Odrzuciłam opiekę nad chorą ciotką męża, która ma własne dzieci

twojacena.pl 9 godzin temu

Anno, wiesz, iż Janek ma swój biznes, cały dzień w negocjacjach, a Aga mieszka w innym końcu miasta, dojeżdża tam dwie godziny w korkach mówi ciepłym, choć podszytym współczuciem głos teściowej, Niny Piotrowskiej. Ty pracujesz w domu, wiesz, elastyczne godziny, przy komputerze. Nie będzie ci ciężko zaglądać do cioci Galii, rozgrzać zupkę, zmierzyć ciśnienie?

Anita powoli odkłada filiżankę z herbatą, starając się nie potrącić talerza. Rozmowa, która zaczęła się jako niewinna wymiana rodzinnych nowości przy niedzielnym obiedzie, zmienia się w przemyślaną obronę. Przy stole, oprócz Anity i jej męża Olka, siedzą Nina Piotrowska, brat Olka Witold, oraz jego siostra Bogna. Wszyscy patrzą na Anitę z mieszanką czułości i żądania, jakby była jedynym ratunkowym kołem w burzliwym morzu ich problemów.

Ciocia Galia, siostra teściowej, tydzień temu przeszła udar. Lekarze zrobili, co mogli, kryzys minął, jutro ma wrócić do domu. Ale lekarze nakazują jej pełny odpoczynek i stałą opiekę.

Pani Nino, Anita stara się mówić spokojnie, choć w środku narasta bunt. Nie mam wolnych godzin. Jestem główną księgową zdalnie. To koniec kwartału, czasem siedzę przy monitorze pięć godzin, nie mając choćby chwili na wodę. Co to zagadać się? Ciocia Galia mieszka trzy przystanki od przystanku autobusowego, to godzina w jedną stronę plus opieka.

Ojej, co ty! odzywa się Bogna, nakładając sobie sałatkę. Twoja księgowość nie zniknie. Weź laptopa ze sobą. Posiedź przy cioci, popracuj, podaj wody. Przynajmniej blisko jest rodzina. Jesteśmy jedną rodziną.

Anita spogląda na Bognę, starannie zrobioną, z nienagannym manicure, pracującą jako administratorka w salonie piękności dwa na dwa.

Bogna, twój grafik dwa na dwa, przypomina Anita. To prawie pół miesiąca wolnego. Dlaczego nie weźmiesz połowy dyżurów?

Bogna zachrypła się liściem sałatki i szeroko otworzyła oczy.

Co ty? W weekendy mam życie prywatne! Poza tym boję się krwi i zapachów leków. Same mdłości mnie atakują, nie wytrzymam przy cioci Galii. Nie, nie dam rady, mam nerwy delikatne.

Ja mam firmę, wtrąca się Witold, obracając klucze od swojego drogiego SUV-a między palcami. Anno, serio. Mogę przeznaczyć pieniądze na jedzenie. Wiesz, mam teraz sezon, nie widzę rodziny, do domu przybiegam tylko po to, by się zdrzemnąć. Jak odejdę od tego, pójdziemy wszyscy po kąpiel.

Wszyscy spojrzą ponownie na Anitę. Olek, jej mąż, siedzi z opuszczoną głową, dokładnie wbijając widelec w kotlet. Zawsze gubi się pod presją teściowej i jej krewnych.

Poczekajcie, prostuje się Anita. Zróbmy porządek. Ciocia Galia ma dwoje dorosłych dzieci. To wy, Witold i Bogna, macie obowiązek opiekować się matką. Ja mam swoją pracę, dom i swoją mamę, która też potrzebuje uwagi. Mogę przychodzić w weekendy, przynosić jedzenie, pomagać w sprzątaniu raz w tygodniu, ale nie zostanę pełnoetatową opiekunką.

W pokoju zapada ciężka cisza. Nina przyciska wargi, a jej twarz przypomina pieczone jabłko.

Tak to mówisz, mówi ostro. Jak remontujesz mieszkanie Olka, tak Witek pomagał przynieść materiały ze zniżką. Jak Bogna dała ci zniżkę w salonie, tak ty odwdzięczałaś się dzięki. A jak przychodzi kłopot, tak mój dom z daleka? Ciocia Galia, nawiasem mówiąc, opiekowała się małym Olkiem, kiedy ja w fabryce pracowałam dwie zmiany! Była dla niego drugą matką!

