Zosieńko, to ciocia Danuta! głos w słuchawce brzmiał tak sztucznie radośnie, aż zęby bolały. Za tydzień będziemy w Warszawie, trzeba jakieś papiery załatwić. Zamieszkamy u ciebie, tydzień, może dwa, dobrze?
Zofia niemal się zakrztusiła herbatą. Tak po prostu, bez dzień dobry, bez co słychać, od razu zamieszkamy. Nie czy można, nie czy to ci pasuje, tylko zamieszkamy. Kropka.
Ciociu Danusiu Zofia starała się, żeby jej głos brzmiał łagodnie miło cię słyszeć. Ale co do pobytu Może pomogę wam hotel znaleźć? Teraz są fajne oferty, za nieduże pieniądze.
Jaki hotel? ciotka fuknęła, jakby Zofia właśnie palnęła coś niedorzecznego. Po co wydawać pieniądze? Przecież masz po ojcu mieszkanie trzypokojowe! Całe na jedną osobę!
Zofia zamknęła oczy. Zaczyna się.
To moje mieszkanie, ciociu.
Twoje? w głosie pojawiła się ostra nuta, od której Zofii zrobiło się zimno. A ojciec był kto? Nie z naszej rodziny, czy jak? Krew nie woda, Zosiu. My nie obcy, a ty nas do hotelu przeganiać chcesz, jak jakieś psy!
Nikogo nie przeganiam. U mnie nie da się zatrzymać.
Dlaczego niby?
Bo ostatnim razem zmieniliście mi życie w piekło, pomyślała Zofia, ale powiedziała inaczej.
Okoliczności, ciociu Danusiu. Nie dam rady was ugościć.
Okoliczności! ciotka już nie kryła irytacji. Trzy pokoje stoją puste, a jeszcze okoliczności! Twój ojciec, pamiętaj, nigdy by rodziny za próg nie wykopał. A ty cała jak matka, taka sama
Ciociu…
Co ciociu? Przyjedziemy w sobotę, na obiad. Marian i Jacek są ze mną. Powitasz nas jak należy.
Mówiłam już nie dam rady.
Zosia! głos stał się zimny i rozkazujący. Nie ma dyskusji. W sobotę będziemy.
W słuchawce zabrzmiały krótkie sygnały.
Zofia powoli odłożyła telefon na stół. Siedziała chwilę w ciszy, patrząc niewidzącym wzrokiem. Wypuściła ciężko powietrze i oparła się na oparciu krzesła.
Zawsze tak samo.
Dwa lata temu ciocia Danuta już gościła. Przyjechali wtedy we czwórkę, zapowiadali tylko trzy dni, przeciągnęli do dwóch tygodni. Do dziś Zofia pamiętała ten koszmar: Marian, mąż ciotki, zalegał na jej kanapie w butach i przełączał kanały do trzeciej w nocy; Jacek, ich syn, dwudziestotrzylatek, podkradał jedzenie z lodówki i ani razu nie umył po sobie naczynia. Sama ciotka Danuta rządziła w kuchni, krytykując wszystko, od firanek po złą glazurę.
A gdy w końcu wyjechali, Zofia znalazła przypaloną tapicerkę w fotelu, rozbitą półkę w łazience i jakieś podejrzane plamy na dywanie w salonie. O pieniądzach nikt ani słowa ani na zakupy, ani na czynsz, który przez dwa tygodnie sporo podskoczył, nie dali ani złotówki. Wzięli torby i poszli, rzucając na odchodne: Dziękujemy, Zosiu, jesteś cudowna.
Zofia przetarła skronie.
Nie. Więcej tego nie będzie. Niech ciocia choćby wykrzyczy się o ojcu i rodzinnych więzach. Niech przyjeżdża drzwi zostaną zamknięte.
Wyciągnęła telefon i otworzyła wyszukiwarkę. Trzeba znaleźć im hotel. Porządny, niedrogi, ze wszystkim co trzeba. Wysłać adres i jasno napisać, iż na tym jej pomoc się kończy.
