Odmówiła opieki nad chorą matką męża i postawiła mu wybór
To wszystko wydarza się późną jesienią. Deszcz nieustannie bębni o szybę dzień i noc, a ten jednostajny stukot wydaje się na zawsze spleciony z tą historią, o której chcę dziś opowiedzieć. Chodzi o moją sąsiadkę Jolantę. Kobieta po pięćdziesiątce, od lat pracuje jako ekspedientka w osiedlowym sklepie nocnym, wychodząc na zmiany, gdy cały Poznań śpi. Jej mąż, Marek, jest inżynierem w zakładach przemysłowych; porządny facet, choć do życia podchodzi przewidywalnie i trochę bezrefleksyjnie. Wszystko układa się po staremu, dopóki nie nadchodzi nieszczęście w rodzinie jego mama, pani Danuta.
Stara pani Danuta, mająca już prawie osiemdziesiąt pięć lat, mieszkała samotnie na wsi pod Wrześnią. Spotkał ją lekki udar na tyle poważny, by stało się jasne, iż przyszłość samodzielności dobiegła końca. Marek kilka się zastanawiając, decyduje: mama zamieszka z nami w Poznaniu. Jego siostra, Bożena, która również jest z miasta, z ulgą oddycha: Dzięki Marek, iż się tym zajmiesz. Moja kawalerka jest malutka, a i mąż by się nie zgodził.
Tak oto pani Danuta trafia do mieszkania Jolanty i Marka. I od tego momentu dotychczasowe życie Joli się kończy.
Wszystko spada na jej barki. Po nocnej zmianie, zamiast zregenerować się snem, opiekuje się teściową: karmi ją, myje, zmienia pieluchy oraz wyprowadza staruszkę na chłodną jesienną ulicę w wózku. Marek, wracając z pracy, jedynie rzuca przez próg: I jak mama? po czym znika w salonie przy telewizorze.
Często widuję Jolę wcześnie rano, gdy wraca z pracy. Twarz blada, pod oczami ciemne podkówki Ledwo stawia kroki. Raz pomogłem jej zanieść do klatki schodowej ciężkie siaty z zakupami i pampersami.
Dziękuję, panie Andrzeju szepnęła bezbarwnym, głuchym głosem.
Jolanto, pani też potrzebuje pomocy. Trzeba myśleć trochę o sobie.
Uśmiechnęła się krótko, gorzko, niemal niedosłyszalnie.
A kto, panie Andrzeju, ma o mnie pomyśleć? Każdy zajęty sobą. Marek zmęczony po pracy. Bożena? Ta tylko wpadnie na imieniny, pokrytykuje i poradzi.
Jola próbowała spokojnie rozmawiać z Markiem jak gospodyni z gospodarzem.
Marek, nie dam już rady. Wykańczam się. Wynajmijmy opiekunkę, choćby na kilka godzin dziennie. Albo rozważmy dobry dom opieki. Gdzie kompetentni ludzie będą się nią zajmować.
Odpowiedź była natychmiastowa i aż rozdzierająca nerwy. Marek patrzył na nią, jakby właśnie zaproponowała zamienić matkę na cudzego psa.
Oszalałaś? Oddać własną matkę do domu starości? choćby nie chcę tego słuchać! Przecież to mama!
W jego głosie było nie tyle oddanie, co panika co powie rodzina, a szczególnie Bożena.
Bożena, dowiedziawszy się, przyleciała wieczorem. Nie po to, żeby pomóc, ale by prawić morały.
Jolanta, jak możesz w ogóle myśleć o czymś takim?! Mamę do przytułku! Cała rodzina cię za to przeklnie! Tylko o sobie myślisz, wygoda ważniejsza!
Jola słuchała spokojnie, patrząc w stół. Nie wdawała się w dyskusje. Bo cóż powiedzieć komuś, kto odwiedza matkę tylko na święta i zawsze tylko daje dobre rady?
I tak wszystko toczy się dalej. Nocą praca, w dzień katorżnicza, wyczerpująca zarówno ciałem, jak i duszą opieka. Marek udaje, iż nie widzi zupełnego wyczerpania żony. Ważne, iż mama czysta, najedzona; cała reszta go nie obchodzi. Przekonany, iż tak być musi, iż to normalny porządek świata żona się zajmie.
Prawdziwy kryzys przychodzi nagle. Jola, próbując sama przenieść teściową z łóżka na fotel, czuje nagłe, ostre jak ogień ukłucie w kręgosłupie. Nie upada, raczej bezradnie, powoli zsuwa się na podłogę obok łóżka pani Danuty. Ta patrzy na nią pustym, nieobecnym wzrokiem.
