Odstąpiłem od ślubu Archip do późna przesiadywał w laboratorium, nieustannie przelewając tajemnicze płyny z probówki do probówki i badając sypkie proszki. Wierzył, iż jego mozolna praca niedługo przyniesie owoce, a on wreszcie będzie mógł pokazać światu swoje odkrycie – pozyskanie wyjątkowej substancji z korzeni rzadkiej rośliny. Zapał, z jakim czterdziestoletni naukowiec oddawał się eksperymentom, sprawiał, iż nie zauważał zainteresowanych spojrzeń młodej sprzątaczki Zosi, niedawno zatrudnionej w instytucie. Archip – zapatrzony w marzenia o wielkim sukcesie – był kompletnie głuchy na to, jak Zosia godzinami przesiaduje w jego gabinecie, opierając się o mop i śledząc go z uwagą. Opowiadanie “Mamusiu!” / Dziennik Polski Pewnego wieczoru dziewczyna zebrała się na odwagę: — Panie Archipie, pan ciągle tylko siedzi i siedzi całą godzinę w jednym miejscu. Może herbaty napijemy się razem? Przypadkiem przyniosłam czajnik elektryczny. A i domowe swojskie kiełbaski mam. Kiedy Archip usłyszał o kiełbaskach, odłożył papiery i wstał od stołu. — Herbatka zawsze w cenie. Z kiełbaskami, mówisz? Głupio byłoby odmawiać takiego poczęstunku. Uradowana Zosia wydobyła ze swojego plecaka czajnik i plastikowy pojemnik, w którym kryły się smakowite smakołyki. — To mama z wioski przywiozła mi wczoraj domową mielonkę, więc narobiłam na gwałtownie kiełbasek z boczkiem i zapiekłam, opowiadała ze śmiechem Zosia, stawiając pudełko na biurku. — Ciekawe… — mruknął Archip, wyciągnął z kieszeni fartucha okulary i znów je nałożył. Gdy woda grzała się w czajniku, naukowiec bacznie oglądał pojemnik. — Proszę powiedzieć, od której godziny ten pojemnik z jedzeniem leżał w pani plecaku? Zosia niepewnie wzruszyła ramionami: — Od rana… a co? — Hm. A wieczko było tak szczelnie zamknięte jak teraz? — No… tak — speszyła się dziewczyna. — Myśli pan, iż się już popsuło? Nie powinno, w szatni było chłodno, grzejniki przez cały czas wyłączone. Archip bił się z myślami: — W takim razie… chyba napijemy się tylko herbaty. Kiełbaski proszę zabrać do domu. Zosia — poświęciwszy wieczór na pieczenie — była wściekła. Ostentacyjnie zabrała pojemnik. Archip dostrzegł determinację w jej oczach. — Ale nie otwieraj! — krzyknął, odskakując z chusteczką przy nosie. Zosia pociągnęła nosem i wzruszyła ramionami. — To dobrze pachnie, serio. Ehh, wy mieszczuchy, dużo sobie wyobrażacie. Nie chcecie spróbować — zjem sama! Postawiła pojemnik na stole i zaczęła nalewać herbatę. Archip podszedł, popijając gorący napój, ukradkiem zerkał na dziewczynę, która ze smakiem pałaszowała kiełbasę. — Wołowina? — zapytał. — Uhm, — potwierdziła Zosia, nie odrywając się od jedzenia. — Wygląda apetycznie. I naprawdę dobrze pachnie. Archip nie mógł już dłużej wytrzymać. Jego organizm nie uznawał już wymówek… Westchnął, ale ręka sama sięgnęła po przekąskę. Skórka kiełbaski pękła pod zębami. — Mmm, rewelacja. Kto robił? — Przecież mówię, ja! — zarumieniła się Zosia. Archip jadł z zamkniętymi oczami, rozkoszując się smakiem. — Brak mi słów… Zosia ucieszona otarła najpierw usta, a potem łzy. — Wiedziałam! Mówię przecież, iż się nie popsuło i robię takie rzeczy od dzieciństwa! *** Za sycącą kolację Archip obiecał odprowadzić Zosię na przystanek. Zaczęli rozmawiać; Zosia okazała się mieć tylko dwadzieścia trzy