Opiekowałam się nim przez osiem lat. Nikt mi za to nie podziękował.

polregion.pl 5 dni temu

Pamiętam, iż przez osiem lat opiekowałam się ojcem mojej synowej. Nikt mi za to nie podziękował.

Każdy, kto choć raz miał do czynienia z opieką nad chorym człowiekiem, wie, jak trudne to zadanie. choćby gdyby to był bliski krewny, wymaga to niewyobrażalnego poświęcenia. Tym razem był to jednak zupełny nieznajomy ojciec mojej synowej Grażyny Wójcik. Nie otrzymałam żadnego wyrazu wdzięczności, co zostawiło we mnie trwały ślad.

Mam siedemdziesiąt dwa lata i opowieść, którą dziś snuję, ma już prawie piętnaście lat za sobą.

Mój mąż od dawna nie żyje. Mamy jednego syna, Jana Nowaka, jego żonę Grażynę oraz wnuka, Michała. Ojciec Grażyny, pan Stanisław, był człowiekiem dobrym i uprzejmym. Pracował jako nauczyciel matematyki, aż nagle zachorował tak poważnie, iż potrzebował stałej opieki.

Traktowaliśmy go przez długie lata, ponosząc przy tym ogromne wydatki setki tysięcy złotych na leki i zabiegi. Pomagałam finansowo, ile tylko mogłam.

W końcu został przywiązany do łóżka, a wokół nie było nikogo, kto by się nim zajmował. Mój syn Jan był ciągle zajęty, często wyjeżdżał służbowo. Michał jeszcze studiował, a Grażyna pracowała na etacie. Miała jedyną starszą córkę, Beatę, która mieszkała w Gdańsku; mogła jedynie dzwonić i wyrażać współczucie.

Grażynie zakazano zwolnienia lekarskiego. Powiedziano jej surowo:

Albo pracujesz tak, jak zawsze, albo zostaniesz zwolniona!

Oczywiście wybrała pracę, a więc ciężar opieki nad ojcem spadł na mnie.

Na początku Grażyna prosiła, żebym przychodziła przynajmniej raz dziennie, by ugotować posiłek i nakarmić go. Zgodziłam się, nie przewidując, iż ten rytuał będzie trwał osiem lat.

Pierwsze wizyty trwały dwie godziny, po czym wracałam do domu. Z czasem jednak Grażyna przekazywała mi coraz więcej obowiązków. Zaczęłam spędzać przy nim cały dzień, wracałam dopiero wieczorem, a rano wracałam pieszo, by zdążyć na spotkanie z synem.

Mój syn współczuł mi bardzo. Widząc, jak ciężko mi się pracuje, radził mi, żebym zrezygnowała z tej dobrowolnej działalności charytatywnej, choć nie powiedział nic swojej żonie, bo mieszkał w ich mieszkaniu.

Największy ból sprawiła mi starsza siostra Grażyny, Bogumiła, która często dzwoniła i wydawała rozkazy: co mam robić, jak mam dbać o ich ojca. Zdarzało się, iż Grażyna była niezadowolona, gdy nie miałam czasu w coś, co jej się podobało.

Mówiła nawet:

jeżeli ci to nie pasuje, weź syna i odejdź! Sam sobie poradzę! Znajdę babysittera!

Słuchałam tych słów przez osiem lat, a potem pan Stanisław odszedł. Żadna z córek nie podziękowała mi za lata poświęcone ich ojcu. Najstarsza z nich, Beatka, twierdziła, iż nikt mnie nie zmuszał do opieki, a ja sama to chciałam.

Tak to już jest: robimy coś dobrego dla innych, a oni są tak bezduszni, iż nie potrafią choćby podziękować. To wspomnienie zostanie ze mną na zawsze.

Idź do oryginalnego materiału