Oksana, jesteś zajęta? – zapytała mama, zaglądając do pokoju córki. – Chwilkę, mamo. Wyślę maila i już ci pomogę – odpowiedziała córka, nie odrywając wzroku od ekranu. – Na sałatkę zabrakło mi majonezu. Nie przewidziałam, no i zapomniałam koperku kupić. Może wskoczysz jeszcze do sklepu, zanim zamkną? – Dobrze. – Przepraszam, iż cię ciągnę, a ty już fryzurę zrobiłaś. Głowa mi pęka od tych przygotowań na Sylwestra – westchnęła mama. – Już. – Oksana zamknęła laptopa i odwróciła się do mamy. – Co mówiłaś? Założyła kozaki, puchową kurtkę, ale czapki nie wzięła, by nie popsuć fryzury. Sklep jest tuż obok, nie zmarznie. Na dworze był lekki mróz i sypał drobny śnieg – jak z bajkowej, polskiej zimy. W sklepie ludzi prawie nie było. Wpadali tylko ci, którym czegoś zabrakło przed świętami. Koperek był już tylko zwiędnięty, w zestawie z pietruszką i szczypiorkiem. Oksana chciała zadzwonić do mamy, by zapytać czy taki może być, ale telefon został w domu. Krótko się wahając, wzięła go jednak razem z ostatnią paczką majonezu, zapłaciła i wyszła na lekko ośnieżoną ulicę. Ledwo wyszła ze sklepu, zza rogu wyjechał samochód i oślepił ją światłami. Oksana odskoczyła – obcas ześlizgnął się po oblodzonym chodniku przykrytym cienką warstwą śniegu, noga się podwinęła i Oksana upadła na chodnik. Torebka poleciała w bok. Spróbowała wstać, ale kostka zapiekła takim bólem, aż łzy napłynęły jej do oczu. Wokół ani żywego ducha, a telefonu brak. Co robić? Nie usłyszała choćby jak za plecami zamknęły się cicho drzwi samochodu. – Nic pani się nie stało? – Nad nią pochylił się młody mężczyzna. – Da się pani podnieść? Pomogę. – Wyciągnął rękę. – Chyba przez pana złamałam nogę. Jeździcie autami, zamieniacie chodniki w lodowisko – syknęła Oksana przez łzy, nie korzystając z pomocy. – Sama sobie winna. Kto chodzi na obcasach w taki wieczór? – A idź pan! – Oksana fuknęła i pociągnęła nosem. – Zamierza pani tu siedzieć do rana? Dobra, nie jestem seryjnym mordercą. Gdzie pani mieszka? – Tam. – Oksana wskazała blok obok. Mężczyzna zniknął na chwilę. Po chwili cofnął auto i zatrzymał przy Oksanie. – Podniosę panią, proszę nie stawać na bolącą nogę. Raz, dwa, trzy! – Nim Oksana zdążyła zaprotestować, podniósł ją i postawił na nogę, a drugą podkurczyła. – Trzyma się pani? – zapytał, podtrzymując Oksanę i otwierając drzwi auta. – Teraz proszę się oprzeć na mnie i wsiadać. – Moja torebka! – zawołała, siadając na fotelu pasażera. Mężczyzna odszukał torebkę i włożył ją na tylne siedzenie. Pod blokiem pomógł jej wysiąść i bez słowa wziął na ręce, zamykając drzwi nogą. Przy drzwiach do klatki stanął: – Klucze są w torebce? Ktoś jest w domu? – Mama. – To proszę wykręcić kod i poprosić mamę na dół. Nie było windy, musiał więc nieść Oksanę po schodach na III piętro. Oksana objęła go rękami za szyję, słyszała ciężkie oddechy i widziała pot spływający po męskim czole w słabym świetle klatki schodowej. „Dobrze ci tak. Następnym razem nie będziesz szarżował autem”, pomyślała z satysfakcją. – Proszę mnie postawić, dalej pójdę sama – poprosiła przed drzwiami swojego mieszkania. Mężczyzna nie odpowiedział, tylko ciężko dysząc, otworzył drzwi. Stanęła w nich zaskoczona mama. – Oksana? Co się dzieje?! Mężczyzna ruszył w jej stronę jak taran. Mama musiała ustąpić. Ostrożnie postawił Oksanę na ziemi, odetchnął głęboko. – Przynieście krzesło – rzucił do wystraszonej mamy. Mama przyniosła krzesło z kuchni, Oksana usiadła z ulgą, wyciągając chorą nogę. Mężczyzna przykucnął przed nią na kolanie. – Co tu się dzieje? – wykrzyknęła mama, zdezorientowana. On jakby jej nie słyszał. Przytrzymując stopę Oksany, zsunął but. Oksana wypuściła z siebie cichy krzyk bólu. – Co pan robi? To boli! – Co pan robi? Przecież ją boli! – krzyknęła równocześnie z córką zrozpaczona mama. Kostka momentalnie spuchła i zzieleniała przez rajstopy. – Wzywam pogotowie – zdecydowała mama. – To tylko zwichnięcie. Jestem lekarzem. Proszę przynieść lód, gwałtownie – zarządził stanowczo mężczyzna. Mama natychmiast pobiegła do kuchni i wróciła z zamrożonym kurczakiem w folii. – Proszę przyłożyć do kostki – powiedział mężczyzna, wstał i chwycił za klamkę. – Pan już wychodzi? – przestraszyła się Oksana. – Idę do samochodu po bandaż elastyczny. Przyniosę też torebkę – rzucił i wyszedł. – Zostawiłaś torebkę w jego samochodzie? Oksana, kto to w ogóle jest? – dopytywała mama, przykładając zamrożonego kurczaka do nogi córki. Oksana syknęła z bólu. – Wypadł nagle autem zza rogu, a ja się przestraszyłam, poślizgnęłam i przewróciłam. Zaniósł