Marek, który wraca z pracy, bezradnie krąży po mieszkaniu. Nie wie, jak założyć pieluchę, ani jak podać leki, ani jak ugotować kaszę. Jego pewny świat wali się w gruzy zostaje sama bezradność.
Lekarka w poznańskiej przychodni wydaje srogi wyrok: zniszczone plecy, absolutne leżenie przez co najmniej dwa tygodnie, żadnego dźwigania, żadnego wysiłku.
Ale u mnie w domu leżąca teściowa szepcze Jola niemal przepraszającym tonem.
jeżeli pani się nie położy, mówi lekarka surowo następny przystanek to stół operacyjny. A potem bardzo łatwo już o trwałe kalectwo.
W domu panuje chaos. Marek z twarzą wykrzywioną strachem próbuje ogarnąć matkę. Brud, bałagan, zagubienie. Telefonuje do Bożeny.
Bożena, mamy kryzys! Jola leży plackiem! Zabierz mamę do siebie na trochę!
W słuchawce słychać zmieszane mamrotanie.
Marek, no przecież wiesz mieszkanie za małe, a mąż ja nie umiem z leżącymi! To ciężki temat Poradzisz sobie, nie mam wątpliwości.
Marek odkłada słuchawkę i siada w przedpokoju, twarz w dłoniach. Pierwszy raz widzi sytuację nie jako jakąś abstrakcyjną trudność, ale jako konkretną katastrofę, w samym środku której są jego wycieńczona żona i bezradna matka.
Jola leży w swoim pokoju. Ból przeszywa ją na wskroś, ale w myślach, pierwszy raz od miesięcy, pojawia się jasność. W słuchawkach drzwi słyszy krzątanie męża, niepewne kroki, mamrotanie pani Danuty. Gdy Marek, wychudzony przez dwa dni i poszarzały, wchodzi z miską rosołu, ona patrzy mu prosto w oczy. Nie ma w tym gniewu ani pretensji tylko twarda, nieco chłodna determinacja.
Marek mówi spokojnie, ale wyraźnie ja już nie będę opiekować się twoją mamą. Ani jutro, ani za dwa tygodnie. Nigdy.
Otwiera usta, by oponować, ale podnosi rękę.
Posłuchaj. Są dwa wyjścia. Pierwsze: wspólnie szukamy i płacimy za fachową opiekę. Albo dobra opiekunka z zamieszkaniem, albo dom opieki. Wybieramy razem, wszystko obejrzymy.
A drugie? pyta ochryple Marek.
Drugie: składam pozew o rozwód. Wyprowadzam się. Zostajesz tu sam, z mamą i troskliwą siostrą. Decyduj.
Opada na poduszki i zamyka oczy. Powiedziała już wszystko.
Marek wychodzi. Siedzi długo w ciemnościach kuchni. Wspomina ostatnie miesiące: zniszczoną twarz żony, jej milczącą rozpacz, własny lęk przed odpowiedzialnością, głupie wymówki Bożeny. Mierzy na nowo swoje poukładane życie, które właśnie zamieniło się w chaos. I wybiera. Już nie pomiędzy matką a żoną, ale między pozorami a prawdziwym ratunkiem dla całej rodziny.
Następnego ranka podchodzi do Joli:
Poszukamy domu opieki mówi krótko. Dobrego. I opiekunki na razie, póki szukamy. Załatwiłem urlop w pracy, sam wszystko sprawdzę.
Jola kiwa głową. Nie musi dodawać nic więcej.
Dziś pani Danuta mieszka w prywatnym domu opieki niedaleko Poznania. Czysty pokój, opieka medyczna, obecność lekarzy. Marek i Jolanta odwiedzają ją w każdą niedzielę. Przywożą ciasto, rozmawiają. Widzą, iż mama czuje się spokojnie. A najważniejsze znowu widzą w sobie nie więźniów i strażników, ale żonę i męża.
Kiedy ostatnio spotkałem ją pod blokiem, zapytałem:
I jak, Jolanto, czy życie się układa?
Uśmiechnęła się lekko, ulotnie tak, jak nie widziałem u niej od lat.
Układa się, panie Andrzeju. W końcu zrozumiałam, iż czasem największym miłosierdziem jest nie poświęcanie się za wszelką cenę, tylko znalezienie takiego rozwiązania, by wszyscy dali radę. I mieć odwagę przy nim zostać.
W tych jej słowach zawiera się sens całej tej historii. Prawo do własnego życia to nie egoizm to fundament, bez którego żadna ofiara nie ma sensu i wcześniej czy później prowadzi do tragedii.