A jeżeli nie zrozumieją to już nie jej kłopot.
Przez dwa dni panowała błoga cisza. Zofia pracowała, spacerowała wieczorami po Starym Mieście, gotowała obiady dla jednej osoby i prawie uwierzyła, iż ten telefon ciotki był tylko koszmarem. Może się rozmyślą. Może znajdą innych krewnych, na których można zwalić swój ciężar.
Telefon zadzwonił w czwartek, późnym popołudniem. Wyświetliła się Ciocia Danuta, a żołądek ściągnął się niemiło.
Zosiu, to ja! wesoły głos wdarł się w ciszę mieszkania. Jutro już jesteśmy, pociąg o drugiej w południe. Przyjdź po nas i zrób do stołu, trzeba coś porządnego po podróży!
Zofia powoli siadła na brzeg kanapy. Palce mocno zaciskały się na telefonie.
Ciociu Danusiu mówiła wyraźnie, powoli, słowo po słowie już mówiłam. Nie wpuszczę was do mieszkania. Nie przyjeżdżajcie do mnie.
Daj spokój już! ciotka zaśmiała się jakby to był kiepski żart. Co ty, Zosia, dziecko jesteś? Nie wpuszczę, wpuszczę Już bilety kupiliśmy!
Wasz problem.
Zosiu, co ty? głos był zaskoczony, potem znów zaczął napierać. Jesteś rodziną, masz pomóc, to święte!
Nikomu nic nie muszę.
Jeszcze jak musisz! Twój ojciec, świeć Panie nad nim
Ciociu, dosyć o ojcu. Mówię: nie. I to moje ostatnie słowo.
Ciotka westchnęła głośno, demonstracyjnie, jakby chciała się przygotować do rozmowy z pięciolatką:
Zosiu, twoje zdanie się tu nie liczy, zrozum? Jesteśmy rodziną. A ty tu fochy pokazujesz, jakbyśmy byli wrogami. Jutro na drugą, nie zapomnij!
Powtarzam
No to pa, do zobaczenia!
Sygnały…
Zofia patrzyła na zgasły ekran. W środku kipiło coś gorącego, nieprzyjemnego, co niemal wypychało jej oddech. Rzuciła telefon na kanapę i zaczęła chodzić po pokoju trzy kroki w jedną stronę, trzy w drugą, jak zwierzę w klatce.
Jej zdanie nikogo nie obchodzi. Świetnie. Po prostu cudownie.
Nagle stanęła.
No to się ciotce przyda nauczka.
Zofia wyciągnęła telefon i znalazła kontakt Mama.
Halo? Zosiu? głos mamy był ciepły, lekko zaskoczony. Stało się coś?
Mamo, cześć. Słuchaj, chcę przyjechać do ciebie. Jutro. Na tydzień, może dłużej.
Pauza.
Jutro? Przecież byłaś u mnie miesiąc temu…
Wiem. Ale bardzo potrzebuję. Pracuję zdalnie, wszystko jedno skąd. Przyjmiesz mnie?
Mama zawahała się chwilę, Zofia niemal widziała, jak marszczy brwi, próbując zrozumieć, co się dzieje.
Oczywiście, przyjeżdżaj. Zawsze jesteś mile widziana, przecież wiesz. Ale na pewno wszystko dobrze?
Tak, mamo, wszystko w porządku. Po prostu się stęskniłam.
Zakończyła rozmowę i po raz pierwszy od kilku dni uśmiechnęła się. W sobotę ciocia Danuta z rodziną pojawią się przy zamkniętych drzwiach. Można dzwonić, pukać i krzyczeć w całym bloku gospodarza nie będzie. I nie wyszła do sklepu, nie poszła na plotki do sąsiadki. W innym mieście, trzysta kilometrów dalej.
Zofia znalazła bilety na pociąg. Ranny kurs, godzina szósta czterdzieści pięć. Idealnie. Kiedy ciotka dobije do klatki, ona będzie już piła herbatę w kuchni u mamy w Gdańsku.