mnie do domu. Nic więcej nie wiem. – Może to oszust?! Zaraz ucieknie z torebką, masz tam kartę, pieniądze, klucze… Może zadzwonić na policję, póki daleko nie uciekł? – zaproponowała szeptem mama. – Mamo, jaką policję? Gdyby chciał mnie okraść, zostawiłby mnie tam na chodniku. A on przyniósł mnie tu na rękach. – No nie wiem… – zawahała się mama. W tej chwili zadzwonił domofon. – To on. Mamo, otwórz proszę – poprosiła Oksana. Mężczyzna wszedł, spojrzał uważnie na Oksanę i jej mamę, postawił torebkę na szafce. – Proszę sprawdzić, czy wszystko jest – powiedział, zrzucił kurtkę, ukląkł na niej i spojrzał na Oksanę. – Teraz będzie boleć. Muszę nastawić staw. Proszę mocno chwycić za siedzenie krzesła, będzie prościej. Objął stopę jedną ręką i lekko wygiął. Oksana stłumiła krzyk, zagryzając wargi. – Coś się pani pali – rzucił, spoglądając na mamę. Mama pobiegła do kuchni. W tym momencie Oksana poczuła taki ból w kostce, iż przed oczami pociemniało. – Już lepiej – szepnął mężczyzna. Mama wpadła do przedpokoju, patrząc z przerażeniem na płaczącą Oksanę. – Na kuchence nic się… – zaczęła, ale przerwał jej mężczyzna. – Nastawiłem zwichnięcie. Kilka dni będzie boleć. Nie stawiać ciężaru. – Ostrożnie postawił jej nogę na podłodze, wstał i sięgnął po kurtkę. – Dziękuję… Proszę wybaczyć, okropnie pana osądzałam – powiedziała mama. – Może zostanie pan na kolację? Do północy mało czasu, pewnie nie zdąży pan na Sylwestra do siebie, a ja mam wszystko gotowe… Mężczyzna przez chwilę się wahał. – Dziękuję, jeżeli nie będę przeszkadzał… – Oczywiście, iż nie! Pomógłby pan otworzyć szampana. – Mamo! – Oksana karcąco popatrzyła na mamę. – Co? Wyjmę mięso z piekarnika, a pan młody zaprowadzi Oksanę do pokoju – zaordynowała mama. Oksana, opierając się na jego ramieniu, dotarła do kanapy. Próbowała stawać na czubku stopy – było boleśnie, ale do zniesienia. Jednocześnie dobrze jej było przy jego boku, czując rękę na talii… – Dziękuję – powiedziała, siadając na kanapie i wyciągając nogę. – Nie ma za co. Sam się przyczyniłem do tej kontuzji – przyznał mężczyzna. – Wcale nie, sama odskoczyłam. Jak pan ma na imię? – Valery… Ale może przejdziemy na „ty”? – Jasne. Ty naprawdę jesteś lekarzem? – Jestem chirurgiem. Chciałem jeszcze coś kupić w sklepie, ale… – odpowiedział młody mężczyzna, siadając obok Oksany. – Żona chyba na ciebie czeka i się denerwuje? – Odeszła ode mnie pół roku temu. Miała dosyć, iż w ogóle nie ma mnie w domu, choćby w święta szpital wzywa. Zabrała córkę i poszła do matki. – Pewnie strasznie wyglądam, – zawstydziła się Oksana. – Wręcz przeciwnie… Tak we troje przywitali Nowy Rok. „Jak wejdziesz w nowy rok, taki będzie cały rok”. Gdy Valery wyszedł, Oksana i mama poszły spać, ale Oksana nie mogła zasnąć… Ciągle czuła jego dłonie na talii, pamiętała jak niósł ją w ramionach. Takie rzeczy się pamięta… Rano ku euforii mogła już stawać na stopę. Kostka spuchła jeszcze bardziej, bandaż mocno uciskał, ale mogła chodzić. Nie kryła radości, gdy Valery ponownie wpadł w odwiedziny, rozwinął bandaż, obejrzał nogę i ponownie ją zabandażował. – Wszystko w porządku. Na stopę już możesz stawać? – Przeszliśmy na „ty”. Tak, mogę – odpowiedziała Oksana. – Herbaty? – zaproponowała mama. – Innym razem. Muszę już na dyżur. – Przyjedziesz jeszcze? – zapytała gwałtownie Oksana. Valery uśmiechnął się w odpowiedzi. Po dwóch miesiącach Oksana przeprowadziła się do niego. – Przecież on nie jest rozwiedziony! A jeżeli wróci żona? – kiwała głową mama, pomagając Oksanie pakować walizkę. – Nie wróci. Jak przyjdzie, tak odejdzie. Valery mówił, iż ona ma już kogoś. – Nie wiem, chyba się spieszysz… To był szczęśliwy rok… Oksana była zazdrosna, gdy jeździł do córki, a tym bardziej gdy spotykał się z byłą żoną. Widziała jej zdjęcie – piękna kobieta. Mieszkając z nim, coraz bardziej rozumiała jego żonę: Valery’ego często wzywano do szpitala, także w weekendy, do tego dyżury nocne. W szpitalu są młode pielęgniarki… Trudno się nie zakochać. Ale gdy był obok niej, Oksana promieniała ze szczęścia. Minął rok. Mimo wszystko to był szczęśliwy rok. Valery nigdy nie rozwiódł się z żoną. To jedyne, co Oksanę martwiło. Do tego mama nieustannie radziła, by postawiła sprawę jasno… Oksana zwlekała. 