Ostatnie lato na starym rodzinnym domu Władek przyjechał w środę, gdy słońce już grzało dach tak mocno, iż eternit zaczął pękać. Furtka wypadła z zawiasów kilka lat temu, przeszedł nad nią i zatrzymał się na ganku. Trzy schodki – dolny przegniły na wylot. Wszedł ostrożnie na drugi, sprawdzając ciężar, i poszedł dalej. Wewnątrz unosił się zapach stęchlizny i myszy. Warstwa kurzu leżała równo na parapetach, w kącie salonu na belce rozpięta pajęczyna aż do starej kredensy. Władek otworzył okno, rama puściła z trudem, a do pokoju wpadł zapach nagrzanych pokrzyw i suchej trawy z podwórka. Odszedł wszystkie cztery pokoje, robiąc w myślach listę: umyć podłogi, sprawdzić piec, naprawić wodociąg w letniej kuchni, wyrzucić wszystko, co zgniło. A potem zadzwonić do Andrzeja, mamy, siostrzeńców. Powiedzieć: przyjeżdżajcie w sierpniu, spędzimy tu miesiąc jak dawniej. Dawniej — dwadzieścia pięć lat temu, gdy ojciec jeszcze żył i każde lato spędzali tu wszyscy razem. Władek pamiętał, jak z mamą gotowali konfitury w miedzianym rondlu, jak z bratem nosili wodę ze studni, jak matka czytała im wieczorami na werandzie. Potem ojciec zmarł, mama przeprowadziła się do miasta do młodszego syna, dom zabito deskami. Władek przyjeżdżał raz do roku, sprawdzał, czy nikt niczego nie ukradł, i wyjeżdżał. Ale tej wiosny coś się w nim przełamało: trzeba spróbować to odzyskać. Choćby na chwilę. Pierwszy tydzień pracował sam. Wyczyścił komin, wymienił dwie deski w ganku, umył okna. Pojechał do powiatowego miasta po farbę i cement, umówił elektryka do wymiany instalacji. Sołtys, spotkawszy go pod sklepem, pokręcił głową: — Po co, Władek, inwestujesz w tę ruinę? I tak sprzedasz. Władek odparł krótko: — Nie sprzedam przed jesienią — i poszedł dalej. Andrzej przyjechał pierwszy – w sobotę wieczorem, z żoną i dwójką dzieci. Wysiadł z samochodu, rozejrzał się po podwórku i skrzywił. — Serio uważasz, iż tu damy radę miesiąc? — Trzy tygodnie — poprawił go Władek. — Dzieci na świeżym powietrzu, a tobie też się przyda. — Tu choćby prysznica nie ma. — Jest sauna! Dziś napalę. Dzieci – jedenastoletni chłopak i ośmioletnia dziewczynka – powlekli się do huśtawki, którą Władek wczoraj zawiesił na starym dębie. Żona Andrzeja, Sylwia, bez słowa poszła do domu z torbą z zakupami. Władek pomógł im wypakować rzeczy. Andrzej przez cały czas się krzywił, ale nic nie powiedział. Mama przyjechała w poniedziałek, przywiózł ją sąsiad. Weszła do domu, stanęła pośrodku salonu i westchnęła. — Wszystko takie małe – powiedziała cicho – pamiętałam większy dom. — Nie byłaś tu trzydzieści lat, mamo. — Trzydzieści dwa. Przeszła do kuchni, pogładziła ręką blat stołu. — Tu zawsze było zimno. Ojciec obiecywał centralne, ale nigdy się nie zebrał. Władek słyszał w jej głosie nie nostalgię, ale zmęczenie. Zaparzył jej herbatę i posadził na werandzie. Mama siedziała, patrząc w sad, i opowiadała, jak było ciężko nosić wodę, jak bolały plecy po praniu, jak sąsiedzi plotkowali. Władek słuchał i widział, iż dla niej ten dom to nie gniazdo, ale rana sprzed lat. Wieczorem, gdy mama poszła spać, Władek i Andrzej siedzieli przy ognisku przed domem. Dzieci już spały, Sylwia czytała książkę przy świecy — elektryczność była tylko w połowie domu. — Po co ci to wszystko? – spytał Andrzej, patrząc w ogień. — Chciałem nas zebrać. — Przecież widujemy się na święta. — To nie to samo. Andrzej się uśmiechnął. — Władek, jesteś marzycielem. Myślisz, iż po tych trzech tygodniach będziemy bliżej? — Nie wiem — przyznał Władek. — Chciałem spróbować. Brat zamilkł, a potem odezwał się łagodniej: — Fajnie, iż to wymyśliłeś. Ale nie nastawiaj się na cuda. Władek nie czekał na cud. Ale miał nadzieję. Kolejne dni upłynęły na krzątaninie. Władek naprawiał płot, Andrzej pomagał wymieniać dachówki na stodole. Chłopak, Artur, najpierw