lata. Młodziutka jak córka. Na przystanku spędzili dziesięć minut, autobus nie pojawiał się. — Może jutro przyniosę domowe ciasteczka? Które pan lubi: marchewkowe czy z twarogiem? — Kocham każde. — Więc upiekę oba rodzaje! Archip nie mógł doczekać się jutra. choćby zapomniał o pracy i obliczeniach. A śnił mu się wstydliwy sen: Zosia zdejmowała z ramienia słodką bluzkę… Obudził się z wypiekami. — Czterdziestka na karku, a takie rzeczy w głowie, niepojęte… Część 2 Przed spotkaniem z przyszłą rodziną Archip był niespokojny. W taksówce nerwowo wygładzał przerzedzone włosy na czubku głowy. Wczoraj Zosia — głowę Archipa opartą na swoim kolanie — wyskubała pęsetą wszystkie siwe włosy. Ogolił się starannie, włożył garnitur, zawiązał krawat, psikał się perfumami. Zosia przytuliła się policzkiem do jego twarzy, jak kotka. — Spodobasz im się, — pocieszała. — Mama jest wyrozumiała, a ojczym? Dusza człowiek, zgadza się na wszystko. — Ile lat ma twoja mama? — Czterdzieści pięć. — A ja już czterdziestka! Myślisz, iż się zgodzi? — No coś ty, mam kłamać, iż czekamy dziecka? — Tak nie zaczynajmy! — przeraził się Archip. Wreszcie dotarli. Archip ledwo wysiadł, wiatr porwał mu czapkę, a śnieg zamiótł pod nogi. W tak wielkich zaspach nie widział w życiu. Zosia zapłaciła kierowcy i z walizkami pomaszerowała do domu. Dom ledwie trzymał się “kupy”: krzywy dach z eternitu, komin z garczkiem, drzwi skrzypiały, podłoga uginała się pod nogami. “Matko Boska, jak można tak żyć?” — zdziwił się Archip. Zosia poprosiła, by się rozebrał i pchnęła do pokoju gościnnego. W nim stała kobieta w bawełnianym szlafroku. — Mamo, to Archip, mój narzeczony. Kobieta nie kryła chłodu. — Witam, — rzuciła i prześlizgnęła go wzrokiem od stóp do głów. — Dziecko, żartujesz? Ile ty masz lat? Archip spłoszony: — Przepraszam, przedstawiam się — Archip, pracujemy z Zosią razem… — Ile pan ma lat?! — przerwała matka. — Czterdzieści. — A moja córka dwadzieścia trzy! Przecież to przepaść! — Wiem, jestem starszy, ale kocham państwa Zosię, mam pracę, mieszkanie w Krakowie. choćby domek pod miastem. — Samochodu nie ma! — Bo słabo widzę, ale mogę kupić, nauczę Zosię prowadzić… — Tego jeszcze brakowało! — krzyknęła matka, — zechciał pan zrobić z mojej córki służącą! A pańszczyzna dawno się skończyła! — Ależ proszę pani! — jęknął Archip, — chcę Zosię poślubić! A potem ślub kościelny, dzieci… Będę uczciwy! Zza pieca wynurzył się uśmiechnięty mężczyzna, przystojny, młodszy niż Archip. — Dobry wieczór, słyszałem już o panu, — uśmiechnął się. To ojczym. Archip pomyślał: “No, ten to wygląda jak młody ogier”. — Andrzeju, nie podlizuj się! Nie oddam córki za tego starego przebiegłego! — ryknęła matka. — Mamo! Przestań! — jęknęła Zosia. — Chodzę z nim! — Nie ma mowy! Rodzinna awantura nabierała rozmachu. Archip chciał zniknąć. Cicho rozplótł jej palce z dłoni i próbował uciec. — Zosiu… przepraszam… nie mogę przeciwko twojej matce. — A wolno się nade mną znęcać!? — wybuchła Zosia. — Przecież przynosi pan do domu chłopaka, który mógłby być pańskim synem! A mnie każe się wynosić! — Nie pyskuj matce! — wrzasnął Andrzej. — Zamknij się! — wrzasnęła matka. Ruszyła jatka. Archip, skulony, biegł do drzwi. Przeleciała obok niego taboretka. “Ratuj się kto może!” — powtarzał w myślach, wybiegając na