Ostatnie dziesięć procent

newsempire24.com 1 tydzień temu

Anna stała w przedpokoju i trzymała w dłoni paragon z pralni. Z łazienki dobiegał szum prysznica i głos Marka, jej męża od dwudziestu trzech lat. Nie słuchała celowo – po prostu usłyszała.

— Nie denerwuj się, kochanie. Powiem jej po niedzieli. Muszę tylko załatwić kilka papierów w banku… No co ty, stara mi wierzy, nie ma o niczym pojęcia.

Palce Anny zacisnęły się na paragonie tak, iż papier zmiął się w rulonik. Nie weszła do łazienki, nie zapukała, nie zapytała, z kim rozmawia. Oparła się plecami o framugę i popatrzyła na telefon Marka leżący na ławie obok kluczy. Na ekranie wyświetliło się powiadomienie od kontaktu zapisanego jako „Karolina W. – Projekt”. Tekst: „Kiedy jej powiesz? Tęsknię…”.

Anna odetchnęła powoli, jakby kończyła liczyć długą kolumnę cyfr w kosztorysie. Nie płakała. Nie zrobiła sceny. Poszła do kuchni, zdjęła z haka szklankę, nalała wody z dzbanka i wypiła duszkiem. Pięćdziesiąt jeden lat, syn na studiach, firma z biurem przy rondzie Kaponiera, dom w Swarzędzu. Miała wszystko, żeby być szczęśliwa – i wszystko, żeby to stracić, gdyby tylko się zawahała.

Nie zawahała się.

Firmę „Pracownia Projektowa Kontur” zakładali razem dwadzieścia lat temu w malutkim biurze na Jeżycach. Anna, inżynier budowlany, po nocach rysowała konstrukcje, a Marek, architekt z gładką twarzą i talentem do ładnych słów, załatwiał klientów. Przez lata urosli: teraz zatrudniali osiemnaście osób, obracali dwoma milionami złotych rocznie, a Marek bywał w telewizji śniadaniowej jako „architekt z Poznania, który zmienia oblicze miasta”. Anna siedziała wtedy w biurze nad tabelą amortyzacji i sprawdzała, czy warto wymienić ploter.

Po tym telefonie w łazience Anna zaczęła działać. Nie podnosiła głosu. Co wieczór pytała Marka o ciśnienie i stawiała mu na poduszce witaminę D, a sama jeździła do notariusza i prawnika. Tłumaczyła mu: — Marek, to tylko formalność. Chodzi o rozdzielenie ryzyka. Gdyby któryś z kontrahentów poszedł do sądu, nie chcę, żebyś stracił emeryturę. Podpisz tutaj, tu jest suma za udziały.

Marek, który nigdy w życiu nie przeczytał ani jednej umowy do końca, podpisywał wszystko. Ufał jej. Był zajęty swoją nową rolą – zakochanego architekta, którego młoda asystentka wiesza się na ramieniu podczas targów wnętrz. Nie zauważył, iż w ciągu czterech miesięcy Anna przepisała na siebie wszystkie udziały w spółce, dwie nieruchomości, samochód służbowy i prawa do projektu nowej biblioteki na Wildzie. Zostawiła mu tylko dziesięć procent – „udział twórczy”, jak to nazwała.

Karolina Wójcik miała dwadzieścia siedem lat, torebkę w kolorze pudrowego różu i nieodpartą pewność, iż życie jest po jej stronie. Marek zatrudnił ją pół roku wcześniej jako podwykonawcę przy dekoracji wnętrz restauracji na Starym Rynku. Miała przychodzić po faktury, a zaczęła przychodzić po wszystko inne.

W czwartek po południu, kiedy Marek był na budowie w Plewiskach, a Anna pracowała z domu nad kosztorysem, przy bramie rozdzwonił się dzwonek. Anna podeszła do wideodomofonu. Na ekranie zobaczyła Karolinę w za dużym beżowym trenczu, na szpilkach, z torebką trzymaną oburącz przed sobą — jak tarcza albo wyrok.

