Ostatnie lato w rodzinnym domu: powrót Włodka na wieś, odnawianie starego domu i trzy tygodnie rodzinnych wakacji po latach rozłąki

twojacena.pl 13 godzin temu

Ostatnie lato w domu

Władysław przyjechał w środowe popołudnie, kiedy słońce już porządnie nagrzało dach i eternit cicho trzeszczał. Furtka leżała od trzech lat przewrócona, więc przeszedł nad nią, zatrzymał się przy schodkach. Były trzy stopnie, najniższy zupełnie spróchniały. Stanął ostrożnie na drugim, sprawdzając wytrzymałość, i ruszył dalej.

W środku uderzył go duszny zapach stęchlizny i myszy. Kurz zalegał równą warstwą na parapetach, w kącie pokoju dziennego pajęczyna ciągnęła się od belki aż po stary kredens. Władysław otworzył okno; rama ustępowała opornie. Do środka wpadło powietrze rozgrzanej pokrzywy i suchej trawy z podwórka. Obszedł wszystkie cztery pokoje, układając w głowie listę: umyć podłogi, sprawdzić piec, naprawić kran na letniej kuchni, wyrzucić wszystko, co zgniło. Potem zadzwonić do Andrzeja, mamy, bratanicy i bratanka. Powiedzieć: przyjedźcie w sierpniu, spędźmy tu miesiąc jak dawniej.

Dawniej to było dwadzieścia pięć lat temu, ojciec jeszcze żył i latami spotykali się tu całą rodziną. Władysław pamiętał, jak wspólnie gotowali powidła w miedzianym garze, jak z braćmi czerpali wiadrami wodę ze studni, jak mama czytała im wieczorami książki na werandzie. Potem ojciec zmarł, mama przeprowadziła się do miasta do młodszego syna, dom zabito dechami. Władysław wpadał raz do roku, sprawdzał, czy czegoś nie rozkradziono, i zaraz jechał z powrotem. Ale tej wiosny coś pękło trzeba spróbować to odzyskać. Choćby raz jeszcze.

Pierwszy tydzień pracował sam. Przeczyścił komin, wymienił dwie deski na schodkach, umył okna. Pojechał do powiatowego miasta po farby i cement, umówił się z elektrykiem na naprawę instalacji. Przewodnicząca rady sołeckiej, spotkana przed sklepem, pokiwała głową:

Na co ci to, Władku? I tak sprzedasz, jak wszyscy.

Władysław odpowiedział krótko:

Do jesieni nie sprzedam i poszedł dalej.

Andrzej przyjechał jako pierwszy, w sobotni wieczór, z żoną i dwójką dzieci. Wysiadł z samochodu, rozejrzał się po podwórku i skrzywił.

Ty serio myślisz, iż wytrzymamy tu miesiąc?

Trzy tygodnie poprawił Władysław. Dzieci pooddychają świeżym powietrzem, tobie też to nie zaszkodzi.

choćby prysznica tu nie ma.

Jest sauna. Rozpalę dziś wieczorem.

Dzieci, jedenastoletni Piotrek i ośmioletnia Jagna, powoli poszli w stronę huśtawek, które wczoraj Władysław zawiesił na starym dębie. Żona Andrzeja, Jolanta, bez słowa weszła do domu z torbą zakupów. Władysław pomógł im rozpakować bagaże. Brat cały czas marszczył brwi, ale nie odzywał się.

Mama przyjechała w poniedziałek, przywiózł ją sąsiad. Wszedłszy do domu, stanęła na środku i westchnęła:

Wszystko takie małe powiedziała cicho. Pamiętałam większe.

Trzydzieści lat tu nie byłaś, mamo.

Trzydzieści dwa.

Przeszła do kuchni, musnęła dłonią blat stołu.

Tu zawsze było chłodno. Ojciec obiecywał doprowadzić ogrzewanie, ale nigdy nie zdążył.

W głosie mamy nie słyszał nostalgii, tylko zmęczenie. Władysław nalał jej herbaty, posadzili ją na werandzie. Mama patrzyła na stary ogród i wspominała, jak ciężko było nosić wodę, jak bolął kręgosłup po praniu, jak sąsiedzi plotkowali. Władysław słuchał i rozumiał, iż dla niej ten dom to nie gniazdo, ale dawna rana.

Wieczorem, gdy mama już spała, z Andrzejem siedzieli przy ognisku przed domem. Dzieci poszły spać, Jolanta czytała w pokoju światło doprowadzili tylko do połowy domu.

Po co ci to wszystko? zapytał Andrzej, wpatrując się w żar.

Chciałem nas zebrać.

Przecież widujemy się na święta.

To nie to samo.

Andrzej się uśmiechnął:

Władek, z ciebie romantyk. Myślisz, iż te trzy tygodnie razem nas zbliżą?

Nie wiem przyznał Władysław. Chciałem spróbować.