Krew nie woda, ale czasem trzeba rodzinie powiedzieć nie.
W pociągu Zofia słuchała stukotu kół i myślała, jaka mina będzie miała ciotka przed zamkniętymi drzwiami. Oczy jej się kleiły, głowa dudniła, ale gdzieś w duszy czuła spokój.
Mama czekała na peronie, przytuliła mocno, zabrała do domu. Nakarmiła naleśnikami z twarogiem, napoiła herbatą i wygoniła do łóżka.
Pogadamy później powiedziała, zabierając pustą filiżankę. Najpierw odpocznij.
Zofia zasnęła, ledwie dotknęła poduszki.
Obudziła się, gdy zadzwonił telefon. Ręka na ślepo sięgnęła po aparat na stoliku, oczy z trudem wyłapały Ciocia Danuta.
Zosia! ciotka wrzeszczała tak, iż musiała odsunąć słuchawkę od ucha. Stoimy pod twoimi drzwiami już dwadzieścia minut! Dlaczego nie otwierasz?!
Zofia usiadła na łóżku, przetarła twarz dłonią. Za oknem zachodziło słońce przespała pół dnia.
Bo mnie tam nie ma odpowiedziała i nie powstrzymała rozbawienia.
Jak to nie ma?! Gdzie jesteś?!
W innym mieście.
Cisza. Potem wybuch:
Zgłupiałaś już?! Wiedziałaś, iż przyjedziemy, i uciekłaś?! Jak mogłaś?!
Bardzo łatwo. Ostrzegałam, iż was nie wpuszczę. Nie posłuchaliście.
Jak ty śmiesz! ciotka aż się dławiła Pewnie sąsiadka albo koleżanka ma klucze! Dzwoń, niech przyniesie! I bez ciebie sobie poradzimy, nie mamy po dwadzieścia lat!
Zofia zamarła. To już szczyt bezczelności.
Ciociu, naprawdę mówisz poważnie?
Oczywiście! Po podróży, zmęczeni, a ty tu takie cyrki odstawiasz!
Nie miałam zamiaru mieszkać z wami. A już na pewno wpuszczać was za moją nieobecność.
Ty
Drzwi do pokoju skrzypnęły. W progu stanęła mama w szlafroku, z rozczochranymi włosami i zmrużonymi oczami. Bez słowa wyciągnęła rękę, Zofia nie wiedziała czemu, ale oddała jej telefon.
Danuta głos mamy był lodowaty tu Weronika. Słuchaj mnie i nie przerywaj.
W słuchawce rozległo się bulgotanie.
Twój brat nie mógł cię znieść mówiła spokojnie mama. Przez całe życie. I ja wiem to najlepiej. Więc po co wciskasz się do jego córki? Po co ci ona?
Zofia słyszała, jak ciotka próbuje coś wydukać, jąka się i plącze.
Wystarczy ucięła mama. Nie dzwoń już do Zosi. Nigdy więcej. Ma się do kogo zwrócić, i na pewno nie do ciebie. Koniec rozmowy.
Rozłączyła się i oddała telefon córce.
Zofia spojrzała na mamę, jakby widziała ją pierwszy raz.
Mamo Nigdy taka nie byłaś.
Mama parsknęła śmiechem, poprawiając szlafrok:
Twój ojciec mnie nauczył. Mówił, iż z Danutą tylko tak można. Raz krzykniesz przez lata nie zagląda.
Na jej twarzy pojawił się uśmiech, zmarszczki wokół oczu rozbiegły się jak promienie:
Do dziś działa, zobacz!
Zofia zaśmiała się głośno, z ulgą wypuszczając całe napięcie ostatnich dni. Mama przyłączyła się do śmiechu.
No dobra machnęła ręką w stronę kuchni chodźmy na herbatę. Opowiedz mi wszystko od początku.











