Olga Szemley-Goudineau: „Twarz nie kłamie nigdy. Ale potrafi nauczyć się nowej historii”

ohme.pl 1 godzina temu

Zmarszczki, zaciśnięta szczęka, opuchnięte oczy czy zmęczone spojrzenie nie zawsze opowiadają o wieku. Często są zapisem stresu, niewypowiedzianych emocji, braku snu i przeciążenia układu nerwowego. Olga Szemley-Goudineau, pionierka jogi twarzy w Polsce i twórczyni metody Yogatwarzy, wyjaśnia, dlaczego pielęgnacja powinna zaczynać się od uważnej relacji z własnym ciałem, jak odróżnić naturalne dojrzewanie od sygnałów alarmowych oraz dlaczego kilka minut automasażu może być nie kolejnym obowiązkiem, ale „randką z własną kobiecością”.

W książce pisze Pani, iż zanim zrobimy cokolwiek z twarzą, warto najpierw ją poczuć. Czy joga twarzy zaczyna się bardziej od techniki, czy od zmiany relacji z własnym odbiciem?

To zaskakujące, jak wiele osób „mieszka” w swoim ciele, ale jakby w oderwaniu od niego. Podobnie bywa z twarzą. „Obsługujemy” ją, myjąc, gwałtownie smarując kremem i w pośpiechu „poprawiając” makijażem. Mało w tym miejsca na obserwację, rozumienie zachodzących w niej procesów czy czułość. Tymczasem twarz jest domem wielu zmysłów, sąsiadką mózgu i jego rozmówczynią, a bez zrozumienia i zainteresowania głębszego niż naskórkowe nie ma sprawczości.

Zdecydowanie relacja stoi ponad techniką. Techniki, których uczę, są proste i łatwe do wpisania w codzienny dzień, pomimo tempa naszego życia. Relacja natomiast to podstawa: ta sama ciekawość podróżniczki należy się i własnemu ciału. Zwiedzamy odległe miejsca, a siebie rozumiemy mało – także w warstwie fizjologicznej twarzy, która jest absolutnie fascynująca! Jesteśmy piękni, jesteśmy przez naturę tak mądrze stworzeni, tu jest czym się zachwycać i… z czym budować więź.

Pisze Pani o „wieku biologicznym skóry”. Jak kobieta może rozpoznać, czy jej twarz naturalnie dojrzewa, czy raczej wysyła sygnały przeciążenia, stresu, braku snu i regeneracji?

Twarz to świetny “termometr” – tylko trzeba umieć czytać jej wskazania, bo naturalne zmiany wiekowe i przeciążenie często się na siebie nakładają i łatwo je pomylić. Naturalne dojrzewanie jest równomierne i spokojne. Owal traci nieco jędrności, pojawiają się linie mimiczne, skóra staje się cieńsza – ale wszystko dzieje się symetrycznie, bez nagłych zmian z dnia na dzień. To proces, nie stan alarmowy. Co więcej, twarz choćby bardzo dojrzała może tryskać zdrowiem: mieć świeży koloryt, szeroko otwarte oczy i zrelaksowany wyraz, które są odbierane jako witalność i atrakcyjność.

Sygnały przeciążenia wyglądają zupełnie inaczej – są nagłe, asymetryczne i „mówią” konkretnym językiem:

  • Obrzęk poranny, zwłaszcza pod oczami i wokół żuchwy – to często zastój limfy, nie wiek
  • Szarość, matowość, nadmierna reaktywność skóry – to niedotlenienie i przeciążony układ nerwowy, czasem przewlekły stan zapalny całego organizmu lub jego konkretnego narządu.
  • Napięcie w żwaczach i marszczenie czoła choćby w spoczynku – ciało “trzyma” stres dosłownie w mięśniach twarzy
  • Głębsze cienie i zapadnięcia, które znikają po dobrze przespanej nocy – to nie starzenie, to zmęczenie tkanek

Najprostszy test, który zawsze polecam: przyjrzyj się twarzy rano, zanim nałożysz cokolwiek. jeżeli obrzęk i szarość znikają po kilku godzinach albo po nocy pełnego snu – to przeciążenie. jeżeli zmiana jest trwała i narasta powoli – to naturalny proces, z którym warto pracować (a mamy naprawdę cały zestaw świetnych narzędzi!) a nie walczyć.

I tu właśnie ćwiczenia twarzy i automasaż są bezcenne – nie dlatego, iż „cofa czas”, ale dlatego, iż rozpoznaje i odpowiada na te sygnały w czasie rzeczywistym. Drenując limfę, rozluźniając żwacze, dotleniając tkanki – dajemy twarzy to, czego jej brakuje, zamiast maskować objaw kremem. To różnica między słuchaniem ciała a zagłuszaniem go.