Brat zamilkł, potem powiedział spokojniej:

Cieszę się, iż to wymyśliłeś. Serio. Ale nie oczekuj cudów.

Władysław cudów nie oczekiwał. Ale miał nadzieję.

Kolejne dni minęły w pracy. Władysław naprawiał płot, Andrzej pomógł położyć nowy dach na szopie. Piotrek początkowo się nudził, ale potem znalazł w szopie stare wędki i całe dnie spędzał nad rzeką. Jagna pomagała babci wyrywać chwasty na grządkach, które Władysław naprędce założył przy południowej ścianie.

Raz, gdy wszyscy wspólnie malowali werandę, Jolanta nagle się roześmiała.

Ale z nas prawdziwa komuna.

Komuna chociaż miała plan mruknął Andrzej, ale uśmiechnął się pod nosem.

Władysław widział, iż napięcie powoli znika. Wieczorami kolację jedli na werandzie przy długim stole, mama gotowała zupę, Jolanta piekła sernik z twarogu kupionego od sąsiadki. Rozmawiali o drobiazgach: gdzie zdobyć moskitierę, czy trzeba kosić trawę pod oknami, czy naprawiono pompę.

Pewnego wieczoru, kiedy dzieci już spały, mama powiedziała:

Wasz ojciec chciał sprzedać ten dom. Jeszcze zanim zmarł, rok wcześniej.

Władysław znieruchomiał z kubkiem w ręce. Andrzej wyraźnie się skrzywił.

Dlaczego?

Był zmęczony. Mówił, iż dom to balast. Chciał przeprowadzić się do miasta, kupić mieszkanie bliżej przychodni. Sprzeciwiłam się. Uparłam się, iż to nasze, rodzinne. Pokłóciliśmy się. Nie zdążył sprzedać, rok później zmarł.

Władysław odstawił kubek.

Obwiniasz się teraz?

Nie wiem. Po prostu jestem już zmęczona tym miejscem. Przypomina mi, jak się uparłam, a on nie zdążył spokojnie pożyć.

Andrzej opadł na oparcie krzesła.

Mamo, nigdy o tym nie mówiłaś.

Nie pytaliście.

Władysław spojrzał na nią. Siedziała zgarbiona, starsza kobieta ze spracowanymi dłońmi, i dopiero teraz zauważył, iż dom nie jest dla niej skarbem, tylko ciężarem.

Może trzeba to było sprzedać powiedział cicho.

Może i tak mama się zgodziła. Ale tu dorastaliście. To też coś znaczy.

Ale co?

Podniosła na niego oczy:

Że pamiętacie, jacy byliście. Zanim życie was rozrzuciło.

Te słowa Władysław przemyślał dopiero nad rzeką, gdy następnego dnia z Andrzejem i Piotrkiem poszli na ryby i syn złowił pierwszego okonia. Widział, jak brat ściska ramiona chłopca i śmieje się szczerze, bez cienia zmęczenia. Wieczorem, gdy mama opowiadała Jagnie, jak na tej samej werandzie uczyła ojca czytać, w głosie jej brzmiała już nie gorycz, ale coś innego. Może ukojenie.

Wyjazd ustalili na niedzielę. W przeddzień Władysław rozpalił saunę, wszyscy razem się wykąpali, potem pili herbatę na werandzie. Piotrek zapytał, czy za rok znowu tu przyjadą. Andrzej spojrzał na Władysława, ale milczał.

Rano Władysław pomagał pakować bagaże. Mama przytuliła go na pożegnanie.

Dziękuję, iż nas zaprosiłeś.

Myślałem, iż będzie lepiej

Było dobrze. Po swojemu.

Andrzej poklepał go po plecach.

Sprzedaj, jak zdecydujesz. Nie będę miał żalu.

Zobaczymy.

Samochód odjechał, kurz opadł na drodze. Władysław wrócił do domu. Posprzątał po ostatniej kolacji, wyniósł śmieci, pozamykał okna, zamknął drzwi. Z kieszeni wyjął stary, ciężki zardzewiały kłódka znaleziony w szopie i powiesił na furtce.

Stał chwilę przy bramie, patrząc na dom. Dach równy, schodki solidne, okna czyste wyglądał, jakby tętniło w nim życie. Ale wiedział, iż to złudzenie. Dom żyje, póki są w nim ludzie. Przez trzy tygodnie był żywy. Może to wystarczy.

Wsiadł do samochodu i odjechał. Dach mignął w lusterku, potem zasłoniły go drzewa. Jechał powoli, wyboistą drogą, zastanawiając się, czy jesienią zadzwonić do pośrednika. Ale póki co póki pamiętał, jak cała rodzina siedziała przy stole, jak mama śmiała się z żartów Andrzeja, jak Piotrek dumnie prezentował złowioną rybę.

Dom spełnił swoje zadanie. Zjednoczył ich na nowo. I to może wystarczy, żeby odejść bez żalu. Bo czasem to nie miejsce, a chwile razem są największą wartością.

Idź do oryginalnego materiału