31 grudnia krzątała się w kuchni. W pokoju błyszczała na choince polska girlanda. Na łóżku czekała nowa sukienka. Oksana sprawdziła pieczeń w piekarniku, usłyszała telefon i weszła do pokoju. Valery rozmawiał przez telefon, stojąc przy oknie. – Dobrze, już jadę – powiedział, odwracając się do niej. – Znowu wzywają cię do szpitala? – głos Oksany zadrżał. – Nie, żona zadzwoniła. Córka czeka, płacze, nie chce zasypiać bez taty. Zaraz wrócę. Położę ją spać, oddam prezent. gwałtownie wrócę… – Cmoknął ją w policzek i wyszedł. Oksana starała się nie być zazdrosna, nie denerwować się – ale bezskutecznie. Wszystko przygotowała, włożyła nową sukienkę. Zegar zbliżał się do północy, a Valery przez cały czas nie wracał. Nie dzwoniła, może prowadził… Napisała SMS-a, nie otrzymała odpowiedzi. W końcu, z rezygnacją, zgasiła świece na stole. Teraz jak nigdy rozumiała jego żonę. A jeżeli mama ma rację i ona wróci? Co z nią? Kocham Valery’ego… Czekanie było nie do zniesienia. Oksana przypomniała sobie o starszej pani z parteru. Valery mówił, iż nigdy nie wyszła za mąż, nie ma dzieci, jest zupełnie sama. Oksana poczuła się tak samo samotna… Wzięła z kuchni dwa pojemniki, do jednego nałożyła sałatkę, do drugiego kawałek ciasta i zeszła na parter. Starsza pani nie od razu otworzyła. Oksana nieporadnie wyjaśniła cel wizyty. W końcu zamek szczęknął, a staruszka patrzyła na Oksanę krótkowzrocznym wzrokiem. – Przyniosłam pani sałatkę i ciasto. Sama robiłam. Nie obrazi się pani? – Wejdź – zaprosiła. Była malutka, drobna, przytulona w zimowej sweterku, ale w mieszkaniu był ciepły klimat i czystość. Ani śladu choinki, ani świątecznego stołu, tylko cicho mruczący telewizor na stole. – Proszę się rozsiąść – rzekła staruszka. – Zaparzę herbaty. – Pani mieszka z doktorem Valerym? – spytała po chwili, popijając herbatę. – Tak. Staruszka kiwnęła głową, jakby z aprobatą. – Jego żona nikogo nie zauważała, choćby dzień dobry nie mówiła. Tylko sobą się zajmowała. Ty inna jesteś. Jego znowu do szpitala wezwali? – Do córki pojechał. Staruszka znów kiwnęła głową. – Wróci, nie martw się. On jest porządnym człowiekiem. – A pani jest sama? – Całe życie sama. Trzeba było dziecko mieć… Ale co tu już mówić? Była i moja miłość. Tylko przyjaciółka mi ją zabrała. – Jak to? – Po szkole poszłam do medyka w mieście, a mój Felek został w miasteczku. 31 grudnia po zajęciach pojechałam do niego – chciałam spędzić z nim Sylwestra. Ale autobus się popsuł… Zmierzchało. Komórek nie było. Kierowca polazł do wsi po pomoc. My zostaliśmy w autobusie. A Nowy Rok się zbliżał… Zdecydowałam iść pieszo. Zaczął padać śnieg, potem wichura, prawdziwa zadymka. Ale szłam dalej, miłość pchała. Myślałam, iż autobus mnie dogoni. Tak, na drodze powitałam Nowy Rok. Kiedy doszłam do domu, odmroziłam twarz i palce. Przeleżałam cztery dni nieprzytomna z gorączką. Gdy się ocknęłam, przyjaciółka powiedziała mi, iż Felek już jest z nią, bo jest z nim w ciąży. Próbował ze mną porozmawiać, ale nie wybaczyłam. Młoda byłam, duma mnie zżerała. Wyjechałam, nigdy więcej go nie zobaczyłam… Dopiero wiele lat później dowiedziałam się, iż przyjaciółka skłamała. Felek zapił się i zamarzł pod domem w zimie. Dobry był człowiek… – Staruszka westchnęła. – Tak już została sama… Powinnam była wybaczyć i porozmawiać. Życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. – Staruszka otarła załzawione oczy. – Widzę was przez okno. Valery z tobą nigdy nie wyglądał tak, jak z tamtą. jeżeli kochasz – wybacz mu, nie bądź zazdrosna. Albo wyjedźcie gdzieś, nie da wam ona spokoju. Nie powtarzaj moich błędów. Rób jak ci dyktuje serce. Oksana wróciła do mieszkania, schowała jedzenie do lodówki. Valery wrócił dopiero dnia następnego. – Wybacz. Nie wiem, jak to się stało… Chyba ona coś mi dosypała do herbaty. Obudziłem się dopiero godzinę temu, z potwornym bólem głowy. – Dlaczego się z nią nie rozwiedziesz? przez cały czas ją kochasz? – Oczywiście, iż nie. Gdybyś ją znała, nie pytałabyś… Kocham tylko córkę. Oksana, wiem, iż czekałaś na mnie i pewnie wyobrażałaś sobie różne rzeczy. Nic między nami nie było, wierzysz mi? Oksana zbliżyła się, przytuliła i szukała jego spojrzenia. – Wyjedźmy. Gdziekolwiek. Szpitali jest dużo. Jesteś znakomitym chirurgiem… – Nie mam teraz siły na te rozmowy… Potem, dobrze? Kocham cię. Usnął, a Oksana patrzyła na niego i przypominała sobie słowa staruszki… „Córka pozostało mała, dzieci gwałtownie zapominają. Oni nie mieszkali razem od pół roku. To wszystko urządziła żona. Może o to jej chodzi, żebym się wycofała. Na próżno. Będę o niego walczyć. Jak się obudzi, musimy porozmawiać…” Oksana zgasiła lampki na choince i ułożyła się obok Valery’ego, mocno się do niego przytulając. „Kocham. Jedno słowo to za mało… Kocham cię. Po prostu kocham…” Annie Hall Gdy kochasz, wybaczysz wszystko… poza tym, kiedy przestaną cię kochać