Bardzo interesujący jest w książce wątek napięć zapisanych w twarzy. Jakie historie, zwłaszcza układu nerwowego, opowiadają nasze zmarszczki, zaciśnięta szczęka czy spojrzenie?

Twarz to w gruncie rzeczy pamiętnik, tyle iż pisany nie atramentem, a napięciem mięśniowym – i, uwierzcie, nie da się go zamknąć na kluczyk kremem na noc. Zmarszczka między brwiami to zwykle najbardziej elokwentna mieszkanka tego pamiętnika. Powstaje tam, gdzie mięsień marszczący brwi (ten sam, który męczy się przy czytaniu drobnego druku bez okularów) pracuje na okrągło w trybie „analizuję, oceniam, martwię się”. To nie jest zmarszczka od starości – to zmarszczka od bycia odpowiedzialną kobietą, która nosi w głowie sto spraw naraz. Ja nazywam ją żartobliwie „zmarszczką dyrektorki generalnej życia rodzinnego”. Inna sprawa, iż bardzo głęboka może też sygnalizować problemy na tle fizycznym. Ajurweda wskazuje tu np na śledzionę.

Zaciśnięta szczęka to z kolei najbardziej uparty lokator – bo działa głównie nocą, kiedy nikt nie patrzy. Żwacze to jedne z najsilniejszych mięśni w ciele, a układ nerwowy uwielbia je wykorzystywać jako awaryjny wentyl bezpieczeństwa dla emocji, których nie wypowiedzieliśmy w ciągu dnia. Efekt? Budzimy się z bólem głowy i twarzą, która wygląda, jakby całą noc negocjowała warunki umowy. To dosłownie „przełykanie” tego, czego nie powiedzieliśmy na głos.

Spojrzenie i okolice oczu to natomiast najbardziej szczera część twarzy – bo mięśnie wokół oczu są bezpośrednio połączone z układem limbicznym, czyli naszym centrum emocji. Zmrużone, czujne spojrzenie, drobne linijki od permanentnego “kontrolowania sytuacji” – to sygnał układu nerwowego w trybie czuwania, jakby oczy nigdy do końca nie wierzyły, iż można odpuścić.

I tu jest piękno praktyki well-ageing: to nie jest wygładzanie papieru, na którym ktoś już coś napisał. To rozmowa z autorką tego pamiętnika – dajemy układowi nerwowemu sygnał „jesteś bezpieczna, możesz odpuścić napięcie”, a mięśnie w końcu przestają stać na warcie. Twarz nie kłamie nigdy – ale, na szczęście, potrafi się nauczyć nowej historii.

W książce pojawia się myśl, iż piękno nie zaczyna się w kremie, tylko również „na talerzu”. Jakie błędy żywieniowe najczęściej odbijają się na twarzy dojrzałej kobiety?

Talerz to jeden z najbardziej niedocenionych gabinetów kosmetycznych – tyle iż efekty widać po trzech tygodniach, nie po trzech dniach, więc łatwo się zniechęcić i wrócić do starych nawyków.

Zajadanie stresu to pierwszy i najbardziej podstępny błąd. Mózg w stresie domaga się szybkiego cukru, a twarz płaci za to realny rachunek – w postaci stanu zapalnego i tej charakterystycznej, matowej szarości. Zjedzone w biegu ciastko nie uspokaja układu nerwowego, ono tylko odracza problem, a odsetki spłaca później skóra.

Podjadanie i huśtawka insulinowa to kolejny błąd, bardzo wyczerpujący dla twarzy. Każdy gwałtowny skok glukozy nasila proces glikacji – czyli, mówiąc obrazowo, cukier usztywnia nasz kolagen, zamieniając elastyczną, sprężystą sieć w coś znacznie bardziej kruchego. Skóra potrzebuje spokojnej, równej drogi energetycznej, nie ciągłych wzlotów i spadków.

Posiłek bez intencji to błąd, o którym mówi się najmniej, a szkoda. Talerz bez koloru, bez tłuszczu wspierającego wchłanianie antyoksydantów i bez odrobiny estetycznej troski to talerz, który przygotowujemy tak samo automatycznie, jak twarz myjemy w pośpiechu rano. A jedzenie, które wygląda pięknie, najczęściej faktycznie działa przeciwzapalnie – natura rzadko myli się w kolorystyce.

I tu dochodzimy do bohaterki, o której zapomina się najczęściej: mikrobiota jelitowa, nasza własna armia mikro-obrońców. To ona fermentuje, wspiera produkcję części witamin z grupy B, wpływa na wchłanianie składników odżywczych i na ogólny poziom stanu zapalnego w organizmie – ten sam stan zapalny, który później „czytamy” z twarzy jako zaczerwienienie czy opuchliznę. Karmiona tylko cukrem i pośpiechem, buntuje się – i ten bunt prędzej czy później staje się widoczny.

