Ostatnie lato w starym domu: Rodzinny powrót, wspomnienia sprzed lat i próba odzyskania dawnego ciepła rodzinnego domu na polskiej wsi

newskey24.com 10 godzin temu

Ostatnie lato w domu

Wiesiek przyjechał w środę, gdy słońce już porządnie rozgrzało eternit na dachu, aż ten zaczął strzelać pod naporem gorąca. Bramka przy furtce leżała rozwalona od trzech lat, więc przeszedł nad nią i zatrzymał się przy progu. Trzy schodki, dolny całkiem zbutwiały. Wszedł na drugi, sprawdzając, czy utrzyma ciężar, i ruszył dalej.

W środku pachniało zatęchłym powietrzem i myszami. Kurz grubą warstwą zalegał na parapetach, a w kącie salonu pajęczyny ciągnęły się od belki do starego kredensu. Wiesiek z trudem rozwarł okno. Natychmiast do środka wpadł zapach rozgrzanych pokrzyw i suchej trawy z podwórka. Przeszedł się po wszystkich czterech izbach, układając w głowie listę rzeczy do zrobienia: umyć podłogi, sprawdzić piec, naprawić wodę w letniej kuchni, wyrzucić wszystko, co zgniło. A potem zadzwonić do Andrzeja, mamy, siostrzeńców. Powiedzieć: wpadajcie w sierpniu, posiedzimy tutaj miesiąc, jak kiedyś.

Kiedyś to było ćwierć wieku temu, gdy ojciec jeszcze żył, a oni co lato gromadzili się tu całą rodziną. Wiesiek pamiętał, jak pichcili powidła w miedzianym garze, jak z braćmi nosili wodę wiadrami ze studni, jak mama czytała im na ganku wieczorami. Potem ojciec zmarł, mama przeniosła się do miasta do młodszego syna, a dom został zamknięty na cztery spusty. Wiesiek przyjeżdżał raz do roku, sprawdzał, czy czegoś nie rozkradli, i wracał. Ale tej wiosny coś w nim pękło trzeba spróbować wszystko jeszcze raz ożywić. Choćby tylko jeden raz.

Przez pierwszy tydzień robił wszystko sam. Przeczyścił komin, wymienił dwie deski na ganku, umył okna. Skoczył do powiatu po farbę i cement, dogadał się z elektrykiem w sprawie przewodów. Sołtys, gdy go spotkał pod sklepem, tylko pokręcił głową:

Wiesiek, na co ty tu kasę ładujesz? I tak wcześniej czy później sprzedasz.

Wiesiek machnął krótko:

Do jesieni nie sprzedaję i poszedł dalej.

Andrzej pojawił się pierwszy, w sobotę wieczorem, z żoną i dwójką dzieci. Wysiedli z auta, spojrzeli krytycznie na podwórko. Andrzej skrzywił się.

Naprawdę myślisz, iż spędzimy tu miesiąc?

Trzy tygodnie, Andrzej. Dzieci pooddychają świeżym powietrzem, tobie też nie zaszkodzi.

choćby prysznica tu nie ma.

Jest przecież sauna, dzisiaj ją rozpalę.

Chłopak, jedenastolatek, i dziewczynka, ośmiolatka, zniechęceni podeszli do huśtawek, które Wiesiek wczoraj podwiesił pod starym dębem. Żona Andrzeja, Małgorzata, milcząco weszła do domu z torbami zakupów. Wiesiek pomógł im z rzeczami. Brat dalej był poirytowany, ale się nie odezwał.

Mama przyjechała w poniedziałek z sąsiadem, który ją dowiózł. Weszła do środka, stanęła w środku salonu i westchnęła:

Wszystko tu takie malutkie wyszeptała. Wydawało mi się większe.

Mamo, trzydzieści lat cię tu nie było.

Trzydzieści dwa poprawiła.

Poszła do kuchni, przejechała dłonią po blacie.

Tu zawsze było zimno. Ojciec obiecywał centralne, ale nigdy się za to nie zabrał.

W jej głosie Wiesiek słyszał raczej zmęczenie, nie nostalgię. Zaparzył jej herbatę i posadził na ganku. Patrząc na sad opowiadała o tym, jakie to było wykańczające noszenie wody, ból pleców po praniu, plotki sąsiadek. Wiesiek słuchał i rozumiał, iż ten dom to dla niej nie żadne gniazdo, a stara rana.

Wieczorem, gdy mama już spała, usiedli z Andrzejem przy ognisku na podwórku. Dzieci już spały, Małgorzata czytała przy świecy prąd był tylko w połowie domu.

Powiedz mi, po co ci to wszystko? spytał Andrzej, patrząc na płomienie.

Chciałem nas zebrać razem.

Przecież i tak się widujemy. Na święta.

To co innego.

Andrzej uśmiechnął się półgębkiem.

Wiesiek, tyś marzyciel. Myślisz, iż jak posiedzimy tutaj trzy tygodnie, to nagle się zbliżymy do siebie?

Wiesiek szczerze odpowiedział:

Nie wiem. Próbuję.