Olek podnosi w końcu głowę. Jego wyraz jest pełen winy.

Anno, serio Ciocia Galia bardzo mi pomagała. Może znajdziemy jakieś rozwiązanie? Wieczorami będę wjeżdżał

Olek, patrzy Anita prosto w oczy męża. Wieczorami przyjeżdżasz o ósmej. A kto będzie z nią od ósmej rano? Witold dał zniżkę na cement siedem lat temu, a my płaciliśmy mu za ten cement bez marży sklepu. Zniżka w salonie Bogny to pięć procent, ja wydaję więcej na paliwo, żeby do niej dojechać. Nie wystawiaj mi teraz rachunku za rodzinne więzi.

Witold podnosi się gwałtownie, popychając krzesło z nieprzyjemnym skrzypieniem.

Dobra, rozumiem. Nie dostanę od ciebie pomocy. Będziemy sami. Zatrudnimy opiekunkę, skoro krewni są tak… bez serca. Tylko pamiętaj, Anno, ziemia jest okrągła. Kiedy będziesz potrzebować szklanki wody, nie dziw się, iż jest pusta.

Rzucił na stół banknot pięciotysięczny na owoce i wyszedł z kuchni. Bogna pospieszyła za nim, rzucając na pożegnanie groźny wzrok. Nina chwyciła za serce i zaczęła szukać w torebce leku.

Wieczór mija w przytłaczającej ciszy. Olek chodzi po mieszkaniu, wzdycha, ale nie zaczyna rozmowy. Anita rozumie, iż uważa ją za okrutną. Wie też, iż jeżeli teraz ustąpi, kolejne miesiące, a może lata, spędzi w mieszkaniu Gali Borzymi, zmieniając pieluchy i słuchając kaprysów, podczas gdy kochające dzieci będą budować biznesy i życie osobiste.

Następnego dnia telefon Anity dzwoni nieprzerwanie. Dzwoni teściowa, potem jakaś trzeciorodkowa ciotka z Sandomierza, która nagle postanowiła pouczyć, potem znów teściowa. Anita nie odbiera. Pracuje. Liczby w raportach wymagają koncentracji, a emocje surowej kontroli.

Wieczorem Olek wraca do domu, jeszcze bardziej przybity niż chmury.

Mama dzwoniła, mówi, nie zdejmuje butów. Galia Borzymi płacze. Mówi, iż jest niepotrzebna, iż wywiozą ją do domu pomocy społecznej i zapomną. Witold zatrudnił jakąś kobietę, ale ona może przyjść tylko dwie godziny dziennie, jedzenie podgrzać. A resztę?

Olek, Witold ma dwoje nastolatków, żona nie pracuje, zajmuje się domem. Boge nie ma dzieci. Dlaczego nie mogą ustalić grafiku? pyta zmęczona Anita.

Żona Witolda twierdzi, iż jest obrzydliva i to nie jej matka. A Bogna wiesz, iż Bogna wybuchła, iż depresja przyjdzie, gdy zobaczy kaczki i kroplówki. W sumie wszyscy skrajni, a ciotka leży sama. Anno, może chociaż na pół dnia? Dopóki znajdziemy normalną opiekunkę?

Anita patrzy na męża. Kocha go. Jest dobry, wrażliwy, ale ta jego miękkość czasem ją zabija.

Dobrze, mówi nagle. Przyjadę. Jutro przyjadę. Ale mam warunek.

Jaki? rozpromienił się Olek.

Zobaczysz.

Rano Anita, zabierając laptopa, jedzie do cioci Galii. Drzwi otwiera sama opiekunkanadwiegodziny, starsza kobieta z wyczerpanym wyrazem twarzy.

O Boże, przynajmniej ktoś, wzdycha. Galia Borzymi ma kaprysy, odmawia jedzenia kleiku, domaga się bulionu z kurczaka, a ja nie mam czasu go gotować, muszę jeszcze do dwóch starszych panów biec.

Anita wchodzi do pokoju. W mieszkaniu unosi się zapach korwalolu i starej pościeli. Galia leży na wysokim łóżku, otoczona poduszkami, patrzy w telewizor. Widząc Anitę, przycisnęła wargi.

Ach, wpadłaś. Nie zgniłaś się. Myślałam, iż przyjedzie sam Witek albo Bogna. A przyśleliście… siódmą wodę w galarecie.

Dzień dobry, Galia Borzymi, wita się Anita spokojnie. Witek pracuje, Bogna ma ręce zajęte. Przyszłam pomóc. Czego potrzebuje pani?