Dokładnie w tym miejscu rodzi się sprawczość, o której zawsze mówię: świadomość, iż to, co ląduje na widelcu, prędzej czy później odbija się na policzku, daje nam prawdziwą kontrolę. Nie nad samym upływem czasu, bo tego nie zatrzymamy, ale nad tym, w jakiej jesteśmy z nim komitywie. Suplementacja natomiast, to dla mnie po prostu upgrade odżywiania – naturalne rozszerzenie tego, co zaczynamy na talerzu. Warto pamiętać, iż dziś mamy zupełnie inne wymagania wobec własnego wyglądu w wieku 50, 60 i więcej lat niż miały poprzednie pokolenia. Chcemy dłużej cieszyć się energią, jędrną skórą i dobrym samopoczuciem – i to naturalne, iż sięgamy po wsparcie, które to umożliwia.

Dlatego suplementacja dla urody, czyli nutrikosmwtyka, to temat znacznie szerszy niż samo picie kolagenu. To fascynujący wątek, do którego chętnie jeszcze kiedyś wrócę.

Proponuje Pani jogę twarzy w rytmie czterech pór roku. Dlaczego twarz potrzebuje innej opieki wiosną, latem, jesienią i zimą?

Jesteśmy istotami rytmu – żyjemy według cyklu dobowego, miesięcznego i tych wyznaczanych przez różne procesy biologiczne. Warunki atmosferyczne mają ogromny wpływ na to, jak zachowuje się nasza twarz, całe ciało i układ nerwowy. Zamiast z tym walczyć, możemy te fale wykorzystywać – jak wytrawny surfer, który nie walczy z falą, tylko czyta ją i płynie z nią.

Wiosna to czas budzenia się po zimowym spowolnieniu – skóra bywa wrażliwsza, układ nerwowy chętniej reaguje na światło i zmianę, więc joga twarzy skupia się na drenażu i pobudzeniu krążenia.

Latem priorytetem jest ochrona i nawodnienie – silne słońce i wysoka temperatura obciążają barierę skórną, więc techniki idą w stronę koją¬cego chłodzenia i wsparcia naczyń.

Jesień to naturalny czas regeneracji i wzmacniania – po lecie warto odbudować to, co nadwyrężone, i przygotować skórę na chłodniejsze miesiące.

Zimą najważniejsza jest ochrona bariery lipidowej i głębsze odżywienie – mróz i suche powietrze w pomieszczeniach wymagają intensywniejszego natłuszczenia i pracy z mięśniami, które w zimnie chętniej się napinają.

Nie lubię jednak takich etykietek jak „jesień życia” – bo etykiety potrafią zawężać nasze doświadczenie, zamiast je opisywać. Wiele kobiet odczuwa dojrzałość zupełnie inaczej: jako ponowny rozkwit samoświadomości, zdrowej pewności siebie, umiejętności zarządzania relacjami, czasem, zdrowiem i wyglądem. Mając 50 lat, można wkraczać w kolejną wiosnę swojego życia – naprawdę w to wierzę. I sama właśnie tak to czuję.

Pisze Pani o odmładzaniu bez igieł i skalpela, ale też nie ustawia jogi twarzy przeciwko medycynie estetycznej. Gdzie według Pani przebiega mądra granica między naturalną pracą z twarzą a zabiegami?

Jako joginkę uczono mnie, by nie oceniać wyborów innych ludzi, nie mierzyć ich swoją miarą i szanować odmienne potrzeby – także te estetyczne. Dla mnie nadrzędną zasadą zawsze jest „nie szkodzić”, a metody naturalne dają nam właśnie to bezpieczeństwo: pracujemy bez bólu, bez ryzyka i bez skutków ubocznych, które mogą pojawić się z czasem. Co więcej, joga twarzy potrafi naprawdę wiele – na tyle, iż dla części kobiet medycyna estetyczna może okazać się w ogóle niepotrzebna. Ale tam, gdzie oferuje bezpieczne narzędzia wspierające urodę, może być wartościowym uzupełnieniem i iść w parze z praktyką automasażu.

Przewaga jogi twarzy leży w tym, iż pracuje bezpośrednio na strukturze mięśniowej – uczy mięśnie nowych, zdrowszych wzorców napięcia, a nie tylko maskuje efekt. Przewaga medycyny estetycznej to możliwość szybszej, bardziej precyzyjnej korekty tam, gdzie naturalna praca ma swoje granice czasowe.

