Odmówiła opieki nad chorą matką męża i postawiła mu wybór
Było to późną jesienią. Deszcz uparcie bębnił w stare okna całymi dniami, nie dając spokoju, i ten jednostajny stukot na zawsze wpisał się w tamte wydarzenia. Opowieść dotyczy moich sąsiadów, a przede wszystkim sąsiadki Grażyny. Miała pięćdziesiąt kilka lat, pracowała jako ekspedientka w całodobowym sklepie spożywczym, do pracy wychodziła wtedy, gdy reszta Warszawy już spała. Jej mąż, Stanisław, był inżynierem w zakładach przemysłowych; generalnie człowiek porządny, ale jak to bywa przyzwyczajony, iż życie płynie ustalonym torem. Dopóki nie wydarzyło się nieszczęście z jego matką, panią Marią.
Starsza pani, osiemdziesięciopięcioletnia, żyła samotnie na wsi pod Sochaczewem. Przeszła lekki udar, wystarczająco poważny, by wszyscy zrozumieli, iż sama już nie da sobie rady. Stanisław, nie zastanawiając się długo, podjął decyzję zabrać matkę do siebie. Jego siostra, Krystyna, która mieszkała zaledwie kilka kilometrów dalej, odetchnęła z ulgą: Dziękuję Stasiu, iż się decydujesz. Ja mam ciasne mieszkanie, mąż by nie zrozumiał.
Tak pani Maria pojawiła się w ich mieszkaniu. I od tego momentu dotychczasowe życie Grażyny dobiegło końca.
Cała opieka spadła na jej barki. Po nocnej zmianie, zamiast się wyspać, musiała zajmować się teściową karmić, myć, zmieniać pampersy, wywozić na wózku na chłodne, wilgotne powietrze. Stanisław, wracając z pracy, tylko rzucał przez drzwi: Jak mama? i znikał w salonie przy telewizorze.
Widziałem, jak wracała o świcie z pracy. Blada twarz, podkrążone, smutne oczy. Szła powoli, ledwie unosząc nogi. Zdarzyło się, iż pomogłem jej z ciężkimi torbami pełnymi zakupów i paczek z pieluchami.
Dziękuję, panie Andrzeju wymamrotała, głosem zupełnie pozbawionym życia.
Grażyno, pani sama potrzebuje pomocy. Trzeba też pomyśleć o sobie.
Uśmiechnęła się gorzko i bardzo krótko.
Kto o mnie pomyśli? Każdy żyje swoimi sprawami. Stasiu jest zmęczony po pracy. Krystyna ona wpada tylko od święta, trochę ponarzeka i udzieli rad.
Grażyna próbowała rozmawiać ze Stanisławem zupełnie na poważnie.
Stasiu, nie daję już rady. Padam z nóg. Może zatrudnijmy opiekunkę choć na kilka godzin dziennie? Albo zastanówmy się nad dobrym domem opieki? Takim, gdzie naprawdę zadbają o twoją mamę.
Reakcja była natychmiastowa i ostra. Stanisław patrzył na nią jakby zaproponowała wyrzucenie własnej matki na ulicę.
Oszalałaś?! Oddać mamę do domu starców?! choćby tego nie chcę słyszeć! To przecież moja matka!
Ale w jego głosie było więcej lęku przed tym, co powiedzą ludzie i siostra Krystyna, niż faktycznej troski.
Krystyna, dowiedziawszy się o rozmowie, przybiegła tego samego dnia. Nie żeby pomóc, ale żeby pouczać.
Grażyna, co ci w ogóle przyszło do głowy! Do przytułku Matkę?! Cała rodzina cię przeklnie! Po prostu jesteś egoistką, wygoda jest dla ciebie ważniejsza niż rodzina!
Grażyna słuchała w milczeniu, patrząc w stół. Nie odpowiadała, bo co powiedzieć człowiekowi, który widuje teściową raz na dwa tygodnie, całuje w policzek i rzuca: Ojej, jakaż ty biedna
I tak ciągnęła ten ciężar dalej. Nocą praca, za dnia niekończąca się, monotonna, fizycznie i psychicznie wyniszczająca opieka. Stanisław jakby nie dostrzegał, jak słabnie żona widział tylko, iż mama jest czysta, najedzona, i to mu wystarczało. Żył przekonaniem, iż tak już powinno być taki los kobiety.
Pewnego dnia doszło do dramatycznego momentu. Grażyna, chcąc sama przesadzić panią Marię z łóżka na fotel, poczuła w plecach przeszywający ból. Nie upadła, tylko powoli i niezręcznie osunęła się na podłogę obok łóżka teściowej. Ta patrzyła na nią pustym, niezrozumiałym wzrokiem.