Anna otworzyła bramę i poszła do lustra w przedpokoju. Poprawiła kołnierzyk szarej marynarki, przeczesała włosy szczotką, którą zawsze trzymała w szufladzie na rękawiczki. Potem otworzyła frontowe drzwi i stanęła w progu.

Karolina szła po kostce brukowej, a jej obcasy co chwilę zapadały się w szczelinach. Szła z podniesioną brodą, jakby wygrała przetarg. Ale kiedy zobaczyła Annę – zadbaną, wyprostowaną, z twarzą, na której nie było ani jednej łzy – na moment zgubiła rytm.

— Zapraszam do środka — powiedziała Anna spokojnie, jakby zapraszała kuriera. — Tylko zdejmij buty, nie chcę porysować posadzki.

Karolina weszła, ignorując prośbę. Stanęła na środku holu i ścisnęła pasek torebki.

— Pan Marek mi wszystko powiedział! — wyrzuciła z siebie, a głos jej się załamał, jakby za wcześnie wybiegła na scenę. — Trzyma go pani przy sobie siłą! Dusisz go! On już dawno pani nie kocha! Zostaw go!

Anna odczekała, aż Karolina wypowie wszystkie wyuczone zdania. Potem zrobiła krok w jej stronę.

— Nie trzymam go. Drzwi są otwarte. Bierz go choćby teraz. Tylko powiedz, z czego go utrzymasz.

Karolina zamrugała.

— To znaczy… co?

Anna wyciągnęła z kieszeni marynarki telefon, otworzyła aplikację banku i pokazała ekran. — Widzisz ten przelew? To składka ZUS za pracowników. Płacę ją co miesiąc. A wiesz, kto jeszcze nie zarobił ani złotówki w tej firmie, oprócz bycia ładną twarzą? Twój Marek.

— Kłamiesz! — Karolina zrobiła krok w tył. — On mówił, iż to on jest prezesem, a ty jesteś zwykłą księgową!

— Być może — Anna schowała telefon. — Ale teraz to ja mam wszystkie udziały. Zostawiłam mu dziesięć procent. I te także mu zabiorę. Samochód, którym do ciebie jeździ, należy do firmy. Dom, w którym stoisz, jest mój. A po rozwodzie z powodu zdrady nie dostanie nic, oprócz dyplomu i walizki.

Karolina pobladła. Z jej twarzy zniknęła cała pewność siebie, została tylko złość.

— Ty… wszystko zmyślasz! On mnie kocha!

Anna zaśmiała się – krótko, bez złośliwości, jakby usłyszała dobry żart na zebraniu wspólnoty mieszkaniowej.

— Wczoraj wieczorem poprosił mnie, żebym kupiła bilety do Wenecji na październik. Powiedział, iż jest zmęczony „młodymi nieprofesjonalistami z pracowni”. To chyba o tobie, prawda?

Karolina otworzyła usta, ale żaden dźwięk nie wyszedł.

— Przekaż mu — dodała Anna, otwierając drzwi na oścież — iż jeżeli nie wróci do ósmej na kolację, wymienię zamki w biurze. A teraz wyjdź. Ślady po twoich butach posprzątam.

Karolina wybiegła, potykając się o próg. Jej obcasy zadudniły po kostce, a potem zniknęły za bramą. Anna zamknęła drzwi, sięgnęła po ściereczkę z mikrofibry, którą trzymała w kredensie obok wazonu, i starła z posadzki cienkie, wilgotne smugi.

Wieczorem Marek wrócił po dziewiątej. Anna nakryła do kolacji: pstrąg z piekarnika, koperek, ziemniaki. Kiedy wszedł do holu, zdjął płaszcz i przez chwilę stał w miejscu, jakby bał się wejść dalej.

— Aniu… — zaczął, ale Anna mu przerwała ciepłym uśmiechem.

— Wróciłeś, pracusiu. Umyj ręce, siadaj.

Marek patrzył na nią, nie wiedząc, gdzie podziać oczy. Przez cały dzień Karolina dzwoniła i pisała esemesy, z których wyczytał, iż jego żona wypowiedziała wojnę. Spodziewał się zimnego milczenia albo walizki w progu. A tymczasem Anna nalała mu herbaty i postawiła przed nim talerz.

