Życie płynęło zwykłym rytmem: hodować syna, wznosić dom, trwać przy ukochanym mężu. Bogna same wybrała Michała spośród wszystkich chłopców tylko on trafił jej w serce. Gdy Michał wrócił z wojska, zaręczyli się. niedługo w małżeństwie pojawił się ich syn Stanisław. Gdy chłopiec podrośnięł, Bogna zaczęła marzyć o córce.
Michał, skończmy budowę domku i przywitajmy dziewczynkę. Będziemy mieć dom prawdziwą rodzinną idyllę mawiała nieustannie.
Michał jedynie się uśmiechał i przytakiwał. Był gotów zostać ojcem po raz drugi, choćby jutro. Często, z synem na ramionach, dumnie przechadzał się wsią, witając każdego przechodnia.
Aż pewnej zimy śnieg zasypał drogi i zawiał wiatr. Bogna przyglądała się przez okno, wyczekując powrotu męża. Michał nie przybył. W pracy doszło do tragicznego wypadku zginął.
Czas leczy, powtarzali sąsiedzi i znajomi. Nie jesteś sama. Płacz, a potem lata przeminą i znajdziesz kogoś nowego.
Bogna słuchała ich w milczeniu; łzy już nie płynęły, a to było jeszcze gorsze. Minął rok. Niepokoje dziewiętnastej dekady trzymały choćby najtrwalsze rodziny w szachu. W wiosce pensje nie płacono miesiącami. Dobrze było tym, co mieli własny dwór i nie lękali się ciężkiej pracy.
Ciężar czasu przygniotł Bognę. Syn poszedł do szkoły trzeba go ubrać, obuwić, nakarmić. To oznaczało: zasadzić w pełni ogródek, by jesienią było co sprzedać na targu.
Bogna pracowała w ogródku do późna. Jej dłonie stały się szorstkie, uśmiech zniknął, a dusza zdawała się twardnieć.
Weź wiadro, szkaradniku! wrzeszczała na Szymka, gdy ten próbował uciec do przyjaciół. Zrobisz zadanie?
Szymek po cichu podnosił wiadro, wspominając, jak kiedyś z tatą wszystko było w porządku, a mama radosna i dobra.
Nocą Bogna płakała, karcąc się za krzywdzenie syna. Rankiem znów stawała się ponura i surowa.
W sobotę do domu przybyły przyjaciółki Falka i Ludmiła. Kiedyś nie miała przyjaciółek, bo towarzyszył jej Michał, wypełniając wszystkie potrzeby rozmowy. Teraz odwiedzały ją rozstane koleżanki, udające na herbatę, choć nie o herbacie tu chodziło.
Poranek rozpoczął się, jak zawsze. Bogna wstała, nie zaglądając w lustro; wiedziała, iż twarz wygląda pomarszczona. Nakarmiła prosiaka, nasypała ziarno kurczakom, napełniła miskę brudnym naczyniem, a Szymkowi kazała się umyć i biec do szkoły.
Wieczorem Bogna nie spodziewała się gości, ale wiedziała, iż jeden z stałych może wpaść. Do takich obietnic podchodziła obojętnie: przyjedzie dobrze, nie przyjedzie zaproszenie nie powtórzy się. Mężczyźni zwykle rozumieli to od razu: zobaczyli syna, rzucili kilka słów i odjechali, mówiąc kobieta z wózkiem.
Zobacz, Bogno, tak wszystkich facetów rozniesiesz, śmiała się Falka. Trudno ci zadowolić. A może twoje łóżko jest winne? Kup nową kanapę?
Zaraz iść kupić kanapę, westchnęła Bogna. Za jakie pieniądze? A jeżeli szkoda, weź sobie.
Dobrze, nie gniewaj się. Lepiej nakryj stół, przyjmij gościa.
Falka czasem drażniła Bognę, ale i tak cicho układała na stole solone ogórki. Spojrzawszy na zdjęcie ze ślubu, westchnęła ciężko:
Przepraszam, Michu. Bez ciebie ciężko.
Wszyscy są tacy sami, jakby czytając myśli, odparła Falka. No, Bogno, za nas! Jesteśmy najlepsze!