się nudził, potem znalazł w szopie stare wędki i zaczął całymi dniami łowić ryby w rzece. Dziewczynka, Sonia, pomagała babci pielić grządki, które Władek naprędce założył przy południowej ścianie domu. Pewnego dnia, gdy wszyscy razem malowali werandę, Sylwia nagle się zaśmiała. — Jesteśmy jak trybunał robotniczy. — Trybunalscy chociaż plan mieli — mruknął Andrzej, ale się uśmiechnął. Władek widział, iż napięcie powoli opada. Wieczorami jedli kolację przy długim stole na werandzie, mama gotowała zupę, Sylwia piekła sernik z wiejskiego twarogu. Rozmawiali o drobiazgach: gdzie kupić moskitierę, czy kosić trawę pod oknem, czy pompa do wody wreszcie działa. Aż pewnego wieczoru, gdy dzieci spały, mama powiedziała: — Wasz ojciec chciał sprzedać ten dom. Jeszcze wtedy, na rok przed śmiercią. Władek zamarł z kubkiem w ręku. Andrzej zmarszczył brwi. — Dlaczego? — Był zmęczony. Mówił, iż dom to kotwica. Chciał się przenieść do miasta, bliżej przychodni. Ja się sprzeciwiłam. Myślałam, iż to nasze, rodzinne. Pokłóciliśmy się. Nie zdążył sprzedać, a po roku zmarł. Władek odstawił kubek. — Winiłaś się? — Nie wiem. Tylko… zmęczyło mnie to miejsce. Tutaj wszystko przypomina, jak postawiłam na swoim, a on nie zdążył spokojnie pożyć. Andrzej odchylił się na krześle. — Mamo, nigdy o tym nie mówiłaś. — Nie pytaliście. Władek spojrzał na matkę. Siedziała zgarbiona, zmęczona staruszka, i nagle zobaczył, iż dom to dla niej nie skarb, a ciężar. — Może trzeba było sprzedać — powiedział cicho. — Może — zgodziła się mama. — Ale tu się wychowaliście. To chyba coś znaczy. — Co dokładnie? Podniosła na niego wzrok. — To, iż pamiętacie, kim byliście. Zanim życie was porozrzucało. W te słowa Władek nie od razu uwierzył. Ale następnego dnia, gdy poszedł z Andrzejem i Arturem nad rzekę i chłopak złowił pierwszego okonia, zobaczył, jak brat objął syna i naprawdę się zaśmiał. I wieczorem, gdy mama opowiadała Soni, jak tu, na tej werandzie, uczyła jej tatę czytać, Władek usłyszał w jej głosie nie ból, a coś innego. Może pogodzenie. Wyjazd zaplanowali na niedzielę. Dzień wcześniej Władek napalił w saunie, wszyscy się wykąpali, potem pili herbatę na werandzie. Artur spytał, czy przyjadą znów za rok. Andrzej spojrzał na Władka, ale nie odpowiedział. Rano Władek pomagał nosić rzeczy. Mama przytuliła go na pożegnanie. — Dziękuję, iż zaprosiłeś. — Myślałem, iż będzie lepiej. — Było dobrze. Po swojemu. Andrzej poklepał go po ramieniu. — Jak chcesz, sprzedawaj. Nie mam nic przeciw. — Zobaczymy. Samochód odjechał, na drodze opadł kurz. Władek wrócił do domu. Okrążył pokoje, zebrał resztki naczyń, wyniósł śmieci. Potem zamknął okna, drzwi na klucz. Wyjął ze stodoły stary, ciężki, zardzewiały kłódkę i zawiesił na furtce. Stał przed bramą, patrząc na dom. Dach równy, ganek naprawiony, okna czyste. Dom wyglądał na żywy. Ale Władek wiedział, iż to złudzenie. Dom żyje, gdy są w nim ludzie. Przez trzy tygodnie był żywy. Może to wystarczy. Wsiadł do samochodu i ruszył. W lusterku mignął dach domu, potem zasłoniły go drzewa. Jechał wolno dziurawą drogą i myślał, iż jesienią zadzwoni do agencji nieruchomości. Ale póki co — będzie pamiętał, jak siedzieli razem przy stole, jak mama śmiała się z żartu Andrzeja, jak Artur pokazywał złowioną rybę. Dom spełnił swoją rolę. Znów ich połączył. I to wystarczy, by pozwolić mu odejść bez żalu.

naszkraj.online 3 godzin temu
Ostatnie lato w domu Do Radomia przyjechałem w środę, kiedy południowe słońce rozgrzało dach tak mocno, iż eternit cicho trzaskał. Bramka w ogrodzeniu urwała się już ze dwa lata temu, więc przeszedłem nad nią i stanąłem przed werandą. Trzy stopnie, najniższy zupełnie przegnił. Stanąłem ostrożnie na drugi, czułem pod butem uginające się drewno, ruszyłem dalej. […]
Idź do oryginalnego materiału