraz robią zakupy dziadkowi razem, we troje — on, Kasia i mały jamniczek Fasolka, którego dziadek bardzo polubił.
Kiedy wychodziłam wtedy z gabinetu Marka, w przedpokoju na wieszaku wisiała kurtka kurierska, wciąż mokra, choć od trzech tygodni nie padało. Nie zapytałam, dlaczego jej nie zdjął z wieszaka. Niektórych rzeczy lepiej nie dopytywać — to też jest część tej pracy, kiedy przychodzi się do cudzych domów z torbą pełną strzykawek i słyszy więcej, niż powinno się usłyszeć.