Następnego ranka Bogna, wzdychając, posprzątała resztki przyjęcia i ruszyła do pracy.
Zjawiała się NINA EGOROWNA, ciotka poległego męża.
Co ty, Bogno, robisz? Po Michała nie poznaję cię, rzekła. A te twoje przyjaciółki tylko przeszkadzają.
Co to, Nino Egorowo, chcesz mi moralizować? Myślicie, iż jestem jakąś nieudaczną? Mam dom, prowadzę gospodarstwo, syn chodzi do szkoły, sprawdzam lekcje Bogna nagle zamilkła, przypominając sobie, iż od tygodnia nie zaglądała do zeszytów i dziennika Szymka. A dopiero co spotkała wychowawcę, który zaprosił ją do szkoły na rozmowę.
Bogna nie wiedziała, co odpowiedzieć, więc po prostu zaczęła układać brudne naczynia w zlewie.
Byłaś kiedyś inna, kontynuowała Nina. Piękna, pracowita, dobra Porzuć te głupie imprezowiska.
Nie imprezuję, odparła Bogna. Po prostu od czasu do czasu spotykam się z przyjaciółmi, żeby oderwać się od wszystkiego. Czy nie mam prawa trochę odpocząć po pracy?
Oczywiście, iż masz, skinęła Nina, wzdychając.
Więc nie czytaj mi już moralek. I w ogóle nie wtykaj nosa, kochana ciociu, w moje sprawy. Drzwi są otwarte, odrzekła Bogna, odwracając się ku kuchennemu stołowi.
Nina, mocniej zawiązując szalik, wyszła cicho z pokoju.
Bogna westchnęła i zmarszczyła brwi, jakby bolało ją coś niewidzialnego. Wyszła na ganek i dogoniła ciotkę.
Nino Egorowo, poczekajcie, dam wam marchew, mam jej w tym roku mnóstwo.
Nie potrzeba, dziecko, machnęła ręką Nina, schodząc z ganku.
Proszę, naprawdę chcę, nalegała Bogna.
Nina znała życie na wylot. Jej doświadczenie wyczuwało cudzy ból. Zrozumiała, iż to ciche przeprosiny Bogny. Choć nie wypowiedziała słowa, jej oczy i głos błagały o wybaczenie. Zatrzymała się.
Mam worek w ręku, podała Bogna, hojnie wsypując marchew. Dostaniesz to, czy pomożesz?
Dostanę, Bogno, odpowiedziała Nina, dziękując, i ruszyła w drogę. Jej serce ściskało troska o duszę Bogny.
Wieczorem w piątek Bogna zebrała cebulę i marchew, by nieść je na targ.
Choćby grosik był, bo własnych pieniędzy, jak własnych uszu, nie widzę pomyślała, pakując rzeczy.
Dokąd to idziesz z takimi torbami? zapytała interesująca sąsiadka Zofia, wpatrując się w torbę.
Na targ, warzywa niosę, odparła Bogna.
Ledwie dźwignęła ciężkie torby do przystanku autobusowego. Stał już tam dziadek Maciej i babcia Grażyna, również wyruszający do miasta. Autobus jednak nie przyjeżdżał.
Co to za plaga? Znowu się zepsuł, westchnęła babcia.
Dziadek wściekle przeklinał autobus i cały park komunikacyjny. Kiedy zrozumiał, iż nie przyjedzie, para postanowiła wrócić do domu, szukając innego transportu.
Bogna została w przystanku. Nie chciała dźwigać ciężkich torb z powrotem, więc postanowiła złapać podwyżkę.
Najpierw przejechał Polski Fiat 126p, potem UAZ, ale miejsca były zajęte. W końcu pojawiły się stare Syreny. Bogna zmrużyła oczy, szukając wolnych miejsc, ale kierowca zatrzymał auto, zanim podniosła rękę.
Mężczyzna, nieco starszy od Bogny, nieznany jej, wyglądał na mieszkańca centrum miasta. Spojrzał na torby.
Autobus dziś nie ma, zepsuł się. Jadę do miasta, mogę podwieźć.
jeżeli tak, to podwieź, westchnęła Bogna.
Umowa stoi, uśmiechnął się mężczyzna. Wyszedł z samochodu, a choć był szczupły i niski, podniósł ciężką torbę jakby była piórkiem.