zewnątrz. Biegał po wsi szukając taksówki lub przystanku. Ciśnienie mu rosło. “Po co mi to było? Siedziałbym w ciepłym laboratorium!” — jęknął, sprawdzając komórkę (zasięg zerowy). Zmęczony wrócił pod dom poznając komin z garczkiem. Było cicho, Zosia wyszła ze spakowanymi torbami. — Archipku, jesteś? — zapytała. — Bałam się, iż uciekłeś. — Po prostu… zaczerpnąłem powietrza, — skłamał. — Jak matka nie chce mnie pobłogosławić, to odchodzę, — oświadczyła. Archip milczał, tańczył na śniegu z zimna. Buty przemokły, palce zdrętwiały. Już żałował, iż się w to wdał. Czy naprawdę mu na Zosi zależy? Zwłaszcza z tak ponurą rodziną? *** Matka Zosi pojawiła się na progu w baranicach i walonkach, dumna jak szlachcianka. — Nie szanujesz mnie, droga wolna, — obwieściła. — Teraz — on za ciebie odpowiada. — Wolę z nim być niż z wami, mamo! — odpaliła Zosia. — Tylko zamówcie nam taksówkę. — Jeszcze czego! Teraz sami sobie radzicie. Zosia bezradnie szturchnęła Archipa. — Zrób coś! Zziębnięty Archip mruknął: — Zasięg nie łapie! Może pójdziesz do sąsiadki po telefon? Po raz pierwszy w życiu był tak zagubiony. Osunął się w śnieg, omdlały od emocji i chłodu. — Co się dzieje?! — krzyknęła Zosia. Archip cicho jęknął: — Zawroty głowy… Myślałem, iż tu umrę. Chcę do domu… *** Ocknął się po zastrzyku od pielęgniarki w znajomym, opłakanym wnętrzu. — Proszę leżeć, ma pan kryzys nadciśnieniowy. — N-nigdy się tak nie denerwowałem… Wizja przyszłej teściowej przewijała mu się przed oczami. — Jeszcze chory! — zadrwiła. — Mama, odejdź! — zawołała Zosia. Zosia podała mu herbatę i poiła z łyżeczki. Pielęgniarka już wychodziła. Archip zapytał: — Może zabierze mnie pani stąd? — Gdzie? Ja jestem wiejską pielęgniarką! Zosia wpatrywała się w niego ze łzami. — Ty chcesz wyjechać? Już nie musisz, mama się zgodziła! Archip już nie chciał ślubu. Balił się spojrzeć Zosi w oczy. “Wy się dogadajcie, a ja jeżeli tylko ucieknę stąd żyw, więcej w życiu się nie dam wciągnąć w taką kabałę!” *** Po pracy Archip odwrócił się do laborantki: — Skończyłem. Kończ pani też. Zamykam laboratorium. Laborantka, trzydziestodwuletnia panienka w okularach, zaczerwieniła się. — Upiekłam ciasto. Napijemy się herbaty? — Nie! Tu się pracuje, nie pije herbaty! — Już po godzinach… — Proszę iść do domu! — wypalił. Jej uśmiech zgasł. Zabrała rzeczy i wyszła, rzucając przez ramię: — Wariat. Archip zamknął drzwi i wrócił do domu. Sonia otworzyła mu drzwi: — Dobry wieczór, Archipie Glebowiczu. — Co dziś na kolację? — spytał beznamiętnie. — Gęsty rosół z kaczki i pierogi z ziemniakami. — Super. Zanotuj, ile za produkty do zwrotu. Dodam do pensji. Archip umył ręce i usiadł do stołu. Sonia chodziła wokół niego. — przez cały czas jesteś zły na moją mamę? Przecież już rozmawiałam z nią. Najadła ci ceny, przestraszyła się, iż taki uczony jej się nie trafi! Ot, durnowata kobieta była. A ja cię kocham! Archip mieszał zupę. Coś mu przeszkadzało… — Zraziła cię rodzinna kłótnia? Takie życie, najważniejsze to się pogodzić. Przeginamy czasem, ale kto nie? Archip nagle wstał, objął Zosię za ramiona i grzecznie wyprosił za drzwi, podając jej rzeczy. — Już późno, idź do domu. Jutro nie przychodź, zjem pierogi. Ale na pojutrze czekam. Zamykając za zapłakaną Zosią drzwi, Archip wrócił do kuchni i spokojnie zasiadł do obiadu.