newskey24.com 4 godzin temu

Ola, jesteś zajęta? zapytała mama, zaglądając do pokoju córki.

Jeszcze minutka, mamo. Wyślę tylko tego maila i już ci pomagam odpowiedziała, nie odrywając wzroku od monitora, córka.

Skończył się majonez do sałatki. Źle policzyłam, a koperku też zapomniałam kupić. Skoczysz do sklepu, zanim zamkną?

Dobrze.

Przepraszam, iż cię ciągle wołam. Już masz zrobioną fryzurę. Wszystko mi się kręci z tymi przygotowaniami westchnęła mama.

Gotowe. Ola zamknęła laptopa i odwróciła się do matki. Co mówiłaś?

Założyła kozaki, futerko, a czapki już nie szkoda było psuć fryzurę. Sklep był dosłownie w sąsiednim bloku, więc nie zdąży zmarznąć. Na zewnątrz lekki mróz i drobny śnieg prawdziwa noworoczna atmosfera.

W sklepie było pusto, tylko ci, co w pośpiechu zapomnieli czegoś kupić, jeszcze krążyli. Koper został tylko w zestawie z pietruszką i szczypiorkiem, już trochę zwiędły. Ola chciała zadzwonić do mamy, zapytać, czy taki zestaw może być, czy lepiej już dać sobie spokój, ale zorientowała się, iż nie wzięła telefonu. Po krótkim namyśle wzięła jednak zieleninę, wybrała z resztki majonez, zapłaciła przy kasie i wyszła na zewnątrz.