I tu przechodzę do sedna: jeżeli kobieta odczuwa potrzebę delikatnej zmiany, na przykład lekkiej korekty proporcji, i wie, iż przyniesie jej to satysfakcję i więcej pewności siebie – to wspaniale. Zawsze uważam, iż to, co daje nam autentyczne poczucie dobrostanu, jest adekwatną drogą. Jedyne, na czym mi zależy: nie rezygnujmy z jogi twarzy, choćby jeżeli od czasu do czasu odwiedzamy gabinet medycyny estetycznej. Joga twarzy ma swój unikalny obszar ekspertyzy, którego żaden zabieg nie zastąpi – uwalnia układ nerwowy od napięć, a to fundament, na którym warto budować, niezależnie od wybranej ścieżki.

Wiele kobiet pyta pewnie: „czy to naprawdę działa?”. Co dziś mówią badania i Pani praktyka – po jakim czasie regularna joga twarzy może realnie zmienić wygląd, napięcie i samopoczucie kobiety?

Szczerość przede wszystkim: twarz nie jest jak mikrofalówka, gdzie wciskamy „start” i za trzydzieści sekund mamy gotowy efekt. Ale dobra wiadomość jest taka, iż efekty pojawiają się szybciej, niż większość kobiet się spodziewa.

Badań przybywa i chętnie cytuję je w książce – dziś wiemy już całkiem konkretnie, jakie procesy regeneracyjne uruchamiamy, praktykując well-ageing świadomie. Często wygładzenie i rozluźnienie twarzy widać już po pierwszej sesji – mięśnie potrafią zaskakująco gwałtownie „odpuścić” napięcie, kiedy w końcu dostają na to pozwolenie. To trochę jak z ramionami, które unosimy pod stresem, choćby o tym nie wiedząc – twarz robi dokładnie to samo, tylko rzadziej to zauważamy.

Sztuką jest jednak utrwalić efekt, a nie tylko go „pokazać na chwilę”. Dlatego metoda Yogatwarzy, którą stworzyłam, jest jedyną w Polsce z certyfikatem fizjoterapii – bo regularność i adekwatna technika robią tu więcej niż jednorazowy zachwyt w lustrze. Odwrócenie bardziej utrwalonych zmian to proces trudniejszy do przewidzenia co do dnia, ale mogę powiedzieć uczciwie: rozczarowania zdarzają się bardzo rzadko.

Dla mnie joga twarzy to nie kolejny „obowiązek” wciśnięty w i tak przeładowany dzień – to raczej mycie zębów dla twarzy. Uczę na przykład automasażu przy okazji zwykłego demakijażu gąbkami – coś, co i tak robimy każdego wieczoru, tylko robimy to sprytniej. Efekty można poczuć już następnego dnia rano, w postaci braku opuchlizn, a to działa naprawdę motywująco. Albo idziemy na siłownię z plasterkiem mimicznym między brwiami – i nie utrwalamy „lwicy” w tak prosty sposób. Prawdziwa nagroda przychodzi jednak w dłuższej perspektywie – twarz, która zmienia się łagodnie i pozostaje atrakcyjna przez długie lata. Moja mama ćwiczy ze mną od dziesięciu lat i wygląda naprawdę wspaniale. Czy pomagają geny? Być może trochę tak. Ale samymi genami, bez odrobiny własnej troski, nikt jeszcze nie osiągnął pełnej satysfakcji z lustra – to musi być współpraca.

W książce pojawia się bardzo czuła myśl, iż joga twarzy nie ma być kolejnym obowiązkiem, tylko „randką z własną kobiecością”. Jak sprawić, żeby kobiety nie traktowały pielęgnacji jak presji, tylko jak formę kontaktu ze sobą?

Zaczyna się od rozmowy – i od uwolnienia się od poczucia winy, które ciążyło na kobietach przez wiele pokoleń, gdy tylko choć trochę czasu poświęcały sobie, zamiast być na usługach innych. Moją rolę widzę zarówno jako rozmówczyni, jak i kogoś, kto daje prosty i kompletny przepis – swoistą skrzyneczkę z narzędziami. Proste, skuteczne, a przede wszystkim przyjemne w użyciu – to ostatnie jest kluczowe, bo nic, co czujemy jako przymus, nie stanie się trwałym rytuałem.

W mediach społecznościowych, telewizji, radiu, artykułach i książkach nieustannie dzielę się przyjaznymi i łatwymi do wdrożenia umiejętnościami – choć za każdą z nich stoi fascynujące choć czasem żmudne przekopywanie się przez liczne artykuły naukowe, żeby to, co przekazuję, było nie tylko czułe, ale i rzetelne. Na szczęście nie jestem w tym sama. Rośnie świadomość społeczna, a razem z nią przybywa edukatorów – bratnich dusz, które razem ze mną umacniają w kobietach tę czułość wobec siebie.

„Joga twarzy na 365 dni”, Olga Szemley, wyd. Luna

Idź do oryginalnego materiału