newsempire24.com 2 godzin temu

Rozmyśliłem się z ożenkiem

Arkadiusz często przesiadywał do późna w laboratorium, nieustannie przelewając jakieś ciecze z jednej probówki do drugiej i badając sypkie proszki.

Mocno wierzył, iż jego żmudna praca niedługo zaowocuje, a wtedy wreszcie pokaże światu swój produkt uzyskany z korzeni rzadko spotykanej rośliny.

Zapał, z jakim czterdziestoletni naukowiec pochłaniał się w pracy, sprawił, iż zupełnie nie zauważał zainteresowanych spojrzeń młodej sprzątaczki Zofii, która ledwie od kilku dni pracowała w instytucie.

Arkadiusz, napędzany marzeniem o nagłym odkryciu, nie dostrzegał, jak Zofia, zapominając o swoich obowiązkach, godzinami stała oparta o mopa, wpatrując się w jego plecy.

W końcu jednak pewnego wieczoru dziewczyna zdobyła się na odwagę i odezwała się:

Panie Arkadiuszu, siedzi pan tu od rana na jednym miejscu bez wytchnienia.

Może wypilibyśmy herbatę? Przypadkiem zabrałam z domu czajnik elektryczny. I mam domowe kiełbaski.

Słysząc o kiełbaskach, Arkadiusz oderwał się od zajęcia i wstał od stołu.

Herbatka, czemu nie. Z kiełbaskami? Grzechem by było odmówić.

Ucieszona Zofia z drżącymi rękami wyjęła z plecaka najpierw czajnik, potem plastikowy pojemnik z pysznym jedzeniem.

Mama wczoraj przywiozła z wioski swojski farsz, więc nafaszerowałam kiełbaski słoniną i upiekłam.

Dziewczyna postawiła pojemnik na stole i rozpromieniła się.

A proszę, a od kiedy pojemnik z jedzeniem był w twoim plecaku? zapytał Arkadiusz, zakładając okulary, które chwilę wcześniej wyjął z kieszeni fartucha.

Zofia z lekkim zmieszaniem wzruszyła ramionami:

Od rana chyba, a co?

A czy wieczko było dobrze zamknięte, tak jak teraz?

No chyba tak. wystraszyła się dziewczyna. Myśli pan, iż się zepsuło? W szatni było chłodno, grzejniki przecież jeszcze nie działają.

Arkadiusz walczył z własnym niepokojem.

No dobrze, to tylko wypijmy herbatę. Samą herbatę. To sobie zabierzesz do domu.

Zofia, która spędziła pół wieczoru na przygotowaniu kiełbasek, z irytacją zabrała pojemnik.

Spojrzenie Zofii mówiło Arkadiuszowi wszystko, co myślała.

Ej, nie otwieraj! krzyknął nagle, odskakując i zatykając nos chustką.

Tymczasem Zofia śmiało otworzyła pojemnik, pociągnęła nosem i powiedziała:

Normalnie pachnie! Wy mieszczuchy sobie za dużo wyobrażacie. Nie chcesz próbować nie musisz, sama zjem.

Z hukiem postawiła pojemnik na stole i zaczęła nalewać herbatę.

Arkadiusz podszedł nieśmiało do stołu.

Gorąca herbata stopniowo rozproszyła napięcie. Spojrzał na Zofię, zajadaną kiełbasę.

Wołowina? zagadnął.

Mhm odpowiedziała z pełnymi ustami Zofia.

Wygląda apetycznie. I pachnie dobrze.

Ślina napłynęła Arkadiuszowi do ust organizmowi nie wytłumaczysz.

Niewesoło westchnął:

Zasadniczo temperatura w szatni, zgodnie z przepisami, nie powinna przekroczyć dwudziestu dwóch stopni, więc teoretycznie żadne drobnoustroje

Co?! przerwała mu Zofia.

Zauważył kroplę tłuszczu na jej brodzie i plamkę na nosie.

Myśli Arkadiusza plątały się:

Ale pachnie! Pewnie bardzo pożywna. Może przesadziłem?
Daj spokój, Arkadiusz. Wiesz, czym grozi jedzenie źle przechowywane. Wątpię, by ona się tym przejmowała, patrząc na jej minę!

Tak przekonując sam siebie, popijał pustą herbatę, a brzuch zaczynał mruczeć z głodu.

A potem zdarzyło się coś niezwykłego. Ręka Arkadiusza niemal sama sięgnęła po kiełbaskę. Skórka pękła między zębami.

Mmm, rewelacja. Kto to robił?

Przecież mówiłam, iż ja Zofia się zarumieniła.

Arkadiusz jadł, zamykając oczy z rozkoszy.