Nie zdążyła choćby odejść od sklepu, kiedy zza zakrętu wypadł samochód i jej mignęły w oczy reflektory. Ola odruchowo uskoczyła na bok. Obcas kozaków poślizgnął się na nierównej łasce lodu ukrytego pod śniegiem. Kostka się wygięła, a Ola runęła na chodnik. Torebka poleciała na bok.

Usiłowała wstać, ale z kostki przeszył ją taki ból, iż łzy same napłynęły do oczu. Dookoła nikogo, telefonu brak. Co robić? Nie zauważyła nawet, jak za nią cicho kliknęły drzwi samochodu.

Nic pani nie jest? Nad nią pochylił się młody mężczyzna. Da pani radę wstać? Pomogę wyciągnął do niej rękę.

Chyba złamałam nogę przez pana. Jeździcie tutaj, ulicę zamieniliście w lodowisko wysyczała przez łzy, ignorując jego pomoc.

Sama jesteś sobie winna. Po co chodzić na obcasach po nocy?

Daj pan spokój odburknęła Ola, pociągając nosem.

Chcesz tu siedzieć do rana? Dobra, nie jestem mordercą pięknych dziewczyn. Gdzie mieszkasz?

Tam. Ola machnęła w stronę bloków.

Mężczyzna nagle gdzieś odszedł. Po chwili Ola jednak usłyszała silnik. Auto cofnęło i stanęło tuż obok niej.

Podniosę cię, nie następuj na tę nogę. Raz, dwa, trzy i zanim zdążyła zaprotestować, już trzymał ją i ostrożnie postawił na nogi. Druga poszła w górę.

Dasz radę stać? zapytał, podtrzymując ją jedną ręką i otwierając drzwi samochodu drugą. Złap się mnie i wsiadaj.

Torebka moja! krzyknęła Ola, siadając na siedzeniu.

Mężczyzna odwrócił się, zebrał jej torbę z ziemi i wrzucił na tylne siedzenie.

Przed blokiem pomógł Oli wysiąść, zaraz potem wziął ją na ręce. Jednym kopnięciem zamknął drzwi.

Pod klatką się zatrzymał.

Klucze w torbie? Ktoś jest w domu?

Mama.

To wpisz kod i zadzwoń do mamy, niech otworzy.

W windzie jechać się nie dało, bo jej blok był stary. Musiał nieść Olę po schodach na trzecie piętro. Dziewczyna objęła go za szyję. Słyszała, jak ciężko oddychał. W świetle słabych żarówek widziała strużki potu na jego skroniach. Dobrze ci tak, nie będziesz szarżował przed sklepem pomyślała z satysfakcją.

Dziękuję, dalej dam radę sama poprosiła, gdy doszli pod drzwi mieszkania.

Nic nie powiedział, tylko głośno oddychał ze zmęczenia. Drzwi nagle otworzyły się na oścież i mama stanęła w progu.

Ola? Co się dzieje?

Mężczyzna ruszył jak taran w głąb mieszkania. Mamie nie zostało nic innego, jak usunąć się z przejścia. Ostrożnie postawił Olę na podłodze i odetchnął głęboko.

Przynieście krzesło powiedział do przestraszonej mamy, która tuliła się do wieszaka.

Mama przyniosła krzesło z kuchni, Ola z ulgą usiadła, wyciągając chorą nogę. Mężczyzna ukląkł przed nią.

Ale o co chodzi? oburzyła się mama.

On jakby jej nie słyszał. Jedną ręką przytrzymał nogę córki, drugą szybkim ruchem rozpiął zamek kozaka. Ola krzyknęła głośno.

Co pan robi? To boli!

Co pan wyprawia? Przecież ją boli! zawołały jednocześnie Ola i mama, przerażone, widząc jak kostka spuchła i przybrała purpurowy kolor, widoczny choćby przez rajstopy.

Wezwę pogotowie powiedziała mama.

To tylko skręcenie. Jestem lekarzem. Proszę przynieść lód, szybciutko rozkazał mężczyzna.

Mama bez słowa poleciała do kuchni, za chwilę przyniosła zamrożonego kurczaka w reklamówce.

Proszę przyłożyć do kostki powiedział, wstając i zerkając na drzwi wejściowe.

Pan wychodzi? zapytała cicho Ola.

Zejdę do samochodu po bandaż elastyczny. Przy okazji przyniosę twoją torebkę powiedział i zniknął za drzwiami.

Zostawiłaś mu torebkę w samochodzie? Ola, kto to w ogóle jest? zapytała mama, przykładając kurczaka Oli do kostki.

Dziewczyna syknęła z bólu, wciągnęła głośno powietrze.

Wyskoczył zza rogu autem, potknęłam się, przewróciłam. Przyniósł mnie na rękach do domu. Nic więcej o nim nie wiem.

A może to oszust? Zaraz odejdzie z twoją torebką, a tam masz kartę, pieniądze, klucze. Może lepiej zadzwonić na policję, zanim zdąży odejść? szepnęła mama.

