Dziś znowu zasypiam na rozkładanym łóżku w kuchni. Słyszę przez cienką ścianę głośny śmiech. Telewizor gra na cały regulator, stukają kieliszki pewnie otworzyli znowu wino. A ja tu, ściśnięty między garnkami, z zapachem wczorajszej zupy.
Boję się przewrócić na bok lepiej nie szeleścić łóżkiem, żeby nie przyszli zwrócić mi uwagi, iż przeszkadzam. I tak próbuję znikać im z oczu wstaję wcześnie, cały dzień spędzam poza domem, wracam dopiero gdy ciemno. Wieczorami siedzą w salonie, a żeby dojść do kuchni, muszę przejść przez ich królestwo. Wiecznie nie na miejscu.
Mam sześćdziesiąt cztery lata. Przez lata byłem nauczycielem w podstawówce. Sam wychowywałem córkę matka od nas odeszła, gdy Małgosia była dzieckiem. Mieszkanie dostałem jeszcze za PRL-u, później je wykupiłem na własność. Dwa pokoje, dobre blokowisko, metro trzy minuty na piechotę. Moje życie w czterech ścianach.
Kiedy Małgosia wyszła za mąż, nie mieli z Bartkiem gdzie mieszkać. Wynajem drogi, mało miejsca, sąsiedzi hałasują. Skarżyła się, iż to nie warunki dla dziecka. Wtedy zdecydowałem wtedy wydawało mi się, iż robię dobrze.
Przepisałem im mieszkanie.
Nie w testamencie. Nie na chwilę. Oddałem z umową, podpisem, zaufaniem, iż rodzina to święta rzecz. Myślałem sobie: będziemy mieszkać razem, pomogę z wnukami, będziemy jedną rodziną.
Na początku było dobrze. Wspólne obiady, rozmowy, jak to w domu bywa.
Potem coś się zmieniło. choćby nie wiem kiedy.
Któregoś dnia usłyszałem, iż moje miejsce będzie potrzebne na gabinet. Praca zdalna, taki czas. Miałem na chwilę przenieść się do kuchni.
Na chwilę, która trwa już cztery miesiące.
Prosiłem, tłumaczyłem, iż bolą mnie plecy, iż zimno, iż w moim wieku to trudne. Zawsze słyszałem to samo: Tato, wytrzymaj jeszcze trochę.
To trochę nie ma końca. W moim dawnym pokoju pojawiły się nowoczesne meble, komputer, fotel biurowy. Ja wieczorami liczę, ile razy łóżko zaskrzypi, gdy próbuję się przekręcić.
Zacząłem czuć, iż jestem tu niepotrzebny. Nie w swoim domu, ale w cudzym. W domu, który kiedyś był mój.
Pewnej nocy usłyszałem rozmowę przez uchylone drzwi. Nie widzieli mnie. Rozmawiali o tym, iż im przeszkadzam, iż nie planowali, iż będę z nimi na zawsze. Padły słowa o czynszu, o domu opieki.
I wtedy dotarło.
Wychowałem dziecko, oddałem wszystko. Zostałem trzecią nogą.
Wyszedłem wtedy bez celu, po prostu szedłem i marzłem. Wróciłem późno, bez słowa padłem na łóżko w kuchni.
Następnego dnia poprosiłem o rozmowę. Poważną.
Powiedziałem, iż nie chcę wiele. Tylko pokój. Tylko łóżko. Tylko tyle, by nie czuć się jak intruz. Chcę żyć jak człowiek, nie jak cień w kuchni.
Powiedziałem, iż oddałem mieszkanie nie obcej osobie, ale własnej córce. I nie po to, by spać między piecem a lodówką.
Pierwszy raz mnie wtedy usłyszeli.
Nie wszystko jakoś się od razu ułożyło. Były ciężkie rozmowy, była cisza. Ale pokój mi wrócono. Rozkładane łóżko znikło. Z powrotem spałem jak człowiek. Przestały boleć mnie plecy.
Zrozumiałem wtedy istotną rzecz.
Pomoc dla dzieci to miłość. Oddawanie im wszystkiego to zatarcie samego siebie. Nie wolno oddawać całego życia, choćby ukochanym dzieciom. Bo zostając z niczym, łatwo stać się zbędnym.
A Ty jak myślisz czy rodzic powinien poświęcić wszystko dla dziecka, czy jest granica, której nie wolno przekraczać, by nie stracić własnej godności?