Nie mam słów.

Zofia ucieszona otarła usta rękawem, później oczy.

No widzi pan! A mówił pan, iż skisło! Od dziecka gotuję, wiem, co robię!

***

W ramach wdzięczności za sycącą kolację, Arkadiusz uprzedził Zofię, iż odprowadzi ją na przystanek.

Zaczęli rozmawiać. Zofia miała tylko dwadzieścia trzy lata.

Bardzo młoda. W zasadzie mogłaby być jego córką. Stali na przystanku dobre dziesięć minut, bus nie przyjeżdżał.

A może jutro przyniosę domowe ciasteczka? Sama piekę, ze sklepu nie kupuję. Woli pan marchewkowe czy serowe?

Każde lubię.

To przyniosę oba rodzaje.

Niemożliwe, ale Arkadiusz zaczął z niecierpliwością wyczekiwać jutra.

Nawet formuły i obliczenia odeszły na dalszy plan. A w nocy śniła mu się Zosieńka, zrzucająca koszulę z białego ramienia.

Arkadiusz obudził się z rumieńcem na twarzy.

No proszę. Czterdzieści lat żyłem i nie oglądałem się za kobietami. I masz ci los, klątwa jakaś!

Część 2

Przed spotkaniem z przyszłą rodziną Arkadiusz bardzo się stresował. W taksówce, na wyboistej drodze, zdejmując czapkę, komicznie próbował przygładzić przerzedzone włosy na czubku głowy.

Dzień wcześniej Zosia, z głową Arkadiusza opartej o jej kolana, skubnęła mu pęsetą wszystkie siwe włosy.

Dokładnie się ogolił, ubrał elegancki garnitur, założył krawat, psiknął wodą kolońską.

Zosia tuląc się policzkiem do jego policzka, zacisnęła powieki jak zadowolony kot.

Mama pana polubi! pocieszała. Jest wyrozumiała. Ojczym to złoty człowiek, zawsze zgadza się na wszystko.

Ile lat ma twoja mama?

Czterdzieści pięć.

No widzisz. A ja mam aż czterdzieści lat. Pogodzi się z tym?

Głupi jesteś! Jak nie, to powiem, iż jestem z panem w ciąży.

Nie zaczynajmy życia razem od takich kłamstw przeraził się Arkadiusz.

W końcu dojechali. Po wyjściu z auta, wicher porwał czapkę Arkadiusza, który przytrzymał ją oburącz.

To była zima. W jego rodzinnym mieście takich zasp nigdy nie widział.

Popatrując dookoła, zauważył, iż Zofia już rozliczyła się z kierowcą, wzięła zakupy swoje i Arkadiusza i poszła w stronę domu.

Takie domy Arkadiusz widział dotąd tylko na starych zdjęciach. Chata z krzywym, omszałym dachem ze starego eternitu, z kominem i przewróconym żeliwnym garnkiem na czubku rury.

Ciężkie drzwi obłożone kołdrą skrzypiały, a na deskach w środku leżały manualnie tkane dywaniki, ściany łaciate od warstw wapna.

Boże drogi, jak w tym można mieszkać? przeszło mu przez myśl.

Nie wierzył, by Zosia przyprowadziła go do takiego miejsca. Może to domek gościnny albo myśliwska altanka? Słyszał o takich.

Ale gdy Zosia szepnęła, żeby buty ściągnął, i wepchnęła do jedynego małego pokoiku, zrozumiał, iż to nie żart.

Pośrodku stała kobieta w flanelowym szlafroku.

Dzień dobry, mamo. To Arkadiusz, mój narzeczony. Przecież opowiadałam przez telefon.

Oziębłość biła od niej.

Dzieńdobry rzuciła chłodno, przeszywając Arkadiusza wzrokiem od stóp do głów.

Jej ton nie wróżył nic dobrego.

Żartujesz sobie chyba, córeczko? Ile wy macie lat?

Arkadiusz się zdenerwował.

Przede wszystkim, pozwoli pani, przedstawię się. Arkadiusz jestem, z Zofią razem pracujemy.

Ile macie lat?! zagrzmiała kobieta.

Czterdzieści.

A moja córeczka ma dwadzieścia trzy! Nic cię nie peszy, stary panie?

Proszzzz Ja wiem, jestem starszy, ale naprawdę kocham pani Zosię. Mam pracę, mieszkanie w Warszawie, domek pod miastem…

Ale samochodu nie masz!