Daj spokój, mamo. Gdyby chciał mnie okraść, zostawiłby mnie tam przy sklepie. Przyniósł mnie na rękach do domu.

No nie wiem… zawahała się mama.

W tym momencie zadzwonił domofon.

To on. Mamo, otwórz poprosiła Ola.

Mężczyzna wszedł, popatrzył uważnie na Olę i jej mamę, postawił torbę na komodzie.

Może pani sprawdzić, czy wszystko jest powiedział, zdjął kurtkę i ukląkł na niej jednym kolanem.

Będzie boleć. Trzeba nastawić skręcenie. Złap się za oparcie krzesła, tak będzie łatwiej.

Objął stopę dłonią i lekko ją wygiął. Ola jęknęła, zagryzając wargi.

Coś się pani przypala powiedział, spoglądając na mamę.

Ta pobiegła do kuchni.

Chwilę później ból przeszył Olę aż po same plecy, w oczach jej pociemniało.

Już będzie lepiej powiedział cicho mężczyzna.

Mama wbiegła do przedpokoju i zamarła, patrząc na płaczącą córkę.

Nic się nie przypala… zaczęła, ale mężczyzna wszedł jej w słowo.

Już po wszystkim. Parę dni po boli, nie przeciążać tej nogi. Ostrożnie opuścił stopę na podłogę, podniósł się i założył kurtkę.

Dziękujemy panu. Przepraszam, cośmy o panu myślały… powiedziała mama. Może zostanie pan na kolację? Zaraz północ, nie zdąży pan do domu. Wszystko już jest gotowe dodała pośpiesznie.

Mężczyzna chwilę się namyślał.

jeżeli nie sprawię kłopotu, to chętnie.

Ależ proszę bardzo. Ktoś musi otworzyć szampana roześmiała się mama.

Mamo! Ola spojrzała z wyrzutem.

Co? Wyjmę mięso z piekarnika, a pan zaprowadzi Olę do pokoju powiedziała mama.

Podpierając się na jego ramieniu, Ola podskoczyła na jednej nodze do kanapy. Kilka razy ostrożnie spróbowała oprzeć się na stopie. Bolało, ale to było do zniesienia. A jednak przyjemnie było czuć jego dłoń na swojej talii.

Dziękuję powiedziała, siadając na kanapie i wyciągając nogę.

Nie ma za co. To po części moja wina uśmiechnął się.

Nic nie twoja. Sama uciekłam z drogi. Jak masz na imię?

Wojtek. Może przejdziemy na ty?

Jasne. A ty naprawdę jesteś lekarzem?

Tak. Chirurg. Wpadłem do sklepu po parę rzeczy… odpowiedział siadając na kanapie obok niej.

Żona pewnie się o ciebie martwi.

Odeszła pół roku temu. Miała dosyć, iż ciągle nie ma mnie w domu. choćby w święta i w weekendy wzywają do szpitala. Wzięła córkę i przeprowadziła się do swojej mamy.

Pewnie strasznie wyglądam westchnęła nieśmiało Ola.

Moim zdaniem przeciwnie.

Tak właśnie w trójkę powitali Nowy Rok. Jak Sylwestra zaczniesz, tak cały rok będzie wyglądać.

Gdy Wojtek już wyszedł, położyłem się spać z mamą. Ola długo nie mogła zasnąć. Miała wrażenie, iż przez cały czas czuje jego dłoń na talii. Rozmyślała o tym, jak ją niósł. choćby teraz jego dotyk nie dawał jej spokoju. Czy można zapomnieć coś podobnego?

Rano mogła już trochę mocniej nacisnąć na stopę. Kostka spuchła jeszcze bardziej, bandaż mocno uciskał, ale dało się chodzić.

Nie kryła radości, gdy Wojtek znowu się pojawił. Zsunął bandaż, obejrzał nogę, znów ją zabandażował.

Wszystko dobrze. Dasz radę chodzić?

Wczoraj przeszliśmy na ty. Dam radę odpowiedziała Ola.

Herbaty? spytała mama.

Innym razem. Muszę już jechać do pracy.

Przyjedziesz jeszcze? spytała gwałtownie Ola.

Uśmiechnął się.

Po dwóch miesiącach Ola się do niego przeprowadziła.

On choćby nie jest rozwiedziony. jeżeli żona wróci? kręciła głową mama, gdy Ola pakowała walizkę.

Nie wróci. Wojtek powiedział, iż już kogoś ma.

Nie wiem, pośpieszysz się z tym wszystkim.

To był szczęśliwy rok. Ola była zazdrosna, kiedy jechał do córki. Spotykał się z żoną, oglądała jej zdjęcia piękna kobieta.

Z czasem Ola zaczęła rozumieć jego żonę. Wojtka wzywali do szpitala choćby w weekendy i święta, czasem na nocne dyżury. Tam przecież młode pielęgniarki… Trudno było nie zakochać się w Wojtku, ale kiedy był obok, Ola promieniała ze szczęścia.