Może podwieźesz mnie aż na targ? zapytała Bogna.
Może i podwieżę.
Zapłacę, dodała.
W trakcie jazdy Bogna wyjąła małe lusterko i pomalowała wargi. Tylnie siedzenie pozwalało jej obserwować kierowcę.
Nazywam się Bogna, przerwała ciszę.
A ja Jerzy Fedoryk.
O, młody i już po imieniu? Szef, czy co?
No tak, dyrektor zakładów i właściciel parowców, zażartował Jerzy. W rzeczywistości brygadzista na budowie.
Jerzy dowiózł ją na targ i pomógł nieść torby. Za przejazd wziął tylko połowę pieniędzy.
Resztę oddasz wieczorem. Ja tą samą drogą wrócę, rzekł.
Co za hojność, uśmiechnęła się Bogna. Mam szczęście.
Wieczorem Jerzy podwiózł ją do domu.
Wejdź, wypij choć herbaty, Jerzy Fedoryku.
Bez przydomka, proszę. Po prostu Jerzy, odparł z żartem.
Bogna gwałtownie zaczęła nakrywać stół. Do kuchni wpadł Senek.
Nie wstawaj tu! Idź do pokoju. Zrobiłeś lekcje?
Prawie, mruknął chłopiec.
Dokończ! rozkazała surowo.
Jerzy, siedząc na krześle przy kominku, poprzestawiał nogi i uśmiechnął się do chłopca:
No, poznajmy się. Nazywam się Jerzy Fedoryk, a ty?
Szymek, odpowiedział chłopiec.
Prawdziwe imię Stanisław?
Tak, skinął Senek.
Jak tam lekcje? Ciężko?
Matematyka to koszmar, nie ogarniam, przyznał.
No to zobaczymy. Jerzy gestem wezwał Szymka, by pokazał zeszyt.
Po pół godzinie chłopiec, zadowolony z pomocy, poszedł spać.
Posprzątaj to, poprosił spokojnie Jerzy, wskazując na stół. Ja tylko herbaty napiję się.
Skoro jesteś przy stercie, to herbata, zgodziła się Bogna.
choćby gdyby nie przy stercie i tak herbata. Do tego kompot, kisiel, miód i woda wszystko.
Bogna spojrzała podejrzliwie na gościa, ale po cichu nalała gorącą wodę, dodała herbatek i położyła obok talerz ziemniaków.
Czas już dla mnie, powiedział Jerzy, wstając. Na moment się zatrzymał, potem dodał: Bardzo mi się spodobałaś, Bogno Sercowa. Czy mogę przyjechać w piątek?
Bogna lekko się uśmiechnęła, bo taki zwrot zdarzał się w jej snach.
Wpadnij.
Nie jestem żonaty, odparł, choć Bogna nie pytała.
Zapomnisz po tygodniu pomyślała, nie licząc na kontynuację.
Jednak po pracy, gdy odwiedziły ją Ludmiła i Falka, Bogna pożegnała je wcześniej. W głowie krążyło: A może naprawdę przyjedzie?
Nie, Bogno, to niesprawiedliwe, oburzyła się Falka. Chodźmy do klubu!
Miałam coś, by iść do klubu?
Do czego miałam? Idziemy na film!
Nie, dziewczyny, idźcie same. Muszę sprzątać.
Bogna nie zdążyła posprzątać. Jerzy przyjechał szybciej niż się spodziewała. Weszło na podwórze, a Bogna wprowadziła go do domu. Na stole wciąż leżały ślady wieczornego przyjęcia, ale gość udawał, iż nic nie zauważył.
Teraz podgrzeję, bo zupa się ochłodziła, wytłumaczyła Bogna.
Jerzy trochę porozmawiał z Szymkiem, pomógł w matematyce, wyjaśnił, co to konna moc w samochodzie. Gdy chłopiec poszedł spać, Bogna poczuła się lżej, chciała żartować.
Jerzy wstał, podszedł, położył ręce na jej ramionach i zmusiWtedy sen rozmył się, pozostawiając w sercu Bogny echo ciepła i nieuchronny wschód nowego dnia.