Nie mam z powodu słabego wzroku, nie wolno mi prowadzić. Ale mogę kupić, Zosię nauczę jeździć, jeżeli pani to przeszkadza…

A jeszcze czego! syknęła matka. Chcesz zrobić z mojej głupiej córki służącą! Myślisz, iż pańszczyzna nie minęła? O nie, nie ze mną te numery!

Proszę pani, bardzo przepraszam! jęknął Arkadiusz. Naprawdę kocham pani córkę, chcę się z nią ożenić i wziąć ślub kościelny, mieć dzieci… Z mojej strony wszystko będzie uczciwie!

Sprzed pieca wyszedł uśmiechnięty facet, na oko młodszy, około trzydziestki.

Dobry wieczór, słyszałem o panu, miło poznać uśmiechnął się szeroko.

To był ojczym Zosi. Szczupły, przystojny, z czarnymi loczkami i mocno zarysowanymi wargami, wyglądał wręcz dziewczęco.

Dekolt rozchełstanej koszuli i smagłe lico nie uszły uwadze Arkadiusza.

Andrusiu, nie słódź mu! prychnęła matka. Nie wydam córki za takiego starego piernika!

Mamo, jak możesz tak mówić! szepnęła Zosia. Ja odchodzę z nim.

Nigdzie nie pójdziesz!

Rodziła się awantura, Arkadiusz chciał uniknąć dramatu.

Rozplótł palce Zosi, które zacisnęły się na jego dłoni, i zamierzał wyjść.

Zosieńko, wybacz. Nie będę przekraczał woli twojej mamy.

A ona może mnie tak traktować? wykrzyknęła dziewczyna. Może wprowadzać do domu kochanka młodszego od siebie, a mnie wyrzucać?

Nie pyskuj matce! wrzasnął Andrzej.

Zamknij się ty! przekrzyczała go matka Zosi.

Harmider narastał.

Arkadiusz, ze skuloną głową, zmierzał już do drzwi. Obok przeleciał stołek.

Ratuj, Panie! powtarzał, uciekając z tej nieprzyjaznej chałupy.

Pobiegł na ganek, potem za bramę i obeszedł pół wsi szukając choćby jakiegoś postoju taksówek albo stacji PKS-u.

Stres ścisnął mu klatkę, na pewno skoczyło mu ciśnienie.

Po co mi to było pomyślał, obchodząc wieś. Mógłbym siedzieć teraz w laboratorium, spokojnie pracować. Ale oczywiście musiałem się pakować w ten cyrk!

Z kieszeni wyciągnął komórkę, ale sygnału ani śladu.

Zmęczony wrócił pod dom poznał po przykopconym garnku na kominie.

Podszedł pod ganek i zdziwił się ciszą, nie było już wrzasków.

Zaskrzypiały drzwi, wyszła Zosia z torbami w rękach.

Arkadziu, jesteś? spytała roztrzęsionym głosem. Kochany mój, bałam się, iż uciekłeś.

Przewietrzyć się wyszedłem skłamał lekko.

Skoro mama nie chce dać mi błogosławieństwa, odchodzę z tobą.

Arkadiusz milczał. Jego półbuty okazały się za cienkie na te warunki, stopy zamarzały, więc zaczął tupać, potem podskakiwać.

Palce u nóg jakby zamieniały się w sopelki. Miłość była ostatnią rzeczą, o której myślał.

Zresztą, już poważnie żałował tej historii z Zofią. Czy była mu aż tak potrzebna?

Zwłaszcza z taką rodziną?

***

Matka Zofii stanęła na progu, zarzuciła na ramiona kożuch i włożyła walonki. Wyglądała jak prawdziwa pani na włościach.

Jak mnie nie szanujesz, to droga wolna oznajmiła. Teraz on za ciebie odpowiada.

Zofia przytaknęła:

Lepiej z nim, niż z wami, mamo. Arkadiusz jest cudowny! Proszę tylko wezwijcie nam taksówkę.

Jeszcze czego. Mówiłam teraz on cię utrzyma. O nic mnie nie proś więcej.

Zofia zaczęła trącać Arkadiusza pięścią:

Zrób coś, proszę!

Arkadiusz, zmarznięty do szpiku, zebrał resztki sił i powiedział:

Ale sieci tu nie łapie. Idź do sąsiadów, może zadzwonią.