Bulion! Świeży, z grzankami! I pościel przebrać, bo poduszki drapią. I zasłony poprawić, słońce w oczy bije, nie widzisz?

Anita wzdycha, kładzie laptop na stół i idzie do kuchni. Lodówka kryje jedynie kawałek przeterminowanego sera i słoik kwaśnego mleka. Kurczaka nie ma.

Galia, nie ma jedzenia. Czy Witek obiecał?

Obiecał zapomniał, chyba wpadł w wir. Idź do sklepu, kochana. Tu niedaleko Biedronka. Kup kurczaka, twarożek, świeże owoce, niepsujące się.

Gdzie pieniądze? pyta z profesjonalnym tonem.

Pieniądze? zdziwiła się ciotka. Mam emeryturę dopiero piątego. Kup, Witek potem zapłaci. Albo wy z Olek macie kłopoty finansowe, iż choćby grosza nie liczysz?

Anita wyciąga portfel, jedzie do sklepu, wydaje trzy tysiące złotych. Gotuje bulion, karmi ciocię, zmienia pościel. Galia nie przestaje gadać.

Nie tak poduszkę uderzyłaś! Twardo! Kto tak kroi chleb? Grubo, zaraz się uduszę! Ojej, noga, noga ostrożniej, chcesz mi ją odciąć? Gdyby była Bogna, zrobiłaby to delikatnie, ręce miała łagodne

Gdzie jest Bogna? nie wytrzymuje Anita.

Nie ruszaj Bogny! Dziewczyna życia nie ma, musi mężczyznę szukać, nie kaczek za babcią nosić. A ty, zamężna, nic nie potrzebujesz, siedź i opiekuj się.

Do wieczora Anita jest wyczerpana, jakby rozładowała wagon węgla. Otworzyć laptop i pracować udaje się jej piętnaście minut, potem przychodzi kolejna seria poleceń: woda, zmień kanał, zamknij okno, otwórz okno, przeczytaj gazetę, dlaczego tak głośno stukasz klawiszami.

Kiedy Olek przychodzi, by przejąć nocny dyżur (umówili się, iż on będzie tu spał), Anita siedzi w kuchni, wpatrzona w ścianę.

Jak? pyta optymistycznie mąż. Wszystko w porządku?

Olek, mruczy. Kupiłam jedzenie za własne pieniądze. Sprzątałam, gotowałam, myłam twoją ciocię. Cały ten czas nie usłyszałam ani dzięki. Tylko pretensje i porównania do Bogny, której anioł, ale której tu nie ma. Twoja ciocia uważa, iż muszę jej służyć, bo szczęśliwie wyszłam za ciebie i nic nie potrzebuję.

Ona choruje, charakter się psuje zaczyna Olek.

Nie. Charakter miał zawsze, po prostu teraz hamulce nie działają. Słuchaj mnie uważnie. Nie przyjdę tu więcej. Nie jutro, nie pojutrze. Nigdy jako opiekunka.

Anno, co? A kto jutro? Pracuję

To już sprawa Witolda i Bogny.

Anita wraca do domu. Chciała płakać ze smutku i bezsilności, ale powstrzymała łzy. Potrzebował plan.

Następnego dnia, o godzinie dziesiątej, dzwoni Witold.

Hej, Anito. Słuchaj, dzwoniłem mamie, mówi, iż wczoraj świetnie sobie poradziłaś, bulion był pyszny. Kiedy przyjedziesz dzisiaj? Bo opiekunka zachorowała, ma przyjść tylko dwie godziny. Potrzebują zastrzyki o dwunastej.

Nie przyjadę, Witold odpowiada spokojnie.

Co? ton w słuchawce twardnieje. Umówiliśmy się. Wczoraj byłaś, wszystko ok.

Byłam, żeby ocenić zakres pracy i sytuację. Oceniłam. Twoja mama potrzebuje całodobowej opieki profesjonalnej. Nie jestem pielęgniarką, jestem księgową. Mój dzień pracy jest wynagrodzony. Wczoraj straciłam cztery godziny pracy i trzy tysiące złotych na zakupy.

Ty mi fakturę wystawiaszAnita wstała, odciągnęła zasłony, zamknęła drzwi na klucz i spojrzała w przyszłość, wiedząc, iż najważniejsze granice już wyznaczyła.

Idź do oryginalnego materiału