Minął rok. Mimo wszystko, był to dobry czas. Wojtek wciąż oficjalnie nie był rozwiedziony. To jedyne, co martwiło Olę. Mama też ciągle ją namawiała porozmawiaj z nim, wyjaśnij. Ale Ola się nie spieszyła.

W sylwestra krzątała się w kuchni. W pokoju świeciła kolorowa choinka, na łóżku w sypialni leżała nowa sukienka. Ola zajrzała do piekarnika, gdy zadzwonił telefon. Wchodząc do pokoju zobaczyła Wojtka rozmawiającego przez telefon przy oknie.

Dobrze, zaraz będę powiedział i odwrócił się do niej.

Znowu do szpitala? zapytała ze smutkiem.

Nie, żona dzwoniła. Córka płacze, nie chce zasnąć beze mnie. gwałtownie pojadę i wrócę.

Wojtek, do Nowego Roku zostały niecałe trzy godziny głos jej zadrżał.

Zdążę, nie martw się. Położę małą spać i wrócę. Przy okazji dam jej prezent. Zaraz będę pocałował ją w policzek i wyszedł.

Ola starała się opanować zazdrość i nie denerwować. Przygotowała stół, założyła nową sukienkę. Wskazówki zegara nieubłaganie zbliżały się do północy, a Wojtka dalej nie było. Nie dzwoniła, może prowadził. Wysłała SMS, ale nie dostała odpowiedzi.

W końcu, zmęczona czekaniem i niepewnością, Ola spojrzała na stół, zdmuchnęła świece. Dziś dopiero zrozumiała jego żonę. Może mama miała rację? Może żona wróci, a ona zostanie sama? Kochała Wojtka, a jednak…

Nie mogła już wytrzymać czekania i nasłuchiwania czy ktoś nie idzie na klatce. Przypomniała sobie o starszej sąsiadce z pierwszego piętra. Zawsze była sama. Wojtek mówił, iż nigdy nie wyszła za mąż, nie miała dzieci. Ola też była dziś sama, a Sylwestra nie powinna spędzać w samotności. Przyniosła dwa pojemniki z kuchni do jednego nałożyła sałatkę, do drugiego kawałek ciasta i zeszła na dół.

Starsza pani długo nie otwierała. Ola zaczęła nieporadnie tłumaczyć, po co przyszła. W końcu usłyszała przekręcanie zamka. Staruszka spojrzała na nią niepewnie.

Przyniosłam pani sałatkę i ciasto domowe. Nie ma pani nic przeciwko, iż panię poczęstuję?

Wejdź powiedziała staruszka.

Miała drobną posturę, była zgarbiona. Ale w mieszkaniu było czysto i przytulnie. Nie było ani choinki, ani świątecznego stołu, tylko cicho grał telewizor.

Proszę, tu sałatka i ciasto postawiła Ola pojemniki na stole.

Dziękuję. Usiądź, zaraz nastawię czajnik powiedziała staruszka i powoli poszła do kuchni.

Ty z Wojtkiem Zawadzkim mieszkasz? zapytała przy herbacie.

Tak.

Staruszka kiwnęła głową, jakby aprobowała odpowiedź.

Jego żona nikogo nie zauważała, nie mówiła choćby dzień dobry, tylko sobą się przejmowała. Ty jesteś inna. Znowu do szpitala go wezwali?

Pojechał do córki.

Znowu kiwnęła głową.

Wróci, nie martw się. Wojtek to porządny facet.

A pani jest sama?

Całe życie sama. Dziecka nie urodziłam, ale co już o tym mówić. Też miałam miłość, ale przyjaciółka mi odebrała.

Jak to?

Po liceum poszłam do medyka, wyjechałam do miasta, a mój Franek został na wsi. 31 grudnia po zajęciach wracałam do niego, chciałam Nowy Rok spędzić razem. Po drodze autobus się zepsuł, koło zeszło, już się ściemniało. Komórek wtedy nie było. Kierowca poszedł do najbliższej wsi po pomoc. Czekaliśmy w autobusie, a Nowy Rok się zbliżał.

Postanowiłam wrócić pieszo. Padał śnieg, potem zerwał się wiatr, śnieżyca. Ale szłam, miłość mnie niosła. Myślałam, iż autobus mnie dogoni. Nowy Rok przywitałam na drodze.

Gdy doszłam do domu, miałam odmrożoną twarz i ręce. Cztery dni z gorączką przeleżałam. Gdy doszłam do siebie, przyjaciółka powiedziała, iż Franek jest z nią, iż jest z nim w ciąży.

