Nazywam się Halina Zborowska, mam pięćdziesiąt cztery lata i od jedenastu pracuję na kardiologii szpitala przy ulicy Kondratowicza na Targówku. Salowa. Mycie podłóg, zmiana pościeli, wożenie wózków z obiadem. Nikt mnie nie pyta o zdanie, ale ja i tak wszystko widzę – bo kiedy się myje podłogę pod łóżkiem, słyszy się więcej niż lekarz przy wizycie.
Pacjentkę z łóżka numer trzy zapamiętałam, bo przywieziono ją w środę rano z przystanku na Bródnie, z siatką w ręku, w której – jak mi powiedziała pielęgniarka z izby przyjęć – zostały tylko pomidory rozgniecione na miazgę. Nazywała się Danuta Kaczorowska, sześćdziesiąt trzy lata, emerytowana księgowa. Pierwszego dnia jeszcze się uśmiechała, pytała, czy może dostać drugą poduszkę. Trzeciego dnia już nie pytała o nic.
Na tej sali leżały cztery kobiety. Przy oknie – Jadzia, do której codziennie po pracy wpadał syn z małą córeczką, zawsze z czymś w papierowej torebce, pączkiem albo jabłkiem. Naprzeciwko – Ela, do której na zmianę przychodzili mąż i siostra, tak iż codziennie ktoś siedział na tym plastikowym krześle przy łóżku. Przy drzwiach – Renata, której córka przynosiła rosół w słoiku owiniętym w ręcznik, żeby nie wystygł po drodze z Wawra.
Do pani Danuty nikt nie przyszedł. Zauważyłam to już drugiego dnia, bo szafka nocna przy jej łóżku stała pusta – żadnych winogron, żadnej wody niegazowanej w butelce przyniesionej z domu, tylko szpitalna karafka. Trzeciego dnia, kiedy myłam podłogę, usłyszałam, jak Jadzia pyta ją wprost, gdzie ta jej rodzina. Pani Danuta odpowiedziała, iż córka ma dużo pracy. Powiedziała to takim głosem, jakby czytała z kartki, którą sama sobie napisała, żeby uwierzyć.
Ja przy takich łóżkach spędzam więcej czasu niż lekarze – trzeba wymienić prześcieradło, podać basen, czasem po prostu postać chwilę, bo pacjentka nie chce zostać sama, a powiedzieć tego wprost się wstydzi. Widziałam, jak pani Danuta trzyma telefon pod poduszką, jak co jakiś czas wyciąga go i patrzy na ekran, a potem chowa z powrotem, kiedy ktoś wchodzi na salę. Nie dzwoniła. Tylko sprawdzała.
Szóstego dnia wieczorem, koło dwudziestej, kiedy wnosiłam czyste ręczniki, telefon na jej szafce zaświecił się i zawibrował. Zobaczyłam napis „Córka" – duże litery, bo pani Danucie pogorszył się wzrok po zawale, tak mówiła pielęgniarka. Podniosła telefon ręką, która lekko drżała, tak iż musiała przytrzymać go drugą.
– Mamo, widziałam nieodebrane, co się dzieje?
Słyszałam to, bo stałam przy sąsiednim łóżku, składając ręczniki, i nie wypadało mi wyjść w środku rozmowy, żeby nie robić hałasu drzwiami.
– Byłam w szpitalu, Patrycja. Zawał.
Cisza po drugiej stronie trwała tak długo, iż pani Danuta odsunęła telefon od ucha i spojrzała na wyświetlacz, czy połączenie się nie urwało. W tle słychać było muzykę i brzęk kieliszków – jakieś przyjęcie, może urodziny, może po prostu kolacja z gośćmi w tym apartamentowcu na Wilanowie, o którym pani Danuta wcześniej wspominała Jadzi.
– Mamo, ale… jak to zawał, kiedy, dlaczego nikt mi nie powiedział wcześniej…
– Dzwoniłam. Sześć dni dzwoniłam.
Znowu cisza, tym razem krótsza, przerywana czyimś śmiechem w tle, męskim, chyba tego Damiana, o którym pani Danuta też opowiadała Jadzi, kiedy myślała, iż nikt nie słucha. Potem córka powiedziała coś o tym, iż jutro na pewno wpadnie, iż akurat teraz mają gości, iż nie mogła zostawić Damiana samego z jego szefem przy stole. Pani Danuta nie odpowiedziała nic. Odłożyła telefon na szafkę ekranem do dołu i patrzyła w sufit.