— Wiesz co — powiedziała, siadając naprzeciwko — pomyślałam, iż w tym roku polecimy do Wenecji. Skoro tak chciałeś. Ty ze mną, prawda?

Marek przełknął ślinę.

— Tak. Oczywiście, Aniu.

— I wiesz — Anna nabiła na widelec kawałek ziemniaka — czasem człowiek popełnia błędy. Ale ty jesteś silny, potrafisz odróżnić prawdziwe życie od taniej fasady, prawda?

Marek wpatrywał się w swój talerz. Wiedział, iż Anna nie pyta. Ona mu mówi.

Przez trzy dni prawie nie rozmawiali. Anna pracowała w biurze, Marek unikał telefonów od Karoliny, aż w końcu zablokował jej numer. Karolina, zrozumiawszy, iż „znany architekt” okazał się pracownikiem na pensji, wyzywała go przez telefon od alfonsów i złodziei, po czym sama zniknęła.

Czwartego dnia Anna weszła do gabinetu Marka. Siedział za biurkiem z orzecha, z twarzą ukrytą w dłoniach. Na podłodze obok leżał zmięty szkic fasady.

— Marek — powiedziała. Nie podniosła głosu.

Podniósł głowę. Miał podkrążone oczy.

— Ania… Ja jestem idiotą. Przepraszam. Zrozumiałem, iż to był błąd.

— Wierzę — odpowiedziała Anna. — Ale pozostało jedna sprawa do załatwienia. Jutro o dziesiątej u notariusza. Podpiszesz przekazanie twoich dziesięciu procent na syna. Adama nie ma tu dzisiaj, ale jutro przyjedzie z Warszawy.

Marek otworzył usta, ale nie powiedział nic.

— Od jutra zarząd operacyjny firmy przechodzi na mnie. Ty zostajesz głównym architektem i twarzą marki. Z pensją piętnaście tysięcy złotych brutto — ciągnęła Anna. — To uczciwa stawka za twoje nazwisko.

— A reszta udziałów? — wykrztusił Marek.

— Reszta zostaje w rodzinie. Adam ma dwadzieścia sześć lat, już czas, żeby się uczył. Nie martw się, nie zabiorę ci ani domu, ani samochodu. Po prostu od jutra to ja płacę ci pensję.

Marek nie miał ani jednego argumentu. Rozumiał, iż jeżeli się sprzeciwi, wyleci z firmy, z domu, z życia. Podniósł ręce i opuścił je na blat.

— Podpiszę — powiedział cicho.

Anna podeszła, pogłaskała go po siwiejących włosach, jak głaszcze się zasłużonego psa.

— Grzeczny chłopiec — szepnęła.

Nazajutrz w kancelarii notarialnej przy ulicy Świętosławskiej Anna, Marek i Adam złożyli podpisy. Notariusz odczytał akt, Marek podpisał ostatni dokument, a Anna włożyła swój egzemplarz do segregatora, który trzymała w torbie. Przez cały czas nie padło ani jedno zbędne słowo.

Kiedy wyszli na ulicę, Anna dała Adamowi kluczyki do swojej hondy.

— Podjedź po mamę, ja wrócę z ojcem jego autem.

Adam skinął głową i ruszył w stronę parkingu. Anna wsiadła do służbowego samochodu Marka, poprawiła lusterko.

— Wiesz, co oznacza ten podpis? — zapytała, zapinając pas.

— Że jestem twoim pracownikiem — odpowiedział Marek.

— Nie. Że wreszcie przestałeś być moim projektem. Teraz jesteś tylko mężem.

W domu Anna schowała akt notarialny do sejfu w gabinecie. Zrobiła zdjęcie dokumentu i wysłała do księgowej z prośbą o wpięcie do akt. Potem zdjęła buty, nalała sobie wody z dzbanka i stanęła przy oknie. Na ulicy sąsiad szedł z psem, stary jamnik ciągnął swojego pana w stronę furtki. W kuchni gwizdał czajnik.

Anna wypiła łyk i odstawiła szklankę. Na blacie obok leżał klucz od sejfu. Schowała go do kieszeni marynarki.

Idź do oryginalnego materiału