Pierwszy raz w życiu był w tak nieprzewidywalnej i nieprzyjemnej sytuacji. Nogi się pod nim uginały, upadł w śnieg, łapiąc powietrze ustami.

Co z tobą? Zofia wydarła się na całą wieś. Arkadiusz z jękiem powiedział:

Kręci mi się w głowie. Nie sądziłem, iż tu mnie szlag trafi. Chcę do domu.

Nieeee! zawyła Zofia. Arkadiuszowi zdawało się, iż piekło otwiera się pod nim.

***

Arkadiusz kilka pojmował, ale kiedy pojawiła się felczerka z zastrzykiem, powoli wracał do siebie.

Cudu nie było, rozejrzał się po nierównym suficie, pobielonych ścianach i zadrżał, próbując podnieść się z wersalki.

Proszę leżeć powstrzymała go felczerka. Co najmniej pół godziny odpoczynku.

Co mi jest? wyjęczał Arkadiusz.

Przełom nadciśnieniowy. Musi się pan nie denerwować.

Nigdy się nie denerwowałem aż do dziś

Przed jego oczami pojawiła się złośliwa twarz przyszłej teściowej:

Jeszcze i chory! szydziło jej oblicze.

Mamo, odejdź! broniła go Zofia.

Podała mu herbatę i zaczęła go karmić łyżeczką.

Felczerka zbierała się do wyjścia. Arkadiusz ją poprosił:

Zabierze mnie pani?

A dokąd?

No, chyba nie przyjechała pani karetką?

Nie, tu mieszkam i pracuję.

Zofia odstawiając herbatę, zajrzała mu w oczy:

Chcesz uciekać? Już nie trzeba, dogadałyśmy się z mamą. Przebaczyła.

Arkadiusz, który już stracił ochotę na żeniaczkę, bał się spojrzeć Zosi w oczy.

Niech sobie same załatwiają sprawy, a ja, jak się stąd wydostanę, uciekam. Już nigdy choćby pod żadną kobietę nie podejdę.

***

Arkadiusz Glebowicz dokończył pracę i podniósł się zza stołu, mówiąc do laborantki:

Skończyłem. Proszę pani, już pół godziny temu mówiłem, iż zamykam laboratorium.

Laborantka, cicha trzydziestodwuletnia kobieta, zarumieniła się i poprawiła okulary.

Przyniosłam szarlotkę. Może napijemy się herbaty?

Nie! krzyknął Arkadiusz. Jaka herbata w pracy?! Tu się pracuje, nie popija!

Przecież już po godzinach uśmiechnęła się dziewczyna.

Proszę do domu! huknął.

Uśmiech zgasł, zabrała swoje rzeczy i wyszła.

Wariat rzuciła cicho, idąc.

Arkadiusz westchnął i zamknął laboratorium na klucz.

Śpieszył się do domu.

Dotarł równo o ósmej wieczorem.

Zofia otworzyła drzwi na dźwięk klucza.

Dobry wieczór, panie Arkadiuszu.

Co na kolację? zapytał, nie patrząc na dziewczynę.

Gęsta zupa z kaczki i pierogi z ziemniakami.

Znakomicie. Jestem głodny. Zapisz, ile jestem winien za zakupy, i doliczę do wypłaty pod koniec miesiąca.

Arkadiusz zdjął buty, umył ręce i usiadł w kuchni do stołu.

Zosia kręciła się wokół niego:

Dalej zły jesteś na moją mamę? Przecież wyznała, iż po prostu się bała, iż taki uczony szanowany człowiek nie zechce się ze mną ożenić.

Chciała się po swojemu postawić. Ale już wszystko jest dobrze! A ja cię kocham.

Arkadiusz mieszał zupę, coś mu jednak nie pozwalało cieszyć się jedzeniem.

Co, przez awanturę rodzinną się zniechęciłeś? Przecież to nic! My się ciągle kłócimy, potem godziny… No przesadziliśmy troszkę, ale czyż nie tak zawsze?

Arkadiusz wstał, objął Zosię za ramiona i wyprowadził do przedpokoju, potem poza drzwi, wciskając jej wszystkie rzeczy do rąk.

Już późno, wracaj do domu. Jutro nie musisz przychodzić, pierogi zostaną na kolację, ale pojutrze zapraszam.

Zamknął drzwi przed oczami rozżalonej dziewczyny, wrócił do kuchni i zjadł kolację.

Idź do oryginalnego materiału