Brat zamilkł, potem złagodniał:

Dobrze, iż to wymyśliłeś. Ale nie nastawiaj się na cuda.

Wiesiek cudów nie oczekiwał. Ale miał nadzieję.

Następne dni były pełne roboty. Wiesiek naprawiał płot, Andrzej pomógł przekryć dach na szopie. Chłopak, Kuba, na początku zanudzony, odkrył w szopie stare wędki i przepadł nad rzeką. Dziewczynka, Milena, pomagała babci wyrywać chwasty w ogródku, który Wiesiek naprędce przygotował przy południowej ścianie.

Pewnego dnia, gdy wszyscy razem malowali ganek, Małgorzata zaczęła się śmiać:

Wyglądamy jak jakaś rodzina robotnicza z gazety!

Tamci to chociaż mieli plan mruknął Andrzej, ale się uśmiechnął.

Wiesiek widział, iż powoli napięcie schodzi ze wszystkich. Wieczorami siadali razem na ganku przy długim stole, mama gotowała zupę, Małgorzata piekła sernik z wiejskiego twarogu. Rozmawiali o prostych sprawach: gdzie kupić moskitierę, czy kosić trawę pod samym oknem, czy pompę już naprawili.

Ale pewnego wieczoru, gdy dzieci już spały, mama powiedziała:

Wasz ojciec chciał sprzedać ten dom. Już wtedy, rok przed śmiercią.

Wiesiek zamarł z kubkiem w dłoni. Andrzej zmarszczył brwi.

Czemu?

Był zmęczony. Mówił, iż dom to kotwica. Chciał się przenieść do miasta, kupić mieszkanie bliżej przychodni. Ja się nie zgodziłam. Uparłam się, iż to nasze, rodzinne. Pokłóciliśmy się, nie sprzedał, a potem zmarł.

Wiesiek odstawił kubek na stół.

Czujesz się winna?

Nie wiem. Po prostu… wyczerpało mnie to miejsce. Cały czas przypomina, iż postawiłam na swoim, a ojciec nie zdążył już pożyć w spokoju.

Andrzej odchylił się na krześle.

Mamo, nigdy nam tak nie mówiłaś.

Nigdy nie pytaliście.

Wiesiek spojrzał na nią. Siedziała skulona, stare, zmęczone ręce na kolanach, i dopiero teraz uświadomił sobie, iż dom to dla niej nie skarb, ale ciężar.

Może trzeba było sprzedać powiedział cicho.

Może zgodziła się. Ale tu dojrzeliście. To też coś znaczy.

Ale co?

Spojrzała mu w oczy.

Że pamiętacie, kim byliście. Zanim życie każdego rozrzuciło jak popadnie.

Nie od razu w to uwierzył. Ale następnego dnia, kiedy poszli z Andrzejem i Kubą nad rzekę i chłopak złowił swojego pierwszego okonia, zobaczył, jak brat obejmuje syna i śmieje się naprawdę, bez cienia goryczy. A wieczorem, gdy mama opowiadała Milenie na ganku, jak nauczyła jej tatę czytać właśnie tutaj, w jej głosie nie było już bólu, tylko coś innego może pogoda ducha, może wybaczenie.

Powrót ustalili na niedzielę. W sobotę Wiesiek rozpalił saunę, wszyscy razem się wykąpali, potem herbata na ganku. Kuba zapytał, czy wrócą tu za rok. Andrzej spojrzał na Wieśka, ale nie odpowiedział.

Rano Wiesiek pomagał im z bagażami. Mama przytuliła go na pożegnanie.

Dzięki, iż nas zebrałeś.

Myślałem, iż będzie lepiej.

Było dobrze. Na swój sposób.

Andrzej klepnął go po plecach.

Sprzedawaj, jeżeli zdecydujesz. Ja nie mam żalu.

Zobaczymy.

Samochód odjechał, piach opadł na drodze. Wiesiek wrócił do domu. Przeszedł przez wszystkie izby, zebrał resztę naczyń, wyniósł śmieci, zamknął okna, drzwi. Wyjął z kieszeni ciężką, pordzewiałą kłódkę znaleziona w szopie i zawiesił na furtce. Była stara, ale mocna.

Zatrzymał się przy bramie, patrząc na dom. Dach prosty, ganek solidny, okna czyste. Dom wyglądał, jakby żył. Ale Wiesiek wiedział, iż to tylko pozory. Dom żyje, póki są w nim ludzie. Przez trzy tygodnie taki właśnie był. Może to wystarczy.

Wsiadł do auta i ruszył. W lusterku dach tylko mignął, zaraz przesłoniły go drzewa. Jechał powoli, po rozjeżdżonej, dziurawej drodze i myślał, iż na jesieni zadzwoni do pośredniczki. Ale póki co póki co, pamiętał, jak wszyscy siedzieli przy stole, jak mama śmiała się z żartu Andrzeja, jak Kuba pokazywał swoją zdobycz.

Dom zrobił swoje. Zebrał ich. I to chyba wystarczy, żeby umieć go odpuścić bez bólu.

Idź do oryginalnego materiału