Nie przyszła. Ani jutro, ani pojutrze. Wypis dostała siódmego dnia, w piątek rano. Byłam wtedy na sali, zmieniałam pościel Renacie, kiedy pielęgniarka – pani Beata, ta z porannej zmiany – usiadła przy łóżku pani Danuty z formularzem i zapytała o numer do osoby bliskiej. Pani Danuta podała ten sam numer co zawsze. Pani Beata spojrzała w kartę, gdzie od siedmiu dni zapisywano próby kontaktu, i powiedziała cicho, iż ten numer już mają, iż nie odebrał ani razu. Pani Danuta nie zapytała, ile razy dzwonili. Siedziała z wypisem w ręku, jakby to była zwykła kartka papieru, a nie coś, co waży.
Spakowała się sama. Piżamę, szlafrok, kubek złożyła do reklamówki po chwili, w której nikt jej nie pomagał, bo ja akurat wychodziłam z dyżurki po ścierki, a pielęgniarki miały zmianę opatrunków u Eli. Zanim wyszła, podeszła do mnie na korytarzu – nie wiem, czy wiedziała, iż słyszałam tamtą rozmowę telefoniczną, ale coś w jej twarzy mówiło, iż domyśla się, iż więcej niż jedna osoba w tym szpitalu wie o jej córce więcej, niż by chciała.
– Dziękuję za tę wodę, którą pani mi codziennie dolewała – powiedziała, chociaż to była zwykła część mojej pracy, nic, za co się dziękuje.
Odparłam, iż to drobiazg, i zapytałam, czy ktoś po nią przyjedzie. Powiedziała, iż weźmie taksówkę, iż mieszka niedaleko, na Bielanach, i iż da sobie radę. W jej głosie nie było żalu. Było coś twardszego, jakby coś w niej przez ten tydzień się przestawiło, jak zwrotnica na torach – z cichym kliknięciem, bez iskier.
Minęło potem prawie pół roku, zanim znowu ją zobaczyłam, i to nie na oddziale, tylko na korytarzu przy rejestracji, gdzie przyszła po wyniki kontrolne. Wyglądała lepiej, zdrowiej, miała nowy płaszcz, granatowy, dobrze skrojony – taki, jakiego nie miała w szpitalnej reklamówce. Rozpoznała mnie i podeszła sama, chociaż nie musiała.
Powiedziała, iż po tym wypisie poszła prosto do notariusza przy placu Wilsona i cofnęła pełnomocnictwo, które Patrycja miała od lat do jej konta oszczędnościowego – sto dwadzieścia tysięcy złotych, które przez dwadzieścia lat odkładała z pensji księgowej, żeby córka miała na start. Powiedziała, iż zamiast tego założyła nową lokatę na własne nazwisko i iż w testamencie, który spisała tydzień później, te pieniądze zapisała fundacji hospicyjnej przy tym samym szpitalu, gdzie leżała – bo tam, jak powiedziała, ktoś jednak przy niej postał.
Zapytałam, czy córka wie. Odpowiedziała, iż tak, iż Patrycja dowiedziała się od notariusza, bo musiała podpisać zrzeczenie się starego pełnomocnictwa, i iż przyjechała wtedy na Bielany bez zapowiedzi, pierwszy raz od Wigilii, i stała pod drzwiami z Damianem, dzwoniąc domofonem przez dobre pięć minut. Pani Danuta nie otworzyła. Stała po drugiej stronie drzwi, z ręką na klamce, i słuchała, jak córka mówi do domofonu, iż to jakieś nieporozumienie, iż przecież zawsze się nią opiekowała.
Nie otworzyła tych drzwi. Powiedziała mi to bez cienia satysfakcji w głosie, po prostu jak fakt – tak jak podaje się wynik badania. Potem wzięła kopertę z wynikami od rejestratorki, podziękowała mi jeszcze raz za tę wodę sprzed pół roku i poszła korytarzem w stronę wyjścia, w tym swoim nowym płaszczu, nie oglądając się za siebie.