Chciał rozmawiać, ale nie wybaczyłam. Byłam młoda, dumna. Wyjechałam, nigdy go już nie widziałam. Ale nie umiałam zapomnieć. Po latach dowiedziałam się, iż okłamała mnie nie była w ciąży. A Franek się stoczył, zamarzł zimą przed swoim domem. Dobry był chłopak powiedziała cicho.

Nie wyszłam za mąż, bo tylko jego kochałam. Powinnam była wtedy z nim porozmawiać, wybaczyć. Życie inaczej by się ułożyło. Otarła łzę.

Widziałam was przez okno. Wojtek nigdy nie wyglądał przy niej na tak szczęśliwego, jak z tobą. jeżeli kochasz, wybacz mu, nie zazdrość. Wyjedźcie gdzieś. Nie pozwól, by ona was rozdzieliła. Nie popełniaj moich błędów. Idź, jak serce podpowiada.

Ola wróciła do mieszkania, schowała jedzenie do lodówki. Wojtek wrócił dopiero następnego dnia.

Przepraszam. Nie wiem, jak to się stało. Chyba coś dodała mi do herbaty. Obudziłem się dopiero teraz z potwornym bólem głowy.

Dlaczego nie chcesz się rozwieść? przez cały czas ją kochasz?

Oczywiście, iż nie. Gdybyś ją znała… Kocham tylko córkę. Ola, wiem, iż czekałaś, może sobie różne rzeczy wyobrażałaś. Nic między nami nie ma, wierz mi.

Ola podeszła, przytuliła się do niego i zajrzała mu w oczy.

Wyjedźmy. Gdziekolwiek. Szpitale są wszędzie, a ty jesteś świetnym chirurgiem…

Nie mam dziś siły o tym rozmawiać. Głowa mi pęka. Porozmawiamy później, dobrze? Kocham cię.

Zasnął. Ola patrzyła na niego i przypominała sobie słowa staruszki.

Córka pozostało mała, dzieci gwałtownie zapominają. Nie mieszkają razem już pół roku. To żona to wszystko wymyśliła. Może tylko chce, żebym się wycofała. Myli się. Będę walczyć. Jak się obudzi, na pewno porozmawiamy.

Ola zgasiła lampki na choince i położyła się obok Wojtka, wtulając się w niego.

Kocham. To słowo nie wyraża wszystkiego. Kocham cię. Kocham Ciebie. Można powiedzieć na wiele sposobów. Ale ja naprawdę cię kocham.

*Kiedy kochasz, wybaczyć potrafisz wszystko Oprócz jednego: gdy przestają cię kochać.*Następnego ranka, gdy w kuchni zaparzała kawę, usłyszała cichy śmiech Wojtka. Stał w drzwiach, z potarganymi włosami, jeszcze nie do końca przytomny, ale z uśmiechem, jakiego nie widziała od dawna.

O czym tak rozmyślasz? zapytał, podchodząc bliżej.

Ola wzruszyła ramionami. O tym, iż świat jest pełen przypadków. Że zima robi z ludzi szaleńców i iż czasem trzeba rzucić wszystko i po prostu iść za sercem.

Wojtek przytulił ją mocno, zagarnął w ramiona jak wtedy, gdy pierwszy raz zaniósł ją po schodach. Pachniał kawą i ciepłem. Może razem zwariujemy, chociaż raz w życiu powiedział, patrząc jej w oczy.

Ola skinęła głową i uśmiechnęła się przez łzy. Pojedźmy gdzieś, wyjedźmy na śnieg, na koniec świata, chociaż na chwilę. Bez przeszłości i bez czekania. Tam, gdzie nic nas nie znajdzie.

Przytaknął. Dziś. Teraz. Z tobą wszystko ma sens.

Później, pakując od niechcenia kilka rzeczy do torby, Ola spojrzała ostatni raz na stół, przy którym samotność mieszała się z nadzieją. Wiedziała już, iż to ona wybiera swój początek nie kalendarz, nie Nowy Rok, nie czyjeś decyzje.

Wyszli razem na dwór, wciąż padał lekki, cichy śnieg, taki jak wtedy, tamtej nocy przed sklepem. Zostawiali po sobie ślady, dwa równoległe ślady, które prowadziły przed siebie i zapowiadały coś lepszego niż wszystko, co było do tej pory.

Ola odwróciła się na moment pod oknem starszej pani zobaczyła zapaloną lampkę. Uśmiechnęła się i pomachała.

To była dobra wróżba. A może po prostu początek. Bo największe szczęście zaczyna się wtedy, kiedy człowiek przestaje się bać i pozwala komuś naprawdę wejść do swojego życia.

Za rogiem miasta, pod śnieżną kołdrą, Nowy Rok dopiero się budził a Ola, pewna już swoich uczuć i swojej decyzji, odważyła się zrobić ten pierwszy krok. Była gotowa. I chociaż nie wiedziała, dokąd zmierza ich droga wiedziała, iż chce przejść ją właśnie z nim.

Idź do oryginalnego materiału