Stanisław, wracając z pracy, miotał się po mieszkaniu bezradny. Nie potrafił zmienić pampersa, nie wiedział, jak przygotować kaszę, jak podać leki. Jego pewny siebie świat rozpadł się w jednej chwili, odsłaniając bezsilność.
Lekarka w przychodni, po zbadaniu Grażyny, orzekła surowo: kręgosłup nadwerężony, pełen spokój, dwa tygodnie leżenia. Żadnego dźwigania, żadnych nadwyrężeń.
Ale ja mam chorą teściową szepnęła Grażyna.
jeżeli pani się nie położy i nie odpocznie teraz, skończy się operacją. I może choćby inwalidztwem odparła stanowczo lekarka.
W domu zapanował totalny chaos. Stanisław, blady ze strachu, usiłował sam poradzić sobie z matką. Bałagan, brud, niemoc. Zadzwonił do siostry.
Krysiu, to katastrofa! Grażyna leży! Musimy mamę na jakiś czas do ciebie przewieźć!
W słuchawce zabrzmiało zmieszane chrząkanie.
Stasiu, wiesz, nie dam rady. Mieszkanie za małe, mąż i ja nie umiem z półleżącą osobą. To ciężka praca Sam sobie poradzisz, jestem pewna.
Stanisław rozłączył się i usiadł w przedpokoju, zakrywając twarz dłońmi. Po raz pierwszy zobaczył tę sytuację nie jako teoretyczny kłopot, ale realną katastrofę, w której centrum były jego wyczerpana żona i bezradna mama.
Grażyna leżała w swoim pokoju. Ból był intensywny, ale myśli wreszcie się rozjaśniły. Słyszała nerwowe kroki męża, ciche głosy. Kiedy Stanisław, wychudzony po kilku dniach, przyniósł jej rosół, spojrzała na niego spokojnie. W jej oczach nie było żalu ani gniewu tylko ostateczna i nieodwołalna stanowczość.
Stasiu powiedziała cicho, ale wyraźnie. Od dziś nie będę więcej opiekować się twoją mamą. Ani jutro, ani za dwa tygodnie, nigdy więcej.
Chciał zaprotestować, ale powstrzymała go gestem.
Posłuchaj mnie uważnie. Mamy dwa wyjścia. Pierwsze: wspólnie szukamy i finansujemy profesjonalną pomoc. Albo dobra, mieszkająca opiekunka, albo ten sam dom opieki, którego tak się boisz. Razem wybieramy, razem rozmawiamy, razem oglądamy.
A drugie? zachrypiał.
Drugie: składam pozew o rozwód i wyprowadzam się. Zostajesz tu sam. Z mamą i z troskliwą siostrą. Wybieraj.
Opadła na poduszki i zamknęła oczy. Powiedziała wystarczająco dużo.
Stanisław wyszedł i długo siedział w ciemnej kuchni. Rozważał ostatnie miesiące: stracone spojrzenie żony, bezsilność, własny lęk przed obowiązkiem, wymówki siostry. Długo chodził po mieszkaniu po tej maleńkiej planecie chaosu, w jaką zamieniło się dotąd poukładane życie. Dokonywał wyboru. Nie między żoną a matką. A między pozorem normalności a ratunkiem dla wszystkich trojga.
Nazajutrz przyszedł do Grażyny:
Zaczniemy szukać domu opieki powiedział po prostu. Dobrego. Na początek zatrudnimy opiekunkę. Wezmę urlop w pracy, wszystko załatwię.
Grażyna tylko kiwnęła głową.
Dziś pani Maria mieszka w prywatnym domu opieki pod Warszawą. Ma czysty pokój, troskliwą opiekę, lekarzy. Stanisław z Grażyną odwiedzają ją w każdą niedzielę. Przywożą domowe ciasto, siadają obok, rozmawiają. I widzą, iż starsza pani czuje się bezpieczna. A co najważniejsze oni patrzą na siebie nie jak na więźniów, ale znów jak na męża i żonę.
Kiedyś spotkałem Grażynę pod blokiem i zapytałem:
Jak teraz, Grażyno, poukładało się życie?
Uśmiechnęła się cicho, promiennie, jak już dawno nie widziałem.
Układa się, panie Andrzeju. W końcu zrozumiałam coś prostego: najważniejsze miłosierdzie to czasem nie poświęcić się bez reszty. Tylko znaleźć rozwiązanie, na które każdy ma siły. I mieć odwagę się tego domagać.
W tych słowach była cała prawda tej historii. Prawo do własnego życia to nie egoizm. Bez niego każda ofiara zamienia się w klęskę i nikomu nie